Popularne posty

środa, 29 kwietnia 2015

Jak uległam obcemu mężczyźnie


Powinnam napisać, że to wyszło spontanicznie, ale nie. To po prostu wisiało w powietrzu od pewnego czasu. I w końcu musiało do tego dojść! :)
Nie, żebym sie nie broniła, ale Michał twierdził, że to mi naprawdę dobrze zrobi. No, to się odważyłam.

Od pewnego czasu czułam, że coś musi sie zmienić. Pęknąć, trzasnąc, huknąć... jakkolwiek bym tego nie nazwała, potrzebowałam więcej. Odmiany
biegania ofkors. Smak złapałam na treningu z Mikołajem, zafundował mi porządne tempo i podbieg, też porządny. A Michał.... No to po kolei :)

Nie lubie się męczyć. Nie znoszę padać na pysk. Dlatego jak biegam, męczę się i padam na pysk na akceptowalnym przeze mnie poziomie. Comfort
zone mimo wszystko. Interwały ćwiczyłam raz. W drugim tygodniu swojego biegania. Miałam potem zakwasy na brzuchu i nigdy więcej ich nie popełniłam.

Umówilismy się na rynku, standardowo, Michał zaprosił też innych klubowiczów, ale na hasło "interwały" nikt nie zareagował przybyciem :) Ja tu gimnastyka czasowa, 16:30, trudna godzina, ale jak już wystałam swoje w korku, wskoczyłam na rynek a Michał już był.

Jak lekarz przed operacją, albo jak psychiatra do wariata, po wystartowaniu Michał wyłuszczył mi, najłagodniej jak mógł i najbezpieczniej dla mnie, swój plan. Więc miała być rozgrzewka do Zabieńca, potem miłe i przyjemne i dobrze mi robiące interwały, potem niespodzianka. Biegowa
zaznaczył, ale ja miałam obawy, że to będzie jakiś cholerny podbieg, a nadzieję, że to będzie jakiś postój na mostku z widokiem na staw... I w ogóle miało być krócej niz zwykle. No to super :)

To nie było najgorsze. Michał, jako posiadacz nóg o niebywałej długosci i czasu na dychę o niebywałej krótkości, sobie biegł. A ja wyciskałam z siebie siódme poty, rozgrzewają sie w okolicach 5,00 z groszami na kilometr. Stadion, mostek, jeszcze miałam dobry humor, bo przecież podbiegi
dopiero w Żabieńcu... no i sie zaczęło.

Hasło - sprint do trzeciej latarni! Kurcze, latarnie, z lewej, ale też jedna z prawej. Jak to policzyć? Puściłam się szybkim biegiem, Michał lekko szybkim :) i usłyszałam dawaj! dawaj!.... Ok, nie protestowałam, czekałam na tę trzecią - pięćsetną latarnię, obojętnie, zabrakło mi oddechu, co z tego, że mogłam ruszac nogami, jak nie mogłam oddychać? Michał pokazał mi ręką, że już, mozna odetchnąc! No to odetchnęłam miły kochanym spokojnym koło 5, z groszami..... :) Jeszcze liczyłam, że będziemy zwalniać, oddech mi sie całkowicie nie uspokoił (na spokój oddechu mogę liczyć przy 5.30...), jak Michał znów zarządził - sprint do skrzyżowania! Dawaj!!! No dobra, minęlismy jakąś panią z dziećmi, coś tam, coś tam, ale nie wiem bardzo, bo umarłam po raz drugi.

Przyjemne chwile miedzy tymi sprintami Michał umilał mi dodatkowo rozmową, a raczej monologiem, który dla fasonu starałam sie czasem przerwać zasapanym słowem, lub przez przyzwoitość odpowiedzieć na jakieś pytanie... to nie było moje tempo konwersacyjne!

To nie było najgorsze. Skręcilismy w las (tak, tak, tempo koło 5...) i znów Michał kazał mi biec szybko! do jakiegoś skrzyżowania, którego nie widziałam, nie chciałam widziec i sądziłam, że nigdy już żadnego skrzyżowania nie zobaczę :) znak, że moge slow (co to do cholery jest slow?) i znów 5... Michał był na tyle miły, że liczył te moje interwały. Liczył razy męki, jaką mi zadawał. Powiedział, że musze szybciej, bo to nie jest mój max, jaki mogłabym zrobić. Zaczęłam go nienawidzieć....

Teraz było najgorsze. I znów, i znów. Umierałam i powstawałam. Przechodziłam w marsz i znów w sprint. Mogłabym zyć bez oddechu :) Oczywiście, jak to ja, trzymałam fason i tylko dlatego nie stanęłam, i nie powiedziałam mu, że mam w dupie te interwały, bo powiedział nagle, że już koniec.
KONIEC, o niebiosa! Czyli co, już? A my w środku lasu. O co chodzi?

No to miałam jeszcze wytrzymać kilometr do niespodzianki. Dla niespodzianki, jaką sobie wymarzyłam, mogłabym biec dwa kilometry. Nawet trzy. Ale to była niespodzianka Michała.... Zimne Doły. Zero leżaków, mostków z widokiem... Za to były drązki. Na których robiłam podciąganie nóg. Na brzuch. Michał też robił, żeby nie było. I dokładnie mnie pilnował, mam sie nie bujać, nie podpierać.... Kat. W sumie dobrze mi zrobiły te ćwiczenia, bo jak ruszylismy dalej, byłam wypoczeta i nawet oddychałam. Przez chwilę.... bo tempo koło 5... więc jak już poddałam sie
całkowicie, zostałam materiałem treningowym, straciłam nadzieję na 5.30... Michał kazał mi biec poniżej 5. Tylko do asfaltu, koło kilometra. W końcu mu to powiedziałam. Że go nienawidzę! I pobiegłam poniżej 5.

Asfalt! Juz znów lubie Michała, jest wolniej. Uprzejmie spytał, jakie jest moje treningowe tempo. TERAZ.... I było miło, koło 5... mostek, w dół do stadionu, w dół, w dół! Znam droge, wiedziałam, co po tym "w dół" jest... I było. Podbieg. Michał popędzał. Pod koniec przeszłam w marsz.
Nie, nie, nie. Ale powiedział, że dam radę. Co ja bym nie dała?! :) No to dałam.. I znów go nienawidziłam...

Rondo, urząd, finisz. I znów mi kazał szybko. Na szczęscie było trochę z górki. Nie pamietam, kiedy była równie szczęśliwa, niż w momencie wbiegnięcia na rynek :)

Zostałam sfocona. Michała nawet nie zaprosiłam do foty, bo on nie wyglądał jak nieboszczyk, w przeciwieństwie do mnie, chociaż wciąż starałam się trzymać fason :) Rozciąganie i... już było dobrze. Już z powrotem lubiłam Michała, mogłam oddychać :)

Ciesze się, że uległam. Cieszę się, że spróbowałam interwałów. Michał mnie pochwalił, za co dziękuję, chociaż wiem, że dla niego samego ten trening byłby o wiele bardziej intensywny.

Interwałów było 7 czy 8.. nie wiem, nie pamietam. Michał liczył, pilnował, rozmawiał, myślał i rozkazywał za mnie. Ja nie gadałam, nie myślałam, tylko biegłam, jak mi kazał.

Juz mi przeszło. Przeszły niewłaściwe emocje, nienawiść, chęć zabójstwa, chęć poddania się, odpuszczenia i w ogóle rzucanie biegania. Bo tak miałam przez te 9 km. Najciekawsze, że mimo kilku krótkich marszów, w sumie jakbym zdobyła gdzieś jeszcze 500 metrów, popełniłabym życiówkę na 10 km. Coś koło 51 i pół minuty. Czarodziej! Chodzę i mam zyciówkę :)

Dziekuję Michałowi, którego absolutnie nie nienawidzę. Bo mimo, że mnie popędzał, wierzył ze dam radę. A poza tym, potrafi to robić. Zmobilizować.

Warto było!!

Bedzie mnie jutro bolał brzuch, zakwasy jak szlag. Tak sądzę.





wtorek, 28 kwietnia 2015

Jak rozruszałam córkę i zrobiłam niechcący zyciówkę


Miało być zupełnie inaczej. Miał byc towarzyski bieg na kilkanascie km. Ale raz, pogoda mocno niepewna, burze w zanadrzu, dwa, wstępnie zdeklarowany współbiegacz jednak nie mógł.

No ale, posiadanie lub nie, współbiegacza w moim przypadku może umilać, ale nie determinuje faktu, że wypada mój dzień biegania! I mimo, że żałowałam bardzo pierwotnego planu na długi dystans, a także naprawdę doborowego towarzystwa, zaplanowałam szybko krótszy i samotny :)

Wrócilam z pracy po 19. Córka w domu sama, maz z młodym bóg wie gdzie... Zaproponowałam jej - chodź ze mną biegać! Jak na dziecko ery tableta (który jest w serwisie, wymiana szyby:) ), zaskakujaco natychmiast sie zgodzila. No, to mama przebierka, zegarek, akurat chłopaki nadeszli.... a my wychodzimy!

Daga rower, ja nogi, startujemy! chodnikiem we dwie, raz obok siebie, raz gęsiego, w zalezności od szerokosci chodnika i gęstosci pieszych :) Najpierw do szkoły, potem tory, za torami boczna uliczka, bez chodnika. Daga miała pewne trudnosci w nadążeniu za mna, co odnotowałam z satysfakcją, przypomniałam jej o przerzutkach :)

Na Kieleckiej dowiedziałam się, że szybko biegnę :) Poprosiłam Dagę, by to ona mówila, bo ja jestem zasapana. W koncu pędzę! No więc nie trzeba było powtarzać, dowiedziałam sie o różnych szkolnych sprawach, taki bieg to skarbnica wiedzy o dziecku, szczególnie, ze mama nie mówi, tylko słucha :)

Pedziłam, oj tak. Dodatkowym napędem była Daga na rowerze, która w koncu złapała własciwe tempo - tempo poganiania mamy - i juz nie zastanawiałam sie nad niczym innym, tylko nad tym, by jej z tempa nie wybić :)

Była zaciekawiona, biegłam trasą, której nie pokonalysmy wcześniej autem ani rowerem, był juz mrok, nie wiedziała, gdzie jest, po czym odkrywała znajome miejsca. Tory, kościół, Mleczarska, Decathlon - jest 5 km! Mamo, jak ty to zrobilaś, że sie tu znalazłyśmy!? O nie, córeczko, to nie koniec, mimo, że pod domem, lecimy dalej.

Wzdłuz Energetycznej, pasy a za chwile skończył nam się chodnik. więc wpadłam na ściezkę, Daga za mną. I mówi o tej sciezce: Mamo, mama lubi takie, że tak powiem, ekstremalne przezycia :) No po prostu miód malina dla moich uszu! Potem Rubinowa, Daga zaciekawiona, czy ona już tu była kiedyś? Przypomniałam jej, że jak była malutka, to jeszcze nie było poczty w Mysiadle, tylko właśnie na rubinową na pocztę się chodziło, a naprzeciwko poczty jest sklep z super zabawkami. Chyba mocno to odnotowała :)

No dobra, raz na czerwonym, mała uliczka, niepedagogicznie, ale Daga uspokoiła mnie "mamo, prawie zielone juz było" :) A poza tym wysłuchałam całego repertuaru piosenek z muzyki, Daga zadowolona, zgrzana rozśpiewana... Ja tez bym spiewała, gdybym miała troche oddechu i w ogóle nie fałszowała :)

Koło Auchan Daga znów odkryła Amerykę - mamo, jak to zrobiłaś, że wybiegłysmy tu!? Bo pomimo, że jechała na rowerze, mówiła wciąż o nas "biegniemy" :)

Wiało w tym odcinku, miała załzawione oczy, ale już wkrótce był skręt. Sfociłam się, a jakże! z córka, córka sfociła mnie w moich nowych, zbyt krótkich na moja tusze spodenkach (dobrze że nie założyłam ich na bieg z współbiegaczem, umarlabym ze wstydu:) )



No i końcówka.
Cały bieg musiałam podawać córce aktualny czas i dystans (fachowa kochana, jak mama:) ), ale najwieksza nagrodą było jak zapytała, czy jutro biegam albo w inny dzień, i czy Ona moze ze mną :)

Dumne z wyczynu i zmęczone, pokonałysmy 8 km. Dziękuję córce za bieg. dzieki niej mam zyciówkę, a ona... ona chyba może polubić ten sport!

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Jak trafiłam do bajki

Za górami, za lasami... :) Tam się zwykle dzieją bajki. I jeszcze dawno, dawno temu.

Tymczasem wcale niedaleko i wcale niedawno, była sobie bajka.

Była sobie Kamila i Marta, które postanowiły pobiec w niedzielę na 20 km. Dzień rozpoczał się bez słońca, ale za to ciepło, więc o 7.10 pod szkołą, jak zwykle :)
Ja zabrałam swój bukłaczek, Marta butelkę, więc wiadomo było, że będziemy piły. Plan był bez planu, czyli droga na Zabiele tam i z powrotem.
Świeżo po BBL, ale nastawione na pełen relaks, nie spieszyłyśmy się. Troche obgadałyśmy poniktórych znajomych, trochę o bieganiu, trochę o dzieciach - jak to matki równolatek.
W pewnym momencie Marta stwierdziła, że ona to w ogóle nie lubi takich tras, gdy biegnie do punktu i z powrotem ta samą drogą :) Oooo, w sumie, pusta ta droga, asfalt, poza przyjemnoscia biegu emocji brak... No to ok. Mamy GPS, mamy komórki z internetem, mapami, cuda, więc szybko
określiłyśmy ogólną trasę i wbiegłyśmy w las. Po prostu. No przecież się nie zgubimy!

Pierwsza część lasu, do drogi 57, była znaczona robotą drwali, leśników - porządki, porządki, wycinki, składy drewna. Zapach świeżego drewna. Pieńki, przecinki. I strumyk. Tu krótki postój i kontrola trasy, jest ok.
Drogę "warszawską" przebiegłyśmy tylko i od razu zanurzyłyśmy się w drugi las. Ten już nie był tak uporządkowany, zapracowany, ten był dziczą! Początkowo dość ciemny, gęsty, przeszedł w jasny liściasty, bo biegłyśmy wśród torów kolejowych, nieużywanych od lat. To był jedyny moment
cywilizacji, na który sobie pozwoliłyśmy. Minęłyśmy miejscowość Siódmak, zrezygnowałyśmy z dalszego biegu przy torach i wbiegłyśmy w taką mocno leśną drogę, zarośniętą trawą i kwiatkami, nieużywaną przez samochody od bardzo dawna. wydawało się, że biegnąc ta drogą dobiegniemy do
kolejnego asfaltu, w miejscu, gdzie asfaltowa droga mocno się wznosi w stronę miasta. Tak, miał być szybki podbieg!

I właśnie wtedy wyszło słońce. Las zajaśniał przesianymi między jasnozielonymi liśćmi promykami słońca, zabielał morzem kwiatów wiosennych, białych dzwonków, które było po prostu wszędzie. I uderzający zapach tych kwiatów. No i nas zatkało. Ja to nawet przestałam uważać na nogi na tej ścieżynce, bo nie miałam czasu patrzeć w dół. Bo już nie pamietam, kiedy ostatni raz widziałam coś równie pięknego :) Tylko czekać, aż pojawi się faun jakiś, naprawdę wierzyłam wówczas, że możemy spotkać leśnego stwora z bajki!

I tak biegłyśmy, i co chwila wypuszczałyśmy ochy i achy, teraz jak sobie przypomnę, to śmiać mi się chce, wyobrażając sobie, że mówimy to wszystko w innej scenerii.... :) Ale pięknie! Patrz tam! O matko! Jak cudownie! - ot tak mnie więcej wyglądała nasza rozmowa w lesie :)
Było też bliskie spotkanie...sarna, stała na polanie, tyłem-bokiem do nas, a my byłyśmy już bardzo blisko. Kiedy sięgnęłam po komórkę (fota!), ona zauważyła nas kątem oka i zwiała, tylko ogon nam mignał. Tym razem to nie było jak zwykle, kiedy widzi się przebiegające sarny. Tym razem
ona czuła się super spokojna i bezpieczna, a my ją zaskoczyłyśmy swoją obecnością w środku lasu, z dala od dróg :)

Mroczną częścią bajki jest to, że trochę oprzytomniałysmy z tego zauroczenia, przecież skoro o mało nie zdeptałyśmy sarny, to nie wiadomo czy nie nastąpimy na dzika... :)
Zgodnie z ponurym proroctwem Marty, wybiegłyśmy na asfalt tuż przed wzniesieniem. Ale, nie wiadomo, czy dlatego, że nam się nie chciało tego podbiegu, czy dlatego, że trochę zaczęło nam brakować km do tych 20, asfaltem biegłyśmy może 200 metrów i... znów nura w las :) A tu choć początkowo miło, las zemścił się za lenistwo podbiegowe na asfalcie swoimi podbiegami, na dużo mniej wygodnej nawierzchni. Ależ było mocno! Marta przy kolejnym podbiegu sprytnie zwolniła, udając, że widzi wiewiórkę wspinającą się na drzewo... ja tam nic nie widziałam, ale zwolniłam, pilnie jej wypatrując. Ach, lenistwo! :)

Jeszcze jedna kontrola trasy na rozstajach, chodziło o to, by nie zapuścić się tak daleko w las, żebyśmy nie miały potem zbyt daleko, by wrócić o własnych siłach :) Wybiegłyśmy planowo, od zachodniej strony miasta. Mi się picie dawno skończyło, Marta miała dwa razy tyle co ja,  więc
biegłam i marzyłam o ogólnodostępnym kranie, zastanawiałam się, jak łatwo odkręcić hydrant p.poż. i takie tam, w słońcu i cieple. Wodopój znalazłam w całodobowej przychodni, jaką mijaliśmy po drodze. Jeden bukłak kranówki wypiłam na poczekaniu, drugi wzięłam ze sobą :)

Dalej nie ma co opowiadać, bajka skończyła się w momencie wyjścia z lasu. I mimo, ze często wracam myślami do tych widoków i tego zapachu, długo nie miałam w ogóle koncepcji, jak zacząć ten opis. Właściwie już go napisałam, ale wiem, że w żaden, nawet najmniejszy sposób nie pokażę nikomu tego cudu lasu. Inaczej mogę pokazać - zaprosić TAM na bieg :)

Wiecie co? Zrobiłam masę zdjęć, ale nie mogę ich tu umieścić. Bo ani na gram nie oddają tego uroku, jaki mogę spróbować tu opisać :)

Nie byłyśmy zasapane, tylko miło zmęczone, i chyba myślami wciąż w tym lesie :)

Marta piękne 19, ja 21,wybiegane, zauroczone - tak się powinno zaczynać niedzielę :)




niedziela, 26 kwietnia 2015

Jak biegłam bez koszulki

Na BBL w Nowym Gizewie szykowałam się od dawna. Był cień nadziei na koszulke klubową Piaseczno Running, zamówienie wyszło kilka dni wczesniej. Mimo, że organizator nakazywał bieg w koszulkach BBL, miałam plan na wyłamianie się, słuszny zreszta, jak okazało sie potem.

Wyjazd piatkowy determinowało oczekiwanie na koszulkę. Ostatecznie skonsultowałam z Prezesem, że na koszulki nie ma szans w tym dniu. Więc ruszyłam niezmiernie niepocieszona.... W miedzyczasie okazało sie, że koszulki jednak przyszły! A ja już byłam na obwodnicy...

Żal, żal! Gdybym wiedziała, poczekałabym!


No więc już wiedziałam, że nie mam szans na publikacje swoich fot w galerii Piaseczno Running :(

Bieg o 11:00, wcześniej miałam załatwić z mama zakupy i inne takie. Koło 9 stawiłam sie w biurze zawodów. A nie!, jeszcze wczesniej, gdy dojeżdzałam do biura zawodów, zostałam zatrzymana przez policję :) Miły policjant zhaltował mnie, więc pytam grzecznie, jak do biura zawodów dojechać. A on mi wyciąga instrument i mówi "kontrola trzeźwosci!" :)

Dmuchnęłam. Powiedzialam mu, że kiepskie miejsce wybrał i że niech idzie dmuchać prawdziwych pijaków! :) Posmiał posmiał, wskazał drogę.

Biuro na łące, obok kort, boisko do siatkówki, plac zabaw, miejsce na ognisko, pasza.... super! Panienki w Biurze wydały mi na moja prośbę koszulkę S, która miałam do kolan.... zrozumiałe, w końcu masa studentów szkółki policji się zapisała....



Koszulka ładna, chociaż 100% Cotton, numer wydrukowany na gumie i 3 (trzy!) agrafki :)

Pojechałam do domu, przebrać się i zabrać familię. Oczywiście wracajac juz dzwoniłam do Marty, że rozmiarówka duża.... Mimo, że pamietałam o tym policjancie i zapięłam wyjątkowo pasy, to zapomniałam, ze telefon w czasie jazdy też jest karalny..... :) Pomachał mi tylko, zagadany z lesnikami, ładne lesne chłopaki obsługiwały imprezę :)

Na polane dotarłam po 10. ruch, zawodnicy i rodziny, ogień sie pali, dzieci szalone na placu, Renata przyszła, mimo, że nie mogła biec, w córkami, Marta z córką, zrobił się tłum dzieci. Anna kontuzjowana, jednak postanowiła spróbować. Wiec jest nas 4, w tym 3 biegną, jest moc!

Rozglądałam sie za Prezesem AKB Szczytno, mieliśmy się sfocić i pogadać, ale wciąż go nie było. Zarządzono rozgrzewkę. dzieci zostały pod opieką dziadków, Renaty i Janusza, a my szykowałysmy sie na bieg.

Pogoda cudna. Słońce, ciepło, koło 20 stopni. Zieleń buchneła, no po prostu idealnie na rodzinny piknik i na wrazenia biegowe!

Start mieścił się kawałek dalej, więc poszlismy oznaczonym przejściem przez las. Oczywiście wbiłysmy się przed linia startu, coby nas było na fotach widać... Tym razem nie łamiąc reguł, bieg był bez pomiaru czasu! No to wypas! A na starcie niespodzianka, pojawił się Krzysztof. Został mi pokazany, bo nie zgadłabym... chociaz powinnam, w koncu to Wilczek!


Wstega jalowcowo i szyszkowo przystrojona została oficjalnie przecieta sekatorami (szkoda, myslałam, że my, piersiami rozerwiemy.....) i start!

Anna bardzo chciała, ale jednak jej noga niekoniecznie. Więc zostawiłysmy ja z Marta po mniej więcej kilometrze z wolo na rowerze, zamykająca peleton.

Rozbujałysmy się na miłe, konwersacyjne tempo, bez pomiaru czasu. Przed nami plecy tych, co to zapomnieli, że pomiaru nie ma, za nami Wilk Wilczek i jeszcze pare osób, a na trasie lesnicy. Lesnicy mieli funkcje - robili foty, dopingowali, pokazywali, gdzie skrecić, mimo powieszonych taśm na zakrętach.... Widac było, że sa z nami całym sercem!

Na tyle, ze na ok. 4 km pojawiła sie woda. Woda! naprawde pogoda domagała sie dla nas wody. Łyczek tu, łyczek tam i dalej!

Drogi lesne, las budził się do zycia, my pełne wigoru i potu masa.... dogoniłysmy na tresie Beatę z klubu Jurund i juz we trzy, gadu gadu, parłyśmy do mety. Na kolejnym wodopoju pobrałysmy butelki 0,5L, ja gazowaną, i fachowo oblałysmy się, nie bacząc na bawełniastość naszych koszulek. Było gorąco! Starczyło nam tyle przyzwoitości, że zamiast mokrych podkoszulek z przodu, oblałysmy sobie karki i plecy. Chłód, alleluja!

Dystans 7500 m, jednak koło 7800, na mecie tłum dobiegnetych i doping! Beata wyrwała, żeby wpaśc zziajana, my wolałysmy mniej, ale z fasonem, bez zadyszki, tych, co to robią 8 km nawet we śnie... z klasa, wyprostowane i już meta!

Medal, drewniany, ładny, staranny, powiesił mi na szyi nieletni, pryszczaty wolo z aparatem na zebach... Będzie ładny chłopak, tylko czemu wciąż medale wręczaja mi chłopcy w widocznym okresie dojrzewania??? Ja sie pytam!

fota, fota, i poszłysmy do naszych rodzinek :)


A tam, sodoma..... wielkie bańki, szczudła, rower cyrkowy.... Dzieci oszalałe z radosci, babcie i dziadek zhasani.... więc była pyszna grochówka, picie, kiełbaska na ogień. Renata chodziła na szczudłach w objeciach animatora... Tym puszczał wielkie bańki za pomoca patyczków i sznurków... Ja, ja pojechałam na rowerku cyrkowym, i niestety, mimo bardzo dobrej asekuracji animatora, wylozyłam sie jak długa. Musze nad tym popracować!

Nie będę tu opisywać jak jadłyśmy kiełbaski, ale muszę przyznać, że impreza bardzo udana! Mam piekne foto z Wilczkiem!


Mam satysfakcje z biegu i piekny medal. Mam za soba piekne drogi lesne i to co kocham - bieg!

Mam mały żal do twórców strony FB Biegam bo Lubie Lasy, za przemilczenie naszej imprezy. Szkoda. Bo brak pomiaru czasu nie oznacza, ze biegaja tu gorsi. Patronat główny objeło Nadleśnictwo Szczytno, dzieki i czekamy na więcej.

Bo tez nie ma lepszej atmosfery do biegu niż zapach mazurskiego lasu!



piątek, 24 kwietnia 2015

Jak nie napisałam relacji z biegu

Kolejny bieg czwartkowy za mną. Wreszcie widno, wreszcie ciepło, więc na krótko. Krócej i wolniej niż zwykle, ale dobra godzina biegu była. Za to przez tę krótkość trasa zmodyfikowana, między stawami i na Górkach Szymona... pięknie :)

Bieg oczywiście z moja grupą klubową, było licznie - Asia, Beata, Ola, Janusz, Michał i Mikołaj. I Kokos :) I Ja.
Moją tradycją po każdym biegu jest napisanie relacji. Bo biegi wprawiają mnie w nastrój gadulstwa, które musze przelać na piśmie.
No i właśnie tym razem nie miałam nastroju gadulstwa! Jak nie ja :)
Więc relacji nie ma.

A szkoda, bo cały bieg coś się działo, najpierw czekaliśmy na Michała, który wpadł do domu za 3 ósma i pędził z Kokosem na rynek. Ogródki restauracyjne już rozłożone, goście usadowieni, jak przewidywałam, zaczynamy stanowić lokalną atrakcję czwartkową. Niedługo zaczną o tym pisać w powiatowej prasie :)
Więc jak już Michał wpadł na rynek, koleżanka Oli zrobiła nam sesję PRZED, wytrzaskała chyba z 10 klatek, więc myślę, że każdy znajdzie chociaż jedną fotę, na której wygląda najkorzystniej.

Największym blaskiem świeciłam ja z Asią, bo ubrałyśmy jednakowe koszulki z ostatniego BBL, mocno zielone, faktycznie wyglądamy jak bliźniaczki :) Poza tym prawie wszyscy na krótko, lub prawie na krótko, poza Beatką, która popełniła kurtkę zimową - ale musze przyznać, nie omdlała z gorąca, może ona się nie poci??
Po konsultacjach Prezes zarządził trasę krótszą niż zwykle. Grupa się rozciągnęła, niezmiennie Michał z Kokosem prowadzili, a Janusz najczęściej zamykał peleton. Najwięcej biegłam z Olą, która z powodu bólu łydek uprawiała tym razem bieg metodą Gallowaya. Zgodziliśmy się z Mikołajem, że najpewniej jest to etap przygotowań do maratonu, może okazać się, że będę miała w Oli towarzyszkę na wrześniowy maraton.

Natomiast na pewno nie mam w grupie towarzystwa na runmagedon, Beata wspomniała coś, że może miałaby dla mnie towarzyszkę, ale ona sama nie życzy sobie błota na twarzy. Mikołaj również woli chronić cerę, chociaż Michał twierdził, że takie błoto może być substytutem kąpieli błotnej w SPA....
Za torami skręciliśmy z polną drogę. To był skrót naszej trasy. Chwilę między domami i zaraz grobla pomiędzy stawami. Nie odmówiłyśmy sobie z Olą foty zachodniego nieba nad wodą :) Potem przepust i Górki Szymona. Zupełnie nie wiem, jak Beata w tej kurtce się miała, było tak ciepło i przyjemnie, że na samą myśl o dodatkowej warstwie ubrania robiło mi się słabo :)


Kilka uliczek za Górkami i na prowadzenie wyszli Michał z Mikołajem. Potem ja, sama lub z Olą, potem gadułki i Janusz. Uśmiechałam się do siebie w duchu, za każdym razem jak słyszałam kolejną konwersację Beaty. Ona jest po prostu stworzona do mówienia :)

Pędu nie było. Nawet z mojego ukochanego wiaduktu spokojnie, tylko dlatego, że nie chciałam zrobić wstydu Kokosowi, który był ograniczony przez smycz :) Za rondem panowie Michał i Mikołaj zaczęli szaleć. Początek widziałam, resztę znam z opowieści.... Więc najpierw pognali, oczywiście ja nawet nie miałam szans im sprostać, więc nie próbowałam. Podobno, potem był sprint, wymyślony przez Michała, a wyklęty na mecie przez Mikołaja :)
Przyznam, przybiegłam to byli zziajani, w przeciwieństwie do mnie, slow to slow :) Po trochu nadbiegli pozostali, Ola, i grupa gadająca.
Wyjątkowo wcześnie, bo ok. 21, sporządziliśmy finałową fotę.
Okazało się, że Beacie było za mało i popełniła później jeszcze kilka km. Kasia, która nie dotarła na bieg, przybiegła na rynek o stałej porze naszych zakończeń , żeby się sfocić z nami i zastała pustki :)
Asia była bardzo zadowolona z efektu zielonych koszulek. Janusz dokładnie zamknął imprezę. Mikołaj miał piękne zakończenie, widać było, że jest zadowolony z tempa. A Michał... A Michał założył krótkie spodenki i schował się na zdjęciu za grupą. Błąd!

Dzisiaj rusza fontanna na rynku, tam, gdzie stoimy, będzie lała się woda :) Będą piękne foty.
Mikołaj, możesz powiedzieć "A nie mówiłem?" :)

Dziękuję za bieg!


wtorek, 21 kwietnia 2015

Czy bieganie męczy?

Ano, teoria, że bieganie męczy.. dzisiaj mocno weryfikowałam swoją definicję zmęczenia bieganiem. a ponadto zyskałam nowe pojęcie do słownika biegowego, ale o tym za chwilę.

No więc, wczoraj późno sie połozyłam, mlody w nocy gorączkował... Dzisiaj masakra, spałam na stojąco! ale ponieważ wprosiłam sie na bieg z Mikołajem, honor nie pozwolił mi odpuścić. Jeszcze godzine przed biegiem byłam na chwile u siąsiadki, która stwierdzila, ze kiepsko wyglądam, chyba jestem przemęczona....

Oj tak!

Minę miałam nietęgą, kiedy ruszylismy 5.30, jak zapowiadałam. Na Mikołaju nie bardzo robiło to tempo wrażenie, na mnie dzisiaj zdecydowanie tak. Trasa nasza zwykła, plan na 15 km (a ja jeszcze planowałam dobiec i wrócić biegiem z miejsca spotkania do domu, he he, całe szczęśnie skapitulowałam na rzecz auta).

Pogoda idealna, nie za zimno, tempo nie bardzo konwersacyjne jak dla mnie dzisiaj, ale 4 kilometr zrobił sie milszy, wolniejszy i nawet cos tam zaczęłam więcej mówić... Na moje nieszczęście Mikołaj miał zegarek i zakomunikował mi, że takie tempo (6.0) nie wchodzi w grę.... Więc nogi za pas, i lecimy!

O czym było? Mimo mojej niedyspozycji w gadaniu, jednak rozmawialismy cały bieg. O bieganiu naturalnie, potem znów o bieganiu a na koncu jeszcze troche o bieganiu... no i o koszulkach było też :) A więcej nie powiem :) Sprzedałam też Mikołajowi plan biegów lesnych, jak zrobi już sie dostatecznie widno o porze czwartkowych biegów i poparł pomysł.

Cudowne było to, że przez długi czas biegu było jeszcze dość widno. Mikołaj nie użył czolówki, chociaż był przygotowany. Ja nie zabrałam latarki, ale nie była potrzebna. Poswiata zachodu długo nam towarzyszyła, za Jazgarzew i znów mój ulubiony odcinek wzdluż toru kolejki.

Nie odpuszczał mi. Widział, że wkładam dużo wysiłku, zreszta na starcie zakomunikowałam, ze czuje się mniej więcej na 6.30.... Ale widział że zyję, więc popedzał. A wyglądało to tak, że biegłam pół kroku za nim. A on, opowiadał o różnych rzeczach, jak gdyby nigdy nic. Jakbym zwolniła, za daleko by odbiegł, zebym mogla w rozsądnym tempie go gonić :)

Lekko zmodyfikowalismy trasę, na małe uliczki, zeby dodać dystansu, spokojnie, bez ruchu. TZN na ulicach bez ruchu, bo my, cóż :)

Masa biegaczy. Wszedzie. Potencjalni uczestnicy czwartkowego biegu. Pozdro, pozdro, i dalej, ja pół kroku za Mikołajem...

Wiadukt, uff, uwielbiam go. Z górki szybko, lekko, zegarek pokazał mi moment 4.07, poczułam sie mocna! Dalej zreszta tez w dół, w stronę stadionu, wszystko zaczynało byc piekne i proste, kiedy kolejna w miarę płaska uliczka w lewo umknęła, a Mikołaj zakomunikował mi, że trening, to trening i polega na zmęczeniu się.

No i mój swiat się zawalił.

Broniłam się rekami i nogami, przed interwałami, podbiegami, wykonywanymi celowo, zeby się sponiewierać. Chciałam i bałam się. Moje dotychczasowe biegania, zmęczenie po nich polegało głównie na: a) spoceniu się i lekkiej zadyszce, b) bólu nóg spowodowanym długim kilometrazem (zadyszka i pocenie oczywiste).

A tu okazało się, że dla swojego dobra, mam sie dodatkowo umęczac, wybierając odcinki pod górę i przyspieszając....

No to Mikołaj wybrał uliczkę pnąca sie w górę. To mogę zrozumieć, trasa etc. Ale do tego narzucił tempo (albo dorównam, albo hańba będzie :) )... wyszło 5.30 na tym podbiegu, szczytowałam ledwo zyjąc. A jeszcze Mikołaj zafundował mi ostatni kilometr na 5.16 (dane z mojego Tomtomka), więc niewiele z tego odcinka pamietam, tylko plecy Mikołaja....

Ostatnie dwa kilometry spędziłam w ciszy. Tzn, ja nie gadałam. Mikołaj w miarę kontrolował, czy zyję i raczej nie dodawał mi otuchy, a pognębiał pomysłami na zmęczenie się.

Nowe słowo, tylko błagam Mikołaj, nie smiej się, które zaczęło miec dla mnie wymiar fizyczny to TRENING. Nie bieganie, tylko bieganie w celu wykonania konkretnych zadań. Żeby się zmęczyć inaczej. I nawet nie bola mnie nogi.

Czy bieganie męczy? Po tym, jak sie czułam PRZED biegiem, kiedy naprawdę czułam, że będzie źle, okazało się, że nie tylko było całkiem nieżle (dzięki !), ale po biegu po prostu zniknęło zmęczenie po nieprzespanej nocy, senność i ogólna bylejakość.
Pojawiła się energia i zadowolenie!

Mikołaj zrobił mi fotkę na koncu, bieg bez foty wiadomo, niewazny. Nawet sie załapał w kadr, całkiem fajnie to wyszło.

Dziekuję Mikolajowi za bieg, za przypilnowanie, żeby był to dla mnie trening.




niedziela, 19 kwietnia 2015

Znowu półmaraton.... :)


Dzisiejsze wybieganie niedzielne było szczególnie zaplanowane. Bo nie tylko ja i moje 20 km, ale też Beata i jej pierwsze 20 km. Już w sobotę zaplanowałam trasę, podrzuciłam na forum klubowe i plan był zrobić 20 km z rynku - plus co tam każda ma do domu do przebiegnięcia. A debiut poważny, Beata wcześniej miała na koncie 15 km biegu max.

Niespodziewanie wieczorem odezwał się jeszcze Michał, co nas ucieszyło, bo wreszcie wrócił z urlopu, i miał ochotę dołączyć. Umówiliśmy się, że jak da radę się podnieść po podróży, biegnie z nami :)

Godzina zupełnie nie niedzielna, 7:30. Budzik na 6:30, ale mój niezawodny syn rozpoczął dzień o 5:30..... Więc snu było nie za wiele.
Polecając Beacie bułkę z nutellą, sama takową zjadłam, kafka, zimnica, więc kurtka i start. Do rynku mam 2 km, więc 15 minut sobie przeznaczyłam na dotarcie. Beata już czekała.

W niedzielę lubię biegać rano. Kiedy wszyscy śpią, ja ruszam, a kiedy wracam, razem z domownikami zaczynam dzień, pełna energii, wybiegana i zadowolona.
Jeszcze chwilę poczekałyśmy na ew. przyjście Michała, chociaż wiadomo było, że chęci chęciami, ale późny powrót i zmęczenie trzeba wypocząć.
No to lecimy. W tempie konwersacyjnym....

Na rynek biegłam pięknym 5,20, rozruszałam się. Beata debiutowała na 20, a w zasadzie chciała mieć zaliczony dystans półmaratoński, więc planowałyśmy spokojne tempo czwartkowego biegania. Planowałyśmy. Bo bieg rozpoczął się dość szybko. Oczywiście, jak to Beata, cisnęła. I gadała.. Nawet dość mocno cisnęła. Ale nie przejmowałam się, nastawiłam się, że zmięknie po dysze :)

Plan był na Żabieniec, Zalesie, Jazgarzew i znów Piaseczno z winklami, coby dystans zamknąć. Biegaczy moc, nawet w głuszy leśnej co rusz ktoś biegł. Ja tym razem pierwszy raz przypięłam do paska bukłaczek z wodą, testowo, czy dobrze mi z tym biec, czy nie lata itd. 250 ml, więc spory.
Beata przygotowana zupełnie inaczej, miała gotówkę, by spośród rojących się po tracie karfurów i sklepów spożywczych wybrać których i po prostu zakupić napój. To takie proste :)

No więc ja z bukłaczkiem, Beata z gotówką, las, zimnica, tempo sporo poniżej 6.... Beata konwersuje, ja też się staram, pomimo zadyszki... trochę się zsapałam, ale wypadłyśmy na asfalt, ruch jak nie w niedzielę o 8.... Gdzie oni tak jadą? I Zalesie. Zrobił się tak chyba 7 kilometr, zaczynamy zaglądać w witryny sklepików i karfurów... wszystko zamknięte! No, to nie popijemy. Ja miałam ten bukłaczek, ale wspólną końcówkę zaproponować wstyd, samemu się raczyć też wstyd....

Wstydząc się biegłam, rozglądając pilnie za jakąś chociaż dziuplą, metą, a tu wciąż nic!
Uratowała nas Żabka. Żabka jest zawsze czynna, kiedy trzeba :) W żabce Beata nawodniła się, ja nawodniłam sie pod żabką. Z bukłaczka. Jak menel :)




Otwarte pole, zimno, nie dałyśmy sobie zbyt dużo czasu na przerwę. Ku mojej rozpaczy, po przerwie wróciło szaleńcze tempo zawodowe.... wiało, my pod wiatr, Beata nadal konwersuje, ja już tylko słucham.... Debiutantka za grosz!! A i zaczęło padać :)

Jazgarzew, jeszcze trochę wybojów i moja ulubiona trasa wzdłuż torów kolejki. Zacisznie, już nie wiało. koło 17 km, Beata przestała konwersować. Za to ja cokolwiek zaczęłam mówić, bo wpadłam w miły rytm etapu "już mi wszystko jedno, mogę biec i biec" :)

Kontrolnie próbowałam dopytać, czy Beata dobrze się czuje, czy ją nic nie boli - sama już dobrze czułam nogi.... Ale okazało się, że po prostu jest świeża jak łania i dalej poniżej 6,00....

Na etapie +18 km zaczynają zachodzić u biegacza pewne procesy. Przynajmniej u takiego, jak ja. Otóż zaczyna się walka z barierami architektonicznymi. Każdy krawężnik - jak Mount Everest, każda krzywizna chodnika jak Wielki Kanion, a zmiana kierunku lub odskoczenie przed przeszkodą - opóźnione jak u zalanego kierowcy. Wtedy celem jest bieg po płaskim, prostym torze. A krok jest coraz bardziej gesty :)

Z planowanego winkla wybiegłyśmy na trasę grójecka wzdłuż kolejki. Beata już milczała. Ja wspominałam czasy godzinę wcześniej, gdy planowałam dodać otuchy padającej na pysk Beacie właśnie tutaj, ze Dworcowa, że będzie w dół... Tymczasem ona wcale nie padała, o Dworcowej marzyłam ja, a tempo... nadal poniżej 6 :)

Nawet przeszło nam przez myśl wpaść na kawę do Mikołaja, jak już kończyłyśmy Dworcową... :) Zamiast tego, wpadłyśmy na rynek, gdzie dzwony kościelne triumfalnie ogłosiły nasze 20 km :) Trochę seniorów szło do kościoła, nie ma komu aparatu dać... Trafił się zakapturzony, ale jak się okazało śliczny chłopiec z pięknym niskim głosem, który nas zfocił. Całkiem dobrze, chociaż o nogach to mu musiałam przypomnieć.

Do domu wracałam już pieknym, prawidłowym tempem 6.15.... rozkoszując się chłodem i deszczem.

To był mega debiut. Beata zrobiła półmaraton w czasie ok. 2.02, czy 2.03. Nieważne. Tempo iście startowe dla debiutanta, a to tylko trening. Myślę, że jest dumna!

Ja spokojnie dałam radę w tym tempie, do domu zawitałam przed 10, a pod prysznic mąż wstawił mi syna, więc miałam od razu masę rozrywki.

Niedzielne wybiegania to fajny zwyczaj. Mądry kolega mnie nauczył i nie wyobrażam sobie niedzieli bez długiego biegu, gdziekolwiek jestem :)

Gratuluję Beacie i sobie wspaniałego czasu!



czwartek, 16 kwietnia 2015

Co to jest tempo konwersacyjne



Dzisiaj to temat przewodni. Ano, czwartkowe spotkania biegowe Mikołaj propaguje jako bieg kilkanascie kilometrów, w tempie spokojnej rozmowy :)

Kto był spokojny i rozmawiał? Beata! :)

Dzisiejsze spotkanie było nieco inne. Na rynku pojawił się wpierw Michał, zaraz potem Aga i Ola. I stara cześć ekipy, czyli ja, Beata, Joanna i Mikołaj. Nawet się jeden jeszcze biegacz pojawił, biegł wprost na nas, ale minał nas i pobiegł dalej, mimo, że była punkt 20:00. Najwyraźniej nie wygladalismy na biegaczy....

fota, fota! Przed, więc wyglądamy niezle :)


Czekalismy jeszcze kilka minut, dając szansę spóźnialskim, ale juz nikt sie nie pojawił, więc w silny składzie słabej płci - 5 kobiet i słabym tej niby mocnej - 2 panów, ruszylismy.

Jak ostatnio, tempo nadawała Beata. Wyposzczona, a ja z nią, dla lansu. Panowie chwilę razem, meskie sprawy, cos tam o powrotach do biegu było, ale nie za duzo udało mi sie podsłuchać, bo Beata parła naprzód.

Juz na mostku widac bylo, że odstawiłysmy grupę, więc na kolejnym zakręcie poczekałysmy na slow runnerów.

W Żabieńcu przygarnęłysmy Michała do czołówki. Michał wyglądał na zawodowca, mimo, że niepozornie akceptował nasze 6,30 :) Szybko przeprowadziłysmy wywiad środowiskowy i okazalo się, ze Michał ma na koncie półmaraton w czasie 1.31 czy coś blisko bardzo. Szczęki nam opadły. Tzn mi, bo Beacie szczęka nie opada. Ona błyskawicznie się dostosowała do sytuacji :)


A za nami nasze nowe dziewczyny, Aga i Ola, Joasia się nimi zajęła. Mikołaj najwyraźniej był zadowolony z powiększenia grupy ale też zyskał dodatkowy obowiązek - bycia i tu i tam :) Więc raz w czołówce, raz z tyłu, wszędzie go było pełno :)

Ciemne ulice Żabieńca i my, dobrze oświetleni, migajacy i odblaskowi, ale momentami to było niebezpiecznie. Niektórzy kierowcy późno zjeżdżali na przeciwny pas, a długie światła często były w uzyciu.


Dzisiejsza tradycją było, ze Beata rządzi. I prowadzi konwersację. wydaje mi się, że dla naszych nowych dziewczyn to nie było tempo konwersacyjne, ale przynajmniej słuchały. Dobry słuchacz w biegu to skarb :) Gadacz zreszta też! Albo, słucha ten, kto nie moze gadać! :)

Krótki postój w Jazgarzewie, na zakręcie, jeszcze chwila i już moja ulubiona droga przy torach. Pusto, spokojnie. Aga jednak wolała inaczej. Wlazła za żywopłot i biegła wzdłuz torów, kontrolowalismy, czy widać jej lampkę :)

Na tej drodze zbilismy się przez chwilę w jedną grupę - poza Agą, która wolała inaczej :) I to mozna nazwać tempem konwersacyjnym.... W końcu mogłam posłuchac Oli, a gadki nasze wiadomo, biegowo babskie, więc szybko chłopcy stworzyli męska grupę czolową, nie wiem, czy nudziły ich nasze tematy, czy za wolno im było.... Przy głównej do Grójca Michał zaczął ćwiczyć. robił cos jak przeplatanki na wuefie, bokiem, nogi w supełki, jakby zupełnie nie leciało za nim stado zmachanych bab. Ale pamietalismy, że to zawodowiec (1,30) więc podziw kapał z nas wraz z naszym potem, no, tylko z Mikołaja nie kapał. Ale, maratończycy tak mają :)

Z uwagi na Agę, która wolała inaczej, skrócilismy nieco trase, ale tak naprawdę niewiele. Były tory kolejki, Ja, Joanna i Michał, w tym ja i Asia zasapane, a tu dopada nas Beata, która chyba tak naprawdę nawet na moment nie przestała konwersować.... :)

A Michał.... biegł po podkładach kolejowych! Czyli robił tuptuptuptup na nasze tuptup. Ćwiczył. przemilczałysmy naszą oczywistą ignorancję treningową, tym bardziej, ze publicznie przyznałam się do leku przed podbiegami....

Biedronka, Ja, Beata, Asia i Michał. rośnie tempo! Joanna chyba nam pomachała, nie oglądałam się, bo Beata zaczęła mnie wkurzać. Przyspieszała. Tempo rosło. Tuptałysmy juz jak bombka zegarowa, kiedy Michał, jak jeleń (przepraszam za porównanie, ale nic mi nie przyszło innego), susami spokojnymi, jego krok na nasze pięć, po prostu odbił od naszego finiszu!

Beata, która podczas finiszu, wciąż miała tempo konwersacyjne.... ( :) ) zmyła głowe Michałowi na rynku. Że nas nie pchał, tylko sam finiszował. Wiadomo, z Mikołajem jest lepiej, ale on finiszował zaraz za chwilę.

Wszyscy zbiegli. Nasza uwaga była skierowana na nowe osoby, co myśla, jak się czuja, czy im sie podobało. Dziewczyny trochę zmęczone, ale widac było, ze zadowolone! Michał wyglądał, jakby własnie wstał po super wyspanej nocy przed wolnym dniem. Mikołaj jak zawsze, w zasadzie nie zmęczony, ale nie ma sie co dziwić, dzisiaj nie finiszował ze mną :)

Super, ze przyszły nowe osoby. Miłe, kontaktowe. Ola zarzeka się, że spróbuje znów - czekam :)

A moim ulubionym współbiegaczom serdecznie dziękuję za kolejny miły i energetyczny bieg!

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Która byłaś?

Dzisiaj znajomy (który nie biega, nigdy też nie biegał) pytał, czy biegałam w jakimś biegu w weekend. Mówię, o tak, w BBL. Na 10 km itd.... A on: To która byłaś? Ja: 104!
Popatrzył na mnie z politowaniem. Rozjuszył mnie. Pytam, co taki zdziwiony. A on, no myślałem, że jak tyle biegasz, to chociaż w pierwszej dziesiątce sie miescisz.....

To było pytanie z gatunku: jakie pytania najbardziej wkur...ją biegaczy.

Czy ludzie nie rozumieja, ze do biegu otwartego stają amatorzy i Ci bardziej zawodowi. Że jest różny wiek i płeć biegaczy. Że jedni biegają już dwa miesiące, inni 6 lat. I że do diaska, my, totalni amatorzy, owszem, pędzimy, ale nie na podium, tylko na jak najlepszy swój czas! A jeszcze jest grupa tych, co tylko i wyłącznie chcą się dobrze bawić i biegają towarzysko i nie przejmują się pokazaniem na endomondo 10 km powyżej godziny!
I że jak to w każdym biegu, na podium ktoś stanąc musi, ale chyba ma z tego wszystkiego najmniej zabawy a najwięcej wysiłku. Chociaż pewnie ogromną satysfakcję. Ale moja satysfakcja w kolejnego lepszego czasu na dystansie była równie wielka!

Polecam każdemu niebiegaczowi, kto pyta o miejsce, PRZEJŚCIE 10 km i przekonanie się, jaki to długi dystans jest!

niedziela, 12 kwietnia 2015

Jak reprezentowałam klub :)


Dzisiejsze BBL było wyjątkowe. Raz, z powodu juz wiosennej aury, dwa, zabrałam całą rodzinę, więc mogli oglądać mamę i żonę na mecie. I trzy, nie biegłam już jako ja. Znaczy, nie tylko jako ja, ale również jako członek reprezentacji klubu :)

Gorączka przedstartowa trwała już od kilku dni. Może nie gorączka, ale podniecenie tym, że będzie silna grupa Piaseczno Running, aż 4 osoby, w tym Asia, która brała pierwszy raz udział w zawodach zorganizowanych. Postanowilismy spotkać się, zrobić wspólną fotkę przed (i po, ale o tym potem) oraz dać z siebie wszystko :)

Na samych zawodach spotkałam masę znajomych gąb. Parkruniacy z Konstancina w dużej liczebnie sile - pozdrawiam! Marcin z 3 Kopce Running Team - gratuluję!! :) Łukasz Kurek... a o nim potem.

Bardzo ucieszyłam się również, że w zawodach postanowili wziąć udział Piotr i jego siostra Monika, z którą miałam przyjemność biec w półmaratonie. Z Piotrem nie miałam tej przyjemnosci, bo on biega w tempie, które jest aktualnie poza moim zasięgiem.... Może jak on się zestarzeje, a ja wzmocnię, kiedyś pobiegniemy razem :)

Umówilismy się o 10, i w zasadzie zaparkowaliśmy 10:10, ale przegramolenie się z moimi pociechami paręset metrów, z rowerkami, hulajnogami i nadaktywnym Tymem spowodowało, że pojawiłam się mocno spóźniona.... JA. Ogromnie przepraszam! Dziewczyny Beata i Asia już czekały, zmarznięte, bo pomimo przyzwoitej temperatury, wiało silnie. Jednak usilnie namawiałam je na bieg "na krótko", teraz były opatulone w długie bluzy. Asia się skusiła, Beata - nie :) A i Janusz był, i Monika też się znalazła, więc foty, foty, foty - i żeby nogi było widać :)

Z Monika była zabawna sytuacja.... Podchodzę do dziewczyn a Beata mówi - "patrz Kamila, mam pomysł na koszulkę klubową, jest tu taka dziewczyna, o widzisz... zrobiłam jej fotkę z tyłu, bo się wstydzilam z przodu.." Ja patrzę, a ona mi Monikę pokazuje :) :) Monika biega wraz z Piotrem reprezentując Google Team, więc prócz koszulki biegu, miała na sobie dodatkowo słuzbową w barwach klubu :)

Czas leciał jak szalony, wołają na rozgrzewkę. Beata prze do przodu, no tak, z przodu robią foty, trzeba się wylansować :) No to lansowaliśmy się koło 8 minut i spacer na start.

Małżonka zostawiłam przy ognisku, gdzie zachwycony Tym wrzucał do ognia wszelkie liscie i patyczki, placzące się pod nogami. Wiedziałam, że będą czekac na mecie.

Kontynuując lans, wbiłyśmy się na starcie przed samą linie mety, aż nas facet z obsługi cofał.... No bo foty, foty.... wiedziałam, że popełniamy jeden ogromny błąd - a w zasadzie dwa w jednym...: po pierwsze przeszkadzamy szybkim w starcie (ale grzecznie ostatecznie skupiliśmy się z lewej, by przeszkadzać najmniej), po drugie wystartujemy za szybko - niesione adrenaliną czołówki i grozi to kolka lub wypaleniem.

Sympatyczne, chóralne odliczanie i start!

No, oczywiście, było za szybko. Ja skupiłam się na biegu z Moniką, pierwsze kilkaset metrów to była gonitwa, wiedziałam, patrząc na zegarek, że jest tak dobrze, że aż źle. Szybko spokorniałysmy. Raz, z braku mocy na taką prędkość na cały dystans, dwa, z powodu podłoża.

Leśne podłoże jest bardzo wymagające. To nie była droga leśna, to były leśne ścieżki. Pełne wystarjących korzeni, leżących patyków, miejscami piach, błoto, trawa, raz miękko, raz twardo :) I tak jak podczas BBL Zimą cały bieg skupiałam się, by się nie połamać, ślizgając się na śniegu, tak tym razem cały bieg to było staranne dobieranie toru biegu na leśnych sciezkach.

Odbiłam od Moniki. Nawet miałam zamiar zwolnić dla towarzystwa, ale stwierdziłam, że jest to niebezpieczne. Rozbujałam się na równe tempo i każde zwalnianie czy przyspieszanie mogłoby się skończyć źle.

Gorąco było, a jakże :) Szybko czułam satysfakcję, że nie ulękłam się wiatru i rozebrałam. A jak gorąco, mocno chciało się pić. Oj i to jak. Na dychę to mógłby chociaż jeden wodopój w drodze być. Prócz błotnistych miejsc, nie było nawet kałuż, na które możnaby tęsknie popatrzeć :)

Czułam ten bieg. Czułam, że pobiegłam w poniedziałek 24 km. Czułam, że pobiegłam w piatek z Mikołajem 13 km, po czwartkowych klubowych 13 km.... Czułam to, bo byłam naprawdę mocno spięta. Z planowanego 5,20 nic nie wyszło, ale nie jest źle, średnia mi wyszła 5,28, więc całkiem ładnie.

Meta była super! Przy taśmach stał mój mąż, z Tymem i Dagą :) Pomachałam i wpadłam za linie mety. Medal i już miałam syna na rekach :)  Za chwileczkę Beata, zmęczona ale szczęsliwa. O Piotrze nie wspomnę, jak ja finiszowałam, pewnie już jadł :) Dalej Monika wpadła na metę. Chwilkę porozmawiałam z Beatą, widać było, że jest zadowolona. Jeszcze miałam okazję porozmawiać na mecie z Asią, która była baaardzo zadowolona, miała błysk w oku, że ukończyła właśnie swój pierwszy raz!

Umawialismy się na fotkę. Niestety, ja musiałam uciekać, bo syn już miał dość. Widziałam wbiegającego na metę Janusza, jak już odchodziliśmy. Każdy gdzieś poszedł, może łatwiej by było razem coś spożyć, jakbym była sama, a tak poszłam ze swoją dumna rodzinka do samochodu. Zresztą może i dobrze, że nie było zdjęć PO. PRZED wygląda się dużo lepiej :)


Jestem bardzo zadowolona. Prezes klubu umiescił nasze zdjęcie na stronie Piaseczno Running :) Dzięki!

Asia zadebiutowała. I chyba została wciągnięta :) wyglądała na bardzo usatysfakcjonowaną!

Piotr smignął tylko, wiem, że przewrócił się na trasie i poobijał, mimo to, miał niezły czas.

Beata, szybka, jak zawsze.

Jak zawsze dokładny Janusz :) :)

Miało być o Łukaszu. Łukasz Kurek pojawił się na starcie, ale oczywiście mnie nie zauważył. Spotkalismy się dopiero za metą. Spytałam, jak mu poszło (spodziewałam sie podium!). Łukasz mówi "słabo!" ... więc pytam, który był, a on: DRUGI...... :) :)
Gratuluję!!

Mikołaj, możesz być dumny z drużyny Piaseczno Running!

piątek, 10 kwietnia 2015

Jak budowałam forme na BBL.



ano, nie tak, jak trzeba. Najpierw poniedziałek, 24 km, potem ulubiony czwartek - 13 km, a dzisiaj dobiłam się kolejna trzynastką :)

Jutro nie biegnę!

W oczekiwaniu na Mikołaja, na rynku, odnotowałam wielki ruch. Mnóstwo młodziezy, jeszcze rodzice z dziećmi, chociaż już 20:00... widac, że pierwsze 16 stopni na plusie o tej porze wyciaga z domów!

Przypomniałam sobie nasze czwartkowe zbiórki na bieg, zimnica, zywej duszy wokół, tylko my, grupa pozytywnie nastawionych, tupiacych do biegu :)

Mikołaj, jak zwykle punktualnie, no to start. Załozyłam, ze skoro podczepiam się do Mikołaja, biorę wszystko - tempo i dystans na jego zasadach. No i skończyły się żarty. To nie było czwartkowe spotkanie biegowe, to było prawdziwie piatkowe spotkanie biegowe :)

Nieśmiało dopytałam o trasę - sądziłam ze będzie 5-8, po cichu liczyłam na zwykła trasę - 13 km.... nie zawiodłam się :) Plan był na dłuzej.

Tym razem miałam latarkę, była też czołówka, więc komfortowo. Tylko ubrałam się jak na Syberię, tzn. jak wczoraj, nie sposób opisać miny Mikołaja, kiedy zdejmowałam kurtkę... to co zobaczył :) No co, jakoś zimno mi ostatnio!

Lubie biegać z osobami, które mają doświadczenie. To moze egoistyczne, ale pytam i chłonę z ich wiedzy. Nie czytam książek, nie byłam u ortopedy ani fizjoterapeuty... nawet u ogólnego nie byłam! Polegam na doświadczeniu prawdziwych biegaczy. Więc było sporo o bieganiu. Mikołaj ma dużą wiedzę, masę doświadczeń, więc wyciągałam, co sie tylko dało! :)

Dowiedziałam się też, że zbyt dużo gadam, przy średnim tempie 6,00, co prawda nie powiedział mi.... przypadkiem się dowiedziałam... - jak zamilkłam, bo chłonęłam swoja przyjemność biegu, cudowną aurę, fajną okolicę i zero stresu, bo nie byłam sama, Mikołaj zaproponował, że zwolnimy - żebym mogła nabrac oddechu. On sądził, ze ja milczę bo się zasapałam! W ogóle nie przyszło mu do głowy, że czasem zdarza mi się kilka minut być cicho. Tak po prostu!

Tempo bardzo fajne, nie startowe, ale też nie wybieganiowe. A zrobiło się w sumie 13 km. Dwunasty kilometr piekny, 5,41, moja cudowna Dworcowa, w dół!, w dół!

Rany, miało byc krótko.... to nie będę wchodzić w pozostałe szczegóły biegu :)

Lubie tak, jak dzisiaj. Niesiona emocjami z wczorajszego, przemiłego czwartkowego biegania, dzisiaj ponownie poczułam się bardzo dobrze, znów miałam ochotę biec i biec (czemu ta ochota nachodzi mnie zwykle po 10 km, szczególnie jak mam pojutrze start!?).

Dziękuję Mikołajowi za dzisiaj. I licze na powtórkę tego fajnego tempa :)

A BBL? BBL będzie w niedzielę, więc mam kilkadziesiat godzin by odzyć po tym, co dzisiaj mi zrobił Prezes :)

czwartek, 9 kwietnia 2015

Dzisiaj mocno chciało mi się!

Pomimo pewnych zmian personalnych, nieobecności Asi i Michała, grupę wspomogli chłopcy, Jan i Janusz, co ze mną, Kasią, Beatą i Mikołajem dało 6 osobową silę na dzisiejszy bieg. I Misiek był, a
jakże, Dorota przywiozła go punktualnie.

Korzystając z jeszcze odrobine jasnego nieba (wiosna, wiosna!) tym razem wykonalismy fotę przed. Jak zauwazył Jan, przed sie wygląda dużo lepiej, niż po :) Więc, tak podbudowani, tym lepszym
wyglądem, ruszylismy.


Dzisiaj rządziła Beata. Beata bardzo mocno dzisiaj chciała :) Ciekawe, zwykle spokojnie, slow, slow, Beata dzisiaj pokazała pazur. Biegła pierwsza, dyktowała tempo, więc nie namyślając się, a szczególnie będąc pod wrażeniem nowej (nieznanej mi?) Beaty, przyczepiłam sie do niej.
Szybko nasz bieg zyskał dwie grupy. Tę SLOW, typowo treningową i kaloriopalącą oraz FAST, której chciało się wybiegać jak psom :) Grupa FAST to byłam ja i Beata, SLOW - Janusz, Jan i Kasia, która nawijała jak najęta - dzisiaj chciało jej sie gadać, dlatego sprytnie wybrała SLOW.

Mikołaj nie mógł się zdecydować początkowo. Mozna powiedzieć, że z Miśkiem popłynęli i złamali zasady, tworząc grupę MEDIUM. Ale tylko do Żabieńca. Misiek wolał być FAST i Mikołaj nie miał innego wyjscia, jak nam towarzyszyć :)

Ciemna i bezludna zwykle droga żabieńcowa, dzisiaj jak Puławska w godzinach szczytu. Auto za autem. Ja sierotka, nie wzięłam latarki, więc z dusza na ramieniu polowałam na plamy światła z czołówek Beaty i Mikołaja, zeby nie połamac nóg.

Oczywiście gadu gadu. Niestety nie wiem, o czym mówiło sie w grupie SLOW, podobno o seksie i pracy, albo seksie w pracy, cos mnie doleciało o dwóch informatykach..... Być może członkowie grupy SLOW będa tak mili i dopiszą swoją relację.


W grupie FAST rozmawialismy powaznie, również o seksie i o maratonie. Mikołaj zburzył mój misterny plan treningowy na maraton, dziękuję Szefie :( Kazał czytać madre książki, a myślałam, że na bieganiu się skończy.....

Jeszcze było o kostiumach kapielowych, o porywczosci Miśka, o garniturach i prestizowych fetach, o rowerach, komputerach (i dyskach przenosnych), dzieleniu na partycje, wadze danych dla zdjęcia z lustrzanki, wadze lustrzanki, koszulkach firmowych Piaseczno Running (Mik, przeslę te linki :) ) oraz wybrednosci złodziei rowerowych :)


Fenomenem jest to, za co tez uwielbiam te biegi czwartkowe, że czas biegnie (biegnie, haha), niezwykle szybko. Ledwo rozwinęlismy na dobre tematy, okazało się, że juz Jazgarzew, potem znów Piaseczno i miły wiadukt "z górki". Pomknęłysmy z Beatą. Z nową, szybka jak szlag Beatą :). Za wiaduktem pożegnalismy Jana (kurcze, nawet z nim nie pogadałam) i zostały ostatnie dwa kilometry. Beata poczuła solidarność z Kasią i przesunęła sie do grupy SLOW. Ja nie chcąc marnie wypaść w oczach Prezesa, pozostałam FAST, starając sie trzymać fason.

Aha, o goliźnie wspomnę. No więc najpierw Kasia. Kasia się rozneglizowała. Pomijając, że wiadomo, chciała sie pochwalic koszulką z półmaratonu (a piękna jest!), to naprawdę popłynęła z tą golizną :) Janusz tez pokazał kolanka, no i wstyd przyznać, ja i Jan też. Łydki :)

Tradycyjnie już, od Biedronki na Kościuszki, zaczęlismy powoli zmierzać ku finiszowi. Jana już nie było, Beata zagadała się z Kasią, więc znów zostałam sama z Prezesem i pacemakerem Miśkiem. Misiek przesadził, tak się wczuł, że nie dałam rady skończyć równo z Mikołajem. Był pierwszy. Następnym razem mu nie daruję! Ale ja była tuż za nim, i naprawdę czułam, że biegłam.

Tak rozmawiałyśmy z Beatą... dzisiaj był dobry bieg, dobre powietrze, wielka ochota na tempo, chociaż staraliśmy się być przyzwoici w grupie FAST :)

Na placu na Miska czekała Dorota. Miała dla niego wodę. Dla PSA. A my, suche pyski :) Janusz tuz przed metą również zawrócił do domu, więc ostatnia fota, finałowa, jest w mniejszym składzie.


W niedzielę BBL. Biegnę ja, Beata, Asia i Janusz. Może Kasia się zapisze. Moze Mikołaj zabierze swoje aparaty i uwieczni nas profesjonalnie - ma dac znać, żebysmy mogły się umalować :)

Dziękuję za dzisiaj!

środa, 8 kwietnia 2015

O spóźnianiu się

Nalezę do osób, które nienawidzą się spóźniać. Po prostu nie. Zawsze dokłądnie planuję czas, żeby zdażyć.
Oczywiście zdarza się, chociaż bardzo rzadko, że się spóźniam. Wówczas staję na głowie, by powiadomić oczekujących, że nie uda mi się być na czas.

Ta cecha powoduje, że bardzo źle znoszę spóźnialstwo innych, szczególnie gdy dotyczy mnie. Tzn. kiedy mam umówione spotkanie, prywatne czy służbowe, a druga osoba się spóźnia. Szlag mnie trafia. Szlag trafia mnie o wiele mniej, jeżeli taka osoba powiadomi mnie, że się spóźni, ale i tak nie lubię.

W swoim otoczeniu mam osoby, które dzielę na te punktualne i na te spóźnialskie. Wiecznie spóźnialskie. Są to ludzie, którzy absolutnie zawsze są spóźnieni. Oni po prostu tak mają. I nie ma na to siły. Nauczyłam się już, że umawiając się z taką osobą w jakimś miejscu.... sama się spóźniam, bo wiem, że moje przyjście punktualne oznacza czekanie :)

Mam kolegę, który kiedy zapowiada weekendową wizytę u nas w domu, zawsze spóźnia się kilka godzin. KILKA GODZIN. Jest niereformowalny! Wraz z małżonkiem opracowaliśmy prosty patent na tego kolegę - zapraszamy go 3 godziny wcześniej, niż planowaliśmy. Często o wyznaczonej godzinie nie ma nas jeszcze w domu, ale wierzcie mi, nie zdarzyło się, by kolega czekał - on zawsze przychodził w przewidywanym przez nas, mocno spóźnionym czasie :)

Zawsze zastanawiałam się, jak funkcjonują spóźnialscy. W życiu prywatnym i w pracy. Przecież wciąż zawalają terminy! Przecież ich otoczenie wciąż na nich czeka!  A może właśnie nie czeka, bo opracowało patenty, lub po prostu przyjęło za normę to wieczne spóźnianie?

Teraz mamy samochody, telefony. Kiedyś czekając na kogoś, nie można było się dowiedzieć, co się stało, że nie ma go o czasie. Kiedyś trzeba było się zorganizować, żeby nie uciekł pociąg czy autobus. U mojej córki w klasie są dzieci, które praktycznie codziennie spóźniają się na pierwszą lekcję nawet do pół godziny!! A nam w ciągu 3 pierwszych klas zdarzyło się to może raz czy dwa, w absolutnie wyjątkowych sytuacjach :)


Spóźniacie się?

wtorek, 7 kwietnia 2015

W najbliższy czwartek znowu biegamy!


Do zobaczenia! :)

Jak Marta przebiegła półmaraton :)

Zawsze, kiedy jadę na Mazury, jestem nastawiona na dłuższe biegi. Jest ku temu okazja, bo raz, okoliczności przyrody i trasy temu sprzyjają, dwa mam tu kolezankę - biegaczkę, z która mogę pobiegać (i poględzić przy okazji).

Pomimo, że święta, Marta ani przez moment nie zawahała się, jak jej zaproponowałam świateczny poniedzialek, 7:00 rano... :) Ulzyło mi, bo spodziewałam się oporu, sadziłam, że z tą 7:00 przesadziłam, ze może 8 ok, ale nie aż tak rano. Tym bardziej, że wciąż paskudna pogoda. Ale nie zawiodłam się, sądząc, że jak już ktoś biega, to jest gotów wstać nawet w Świeta o 6:00.
Marcin oczywiście również potwierdził swój udział.

Zadowolona już na zapas, połozyłam się spać, wcześniej jeszcze chwalac się na fb, że jutro o 7 spotykamy się pod szkołą celem wybiegania :)

Rano szok. Najpierw panika, obudziłam się, budzik nie dzwoni... uff, do dzwonka minuta. Ja to dopiero umiem się punktualnie budzić :)
Poleżałam chwilę, no to sms od Marcina: "Zaspałem!!" Kurcze ja znów na zegarek, no nie, szósta jest. Kolejny sms: "a nie, nie zaspałem, wstaje" :) Najwyraźniej Marcin nie doszedł jeszcze do siebie po zmianie czasu :)

Śniadanko, mocno na siłę, kawka i wychodzę. Dzień piekny, słoneczko, brak wiatru. Smsowo dałysmy sobie z Martą znac, że ruszamy - no to biegnę. Do szkoły mam kilometr, umówieni bylismy na 7:10 - wszyscy sa punktualnie. Ustalilismy, że biegniemy wg planu, tj. drogą na Zabiele, asfalt, mało kto tu jeździ.

No i Marta - Marta ma ochotę na 20 km. Ja i Marcin mamy ochotę na 25. Tzn Marcin miał, dzień wcześniej, dzisiaj twierdzi, że 5 mu starczy :)
No to ok, lecimy na 20, piatkę ponad dobiegamy z Marcinem na koniec.

Schronisko, kosciół, osiedle przy Władysława IV, rozwidlenie dróg, na Zabiele.

Stoi biegaczka. Widać, że biegaczka. ale czemu stoi? No po prostu widać, ze na nas czeka. Szok :) No dobra, masz Kamila za swoje, chwalisz sie na FB, podajesz terminy, to się ludziska schodzą :)

Podbieglismy i niespodzianka, okazało się, że to koleżanka! Renata wyszła pobiegać, akurat o tej porze, w ten dzien i na tej trasie :) alez się zrobiło przyjemnie :)

Renata postanowiła trochę nam potowarzyszyć przez kilka km. Szybko sprowadziła nas z asfaltu na leśna drogę, piekną, suchą, pośród mchów, soczystej wiosennej ściółki, mniam! :)


Gadu gadu, Marcin rodzynek, ale nie miał zupełnie z tym problemu :) Miał moze tylko problem z tempem, najwyraźniej wciąż myślami był na zawodach, my wręcz przeciwnie, byłysmy w typowo kawiarnianym klimacie. Dobieglismy do lesnych rozstajów, po czym Renata zaczęła powoli się zbierać do powrotu. Wyposażeni, a jakże! w komórki z mapami i gps, wybralismy jedną z dróg, która naszym zdaniem prowadziła do asfaltu. I tak było :) A jeszcze po drodze Renata pokazała mi słynne miejsce, gdzie bywają pilarze... i ona też, ale to osobna mroczna historia :)

Pożegnaliśmy Renatę na asfalcie. Ja to do dzisiaj nie moge uwierzyć w to spotkanie, to naprawdę świetna niespodzianka. Renata pobiegła z powrotem, a my... dalej :)

Postanowiłysmy skupić odrobinę naszej uwagi na zaniedbywanym Marcinem i spróbowałysmy przekonac go do noszenia legginsów do biegania, zamiast spodni dresowych. Oczywiście miałysmy na uwadze fakt, jak wygląda męski tyłek w takich spodniach - nijak :) Marcin niestety jest odmiennego zdania, nawet sugestia Marty o ukrywaniu "oka ważki" w spodenkach, nie pomogła. Ale co było śmiechu, to momentami nie dawało sie biec :)

Wspaniała atmosfera, ale ja pilnuję dystansu - zakomunikowałam Marcie, że jak ma być 20, to powinnismy zawracać. Ale Marta zmieniła zdanie, zachciała więcej :) Czemu nie, w końcu mamy w odwodzie małzonków z samochodami, jakby już był zgon :)

Na 12 kilometrze przerwa. Na żelik. Marta poważnie potraktowała dystans i sie przygotowała, my oczywiście nie, ale sie podzieliła :)

Zawrotka, oj, kolana! po pięknej pogodzie ani sladu, śnieg, schłodziło się, para z gąb.... i pić. Strasznie nam się chciało pić. Postanowiliśmy wracając wbiec z powrotem do lasu na ścieżkę, którą nam pokazała Renata, zeby jeszcze troche wchłonąc tego lasu. No to wchłonęlismy i ok. 20 kilometra ukazała sie nam cywilizacja :)


Nogi juz porzadnie dawały znac, że są zmęczone. Już starannie wybieralismy drogę, żeby nie było krawężników, kałuż do omijania, żeby był asfalt. Każda kałuża przypominała mocno o tym, jak bardzo chce nam sie pić :) Marta na koniec dostała nowej fali sił, jak jej endomondo powiedziało, że pokonała 21 km. Tylko Marcin marudził, bo mu telefon ukradł 2 km i głupoty gadał cały trening :)
Pożegnaliśmy się przy szkole. Pomknęłam 5,30 do domu, na tyle mi tylko pozwoliły nogi. W okolicy domu zegarek pokazał mi 24 km - pięknie!

Dziękuję Marcie, Renacie i Marcinowi za super bieg i wspaniałe humory.

Marta została, z naszym udziałem, rozdziewiczona na połowie królewskiego dystansu, co szczególnie (znaczy rozdziewiczenie) cieszyło Marcina :)  za około 2 godziny wpadłam do Marty bez zapowiedzi, żyła :)

Renata pokazała nam piekną scieżkę, ze o miejscu bywania pilarzy nie wspomnę... :) A, i wreszcie ma naprawdę fachowe buty do biegania :)

Marcin był nieszczęśliwy, bo wolno, bez picia i ten cholerny gps.... ale w sumie odbył bieg z pieknymi dziewczynami :)

Ja jestem przeszczęśliwa, że bieg się udał. Fajnie mieć takich ludzi koło siebie :)

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Święta Święta i już po

Jak zwykle, ani się człowiek obejrzał, skończyła się laba.

Plan na Święta, oprócz oczywistej oczywistości, że będą spotkania rodzinne i mnóstwo pyszności, zakładał również bieganie. Już w Wielka Sobotę, po poświęceniu jajek i po obiedzie, wybraliśmy się z Marcinem na przebieżkę. Chciało mi się tego lasu pachnącego :) Pogoda wyjątkowo niekorzystna, cały dzień na zmianę wychodziło słońce, a potem pojawiały się czarne chmury z których dowolnie, raz śnieg, raz deszcz.

No i zimno jak szlag.

Mając jeszcze w głowach wspólny, udany bieg na półmaratonie w Warszawie, ruszylismy szybko. Jak na zawodach w zasadzie, chociac miał to być relaksujący trening. Ale z Marcinem sie nie da wolno! Jeszcze w tamtą strone bylo w miarę, bo z górki. Więc trzymałam fason i te 5.20 szło, chociaż było coraz ciężej.

Drogę na Struge znam od dziecka, bo to w poblizu domu. Nieraz jeździlismy tam rowerami, jako dzieci. Wydawało mi się wówczas, że jest to taka straszna odległość, czasem było ciężko z powrotem, bylismy mega zmęczeni. Na rowerach :) Odkad zaczełam biegać ta trasą, po pierwsze, wydaje mi się być mega krótka. Tylko ledwo ponad 5 km w jedną stronę. A więc koło pół godziny biegu. Co to jest pół godziny! :)  Po drugie, zaczełam właściwie odkrywać tę droge na nowo. Biegnąc mam czas rozejrzeć się, wszelkie szczegóły które rowerzyście po prostu umykają w pędzie :)

Jak na te drogę, ruch samochodowy był. Nawet jeden idiota trąbił na nas. Nie rozumiem, jak może takiemu kierowcy brakować miejsca, jezeli normalnie na drodze mijają się dwa samochody, a my biegnąc albo schodzimy na pobocze, albo biegniemy gęsiego krawędzią jezdni, jak nadjeżdża auto. To chyba jakis objaw nerwówki światecznej, może chleba w piekarni zabrakło, czy coś.

No więc Struga. Zwykle jest tu sporo wędkarzy, dzisiaj ani zywej duszy :)

Oczywiście pamiatkowe foty...



Z powrotem już nie było tak różowo. Nagle się schłodziło i zaczęlismy puszczać parę z ust :) Marcin oczywiście, jak gdyby nigdy nic, pełen sił. Ja już miałam dość. I jeszcze ten cholerny podbieg - o, próbowałam zrobić fotkę w biegu (aparat w telefonie, cudowny wynalazek) :)

No, nie widać tu stromizny, ale wierzcie mi, to cieżkie 500 metrów. 

Cały bieg czułam, że się męczę, to najwyraźniej nie był mój dzień. Nie było formy. Ale oczywiście po biegu czułam się super. Od razu zapomniałam, że powietrze ciężkie do oddychania. Że zimno paskudnie i mokro. Bo to bieganie tak już ma, nawet jak trening cięzki, to i tak daje radość.

piątek, 3 kwietnia 2015

Czy łatwo jest zacząc biegać



Tak piszą. To proste, wystarczy wyjść i pobiec. Albo marszobiec :)
Kolejny wpis na temat, popełniony przez biegacza, jakie to łatwe, spowodował mój bunt.

Łatwe? pewnie ze łatwe! z perspektywy czasu..... Z pozycji osoby, która trzaska 5 km bez marszu, że nie wspomnę o tych co 10K czy półmaraton....

Kazdy biegacz powie, że chwali niebiosa (lub inne guru) za chwilę, kiedy zdecydował się wyjść i zacząć biegać. Że to była jego najlepsza decyzja, że przecież to takie proste, że w ogóle czemu nie zaczęło sie 5 lat wcześniej. I ja tak mówię. TERAZ.

Ale wystarczy wspomnieć swoje początki biegowe, i przyznać, walnąc sie piąchą w klatkę, ze było ciężko. Ano z róznych powodów. Bo zakwasy. Bo wstyd wyjść. Bo ludzie patrzą. Bo boczki się trzęsą. Bo chce się biec, a tu się idzie. Bo już jak się biegnie, to za wolno, a inni biegacze na ulicy z politowaniem zerkają, sadząc susy.

Pewność siebie, zanik jakichkolwiek kompleksów i wstydów następuje, kiedy taki świeżak zaczyna nabierać formy. Pamiętam, jak po kilku biegach na tym samym dystansie zabraklo mi.... czasu! Przebiegałam ten sam dystans, najpierw było 35 minut, a potem coraz mniej i mniej.... zrobiło się 28 :) wiedziałam, że jestem coraz lepsza.

Więc, łatwe to nie jest. Bo początkujący biegacz musi stoczyć walkę ze swoim brakiem formy, lub wstydem. Musi zauważyć, że bieganie mu coś daje - że z marszobiegu zrobił się bieg, ze jest więcej kilometrów lub lepszy czas, że zaczyna spadać waga. Że to dobry sposób na spędzenie czasu. Wówczas zaczyna pekać z dumy i pracować jeszcze bardziej.

Tylko to toczenie walki to nie jeden tydzień. To regularne bieganie lub marszobieganie przez miesiąc. Jak dla mnie to aż tyle, by nabrać smaku i chęci na więcej.

Czy łatwo zacząć biegać.....?

czwartek, 2 kwietnia 2015

Dziś będzie o dzisiejszym bieganiu. Krótko, zwięźle i na temat!


Żartowałam :)

Z tym krótko i zwięźle.

No bo tyle się dzieje na tych biegach czwartkowych... Dzisiaj okazało się, że Michał jest, a nie ma Kokosa. Misiek też cos nie teges, ale o tym za chwilę. Przewodnim motywem dzisiejszego biegu były wspominki polmaratonu i łydki Michała.

Jako niekwestionowane bohaterki, w glorii chwały, ja i Kasia podzieliłysmy się wrażeniami z niedzielnej połówki. Wiadomo, że moze nie bardzo juz inni chcieli słuchać, ale średnio nas to obchodziło, w koncu byłysmy jeszcze pełne wrażeń. A i Kasia była przywiązana do Miśka, który dzisiaj nie miał na nas ochoty. Michał przezornie zostawił Kokosa w domu, podobno leżał na kanapie i na hasło wyjscia i smycz w dłoni Pana... zupełnie nie zareagował. Chyba dzisiaj nie był psi dzień.



No to start, nie za ciepło, trzeba sie ruszyć. Od razu na początku Beata przypomniała (tzn. twierdzi, ze była o tym mowa poprzednio, ale nikt jej nie przyklasnął), ze dzisiaj ma być dłuzej. Milczeniem zbylismy dalsza dyskusję, licząc po cichu na Prezesa, ze nie będzie szalał z dystansem :) No bo tez dzisiaj źle się oddychało, jakaś taka wilgoć ciężka była w powietrzu, i nasze konwersacyjne 6,00 sprawiało zadyszkę.

Jak zawsze stadion i aleja Kalin. Ja w ostatniej parze z Joanną, z pieknym widokiem na grupę, gadu, gadu, czasem Mikołaj wpadł. Za mostkiem zostalismy zaatakowani przez psa masci mi nie znanej, ale niewielkiej i nędznej postury, za to z głosem piskliwym i donośnym. Majac Miśka, który chciał pokazać ziomalowi, gdzie raki zimują, uleglismy lekkiemu zamieszaniu, ale Mikołaj, jakby nic innego w zyciu nie robił, fachowo zagadał przybłędę ( nie wiem, czy z kijem, nie oglądałam się), dając nam czas się ewakuować, a Kasi zabrać walecznego Miśka.

O tych łydkach będzie dalej, bo tymczasem ciemnosci Żabieńca, trójka z przodu, trójka z tyłu i ci z przodu przebiegli przez tory, a nam się włączył sygnalizator pociągu. No przyznam, przebieglismy, spoglądając w lewo i w prawo, pociąg całkiem szybko jak na te tory, na szczęście tu nie jeżdżą pendoliny.

Ruch całkiem znosny, Jazgarzew, cos tam potem - Gołków lub Głosków, nie pamietam. No i mały postój, musielismy ustalić adres do nawigacji, gdzie odstawimy Miska, który dzisiaj nie był w formie i nie zapowiadało się, ze chce biec do końca.


Po oddaniu Miska do domu, zrobiła nas sie szóstka, w tym dwóch facetów (ciekawe czemu w polmaratonie bylo 10 tys facetów a 3 tys bab? ). I Michał. Michał nalezy do osób obdarzonych wyższym wzrostem od przeciętnego, a co za tym idzie, dłuższymi nogami. Dzisiaj lubiłam biegac za Michałem, który robił tuuuup tuuup, na moje tuptuptuptuptup :) Chciałabym mieć takie nogi na zawodach. Nie mogłam się napatrzeć. Ostatecznie mogłabym biec za takim zawodnikiem, co by mi dodawało tempa. Ale oczywiście tempo Michała byłoby absolutnie poza moim zasiegiem!

Wbieglismy do miasta, i o ile juz jakis czas stanowilismy zwarta grupę, to najpierw pobiegłam z Kasią z wiaduktu... jak łanie gnałysmy, wybiegac emocje. Potem jeszcze chwila gadu gadu, ten transport wody w letnie bieganie, który mnie męczy, Mikołaj pare pomysłów podał.

Na ostatniej prostej zrobiło się szybko. Była moc! Ruszylismy z Mikołajem na finisz, ostatnie kilkaset metrów. Był z nami i Michał, tylko na chwilę, przez przyzwoitość i kulturę, po czym po prostu pomknał jak torpeda. Ja i Mikołaj, jak torpedy mniejszego zasiegu, ale przynajmniej udało się razem skonczyć. Mam naprawdę ogromną satysfakcję z tych ostatnich metrów!

Było gorąco nam już i wszyscy mieli naprawdę zadowolone miny. Zdjęcie tym razem zrobila jakaś miła przygodna dziewczyna, bo Dorota juz czuwała nad Miskiem.

Dziękuję Wam za miły bieg!


Lezec, czy nie leżeć?

No dobrze, po półmaratonie odpoczywam już 3 dzień. Dość!

Na szczęście dzisiaj mam umówione bieganie, pierwszy rozruch po niedzielnym wysiłku. Nie powiem, żeby mnie nie nosiło przez te 3 dni, ale mądrych ludzi słucham, każą się regenerować, to sie regeneruję :)
I zupełnie czuję sie juz wypoczeta. Jednak w obliczu świąt wielkanocnych, jak przed każdymi swietami, staję przed dylematem - biegać, nie biegać?
Jestem zupełnie uzalezniona od treningów. Czuję się źle, jezeli nie pobiegam. Czuję się fatalnie z tą trzydniową przerwą!
W związku z wyjazdem na świeta na Mazury, planuję biegać przez wszystkie świąteczne dni. A szczególnie dlatego, ze po pierwsze, mam okazję pobiegać z kumpelką, która tam mieszka, więc wspólne, a zwykle baaardzo fajne treningi, mamy okazję robić rzadko. Po drugie, perspektywa biegu po lesie, pięknym, pachnącym, cichym, bez tłumów (jak w Kabackim), każe pakować buty biegowe do bagażnika.

Niektórzy wykorzystuja ten czas na odpoczynek i spędzenie go z rodziną. I tu mam największego moralniaka, że każdego dnia planuję wykroić z tego światecznego czasu minimum godzinę na bieg. Że może nie powinnam. Że ciekawe, jaką mine zrobi moja mama, jak znów powiem, że idę biegać... bo zawsze jak odwiedzam rodziców, to biegam. Dzień w dzień.

Po co ja to w ogóle wypisuję. Przeciez nie odpuszczę! Ech!





środa, 1 kwietnia 2015

O ciałach

Nasunęła mi się taka refleksja na koniec karnetu na siłownię.... O ciałach. 
Dla osoby niećwiczącej mamy dwie grupy ciał: grube i chude. Pojawia sie jeszcze w międzyczsie rodzaj "normalne", cokolwiek to znaczy. Pewnie to te, których się nie udaje przypisać do żadnej z wymienionych grup.
Ale jak już człowiek pocwiczy, i to nie miesiąc, ale tyle, że zauważa zmiany we własnym ciele, pojawia się trzecie kategoria: ciało wysportowane.
No i się zaczyna.... Dziewczyna jest albo chuda, albo wysportowana. To duża różnica w postaci. Chuda jest cienka, ale wiotka. Wysportowana jest bez tłuszczu, ale mocna. Ale też nie chuda..... I nie mam tu na myśli kobiet -sumo albo od rzutu młotem, czy podnoszenia ciężarów. Mam tu na myśli ciało osoby wysportowanej, np. takiej instruktorki fitness. Jak poszłam pierwszy raz na zajęcia ze sztangą, dziwiłam się: tłum lasek, niektóre chudsze od gryfu - po co im te ćwiczenia? Inne cos a'la Skolimowska plus, no to wiadomo, chcą być jak te od gryfu Emotikon smile A potem instruktorka - o matko! ona wcale nie jest chuda! Ma podniesione pośladki, wypukły brzuch, widać mocne mięśnie ramion, ud..... obrzydliwe.
Wówczas myślalam, że ona tak ma dlatego, bo za dużo sztangą macha.

Po roku cwiczeń zauwazyłam różnicę miedzy ciałem chudym i wysportowanym. I powiem tak: ta instruktorka ma piękne ciało Emotikon smile