Poranek, jak co niedziela. 6 budzik, rzut oka na internet... wstali :) Moi współbiegacze! Po raz kolejny, w niedziele, zamiast spać... będziemy biegać! A trudniej jest. Raz, nowa trasa, nie do końca znana, Kasia wróży zbłądzenie w lesie... dwa, brak sklepów, a my z Beatą nie chcemy nosić wody. Trzy, upał, upał!
Była burza w nocy... Tomasz wróży zalany las. Kajaki w Kabatach... a co tam :) Podołamy :) kawa, nutella, nie biorę auta... dojdzie 4 km do planowanych z rynku! a plan jest na prawie 21 :)
Na rynku Beata i Michał, już są. Biegnę, widzę z daleka Tomasza... chyba się nie spózniłam! A było źle, jak ruszyłam z domu, za kilkadziesiat metrów pożałowałam.... pożałowałam, ze nie wzięłam auta i pozałowałam, ze w ogóle biegne! Boli, boli... uda po wczorajszym wyczynie, au!
Cała czwórka w klubowych koszulkach. Tak się umówiliśmy, żeby się dobrze w Kabatach pokazać :)
Podobno wszystko da się rozbiegać.... Ruszamy! Tomasz, również dzień wcześniej doświadczony życiówką na 5 km, narzeka na łydki. Beata z przodu, wyrywa, ja z rozwagą omijam chodnik, wolę asfalt... nie trzeba czuć kostki ani pokonywać krawężników :)
całkiem ok temperatura jeszcze, biegniemy Julianowską, biedronka, tory... Tomasz opowiada o biegających czternastolatkach – chłopakach, o ich szybkości, o wczorajszym biegu. Michał milczy... jeszcze :) Biegnie z przodu, a my we trójkę, gadu, gadu :)
Szkoła w Józefosławiu, miejsce gdzie Beata była zmuszona dwukrotnie pobierać diete... żwirówka, kałuże... nieźle popadało! Tomasz kopie szyszkę, że też mu się chce.. Przestała mi grać trasa :) jednak ok, wybiegamy na wejście do lasu w Kierszku, zanurzamy się, Michał prowadzi w prawo.... o jak super! Nie ma błota, nie ma kurzu! Las chłodny, wilgotny, podeszczowy, błyszczący, ciemny... wspaniale! Biegniemy, zgrzani tymi 4 kilometrami dobiegu po ulicy, chłoniemy las, przepiękny. Tomasz częstuje mnie wodą z gałęzi nad moją głową, fajnie! :)
Nie za szybko, nogi czuć porządnie, skrzyżowanie, zamieszanie... sprawdzam, wiadomo jak dalej biec, lecimy... kolejne skrzyżowanie, znów kontrola... Michał marudzi, że trzeba stawać, dobry znak, będzie mówił :) Trochę na czucie, troche z pamięci... dobieglismy do skraju lasu, ściezka już w słońcu, czuć różnicę! Chłopaki z przodu, gadają, Beata za nimi... ja z tyłu, jakoś słabo mi idzie...
Znów kawałek lasu, a właściwie okazało się, że to kępa drzew wypuszczona w pole. Stajemy, a chłopaki pobiegli dalej. Wygląda na to, że musimy przez pole do lasu wrócić. Kontrola na gps... Pole jest, ścieżka przez zboże, biegniemy :) Chłopaki stoją dalej w polu, coś tam gestykulują... pewnie marudzą, że znów stanęłysmy. Ale już, już, … jeszcze zboże – fota musi być. Ja Beacie, ona mi... Tamtym opadają recę.... :) Wbiegłyśmy w końcu do lasu :)
znów cudny chłód, odnalazłysmy towarzyszy, wyjaśniamy, że zboże... dlaczego faceci nie czują pewnych spraw? Na szczęście, wiem już, gdzie jestesmy... pić! Tomasz wspomina o ujęciu wody w parku w Powsinie... park nie był w planach, ale... już jest! Zastanawiamy się, czy na polanie już są ogniska i grille.... o, są! Ciekawe, czy to dzisiejsze, czy wczorajsze jeszcze... dym, ludzie :) Przypominam Tomaszowi o ujęciu, jasne, wprowadza nas na ściezkę do parku, jeszcze trochę... koniec drogi! :)
Zagrodzone. Ech... Michał sugeruje zbieg i wejście do parku od głównej drogi. Dla wody wszystko! Zbiegamy... ja z przodu, zakręt, o mało nie wyłożyłam się na zakręcie pod samochód z toi tojami... :) w dół, ale super, szybko, lekko... główna i wejście do parku. Oj! Michał pyta, czy droga czy schody... bo do parku jest krótko, ale mocno pod górę! Pyta, ale wybiera drogę, więc wszyscy drogą, ja już na końcu, ledwo, ledwo, ale biegniemy, nie idziemy... ufff! Wysoko :)
Już park, i ujęcie :) Nie tak to sobie wyobrażałam! :) A tu rząd umywalek, kraniki..., zimna woda... ach! Picie, mycie, schładzanie... ręce, twarze, karki, głowy, nogi.... długo, przyjemnie... Michał kończy tę zabawę :) ruszamy. Milcząco, przyjemnie... w stronę Kabat, biegacze, my w koszulkach... uśmiechy, pozdrowionka :)
Kieruję w lewo. Wg planu teraz ma być prosta, czwarta boczna w prawo.... ale ciężko już. Jesteśmy zmęczeni, przynajmniej ja i Beata. Michał z przodu pędzi, my za nim... Beata liczy boczne, nawet mini ściezynki...o nic nie przyspieszysz, Beatko! :) Michał zwariował, a my za nim.... Ja już tylko biegnę na dobiegnięcie, wszystko mnie boli, patrzę na nogi Michała, cudne maszyny...
Wyszło słońce, przesiane światło przez gąszcz drzew, musiałam zrobić fotę :) Trochę o aniołach było...aureolach i poswiacie. Znów dalej, już trzecia boczna... Objaśniam, ze będzie w prawo... ale nikt już nie chce w prawo! No, to będzie prosto! Oj, jak ciężko! Marsz.
Kawałek, skręcamy w stronę Jagielskiej... znów biegniemy, jest naprawdę mi już źle. Znów zakręt, Michał zrugany przez Beatę za tempo, teraz z tyłu... :) Beaty telefon gada jak najęty... skręcamy na Kierszek. Beata walczy z katarem i potem. Zaczynamy mówić o tym, co za chwilę, wybiegniemy z lasu! Słońce, skwar! Moje nogi... Jeszcze moment... o szybkich biegaczach jest. Nawet okazuje się, że jednego znam. I Beata też :) Takiego, co to poniżej 19 na 5 km... Jest się czym pochwalić, taka znajomość... A Tomasz za to poznał kosmitów na biegu. Tych, co to minut mają 14 na 5 km. I to nie byli Kenijczycy... Bo Kenijczycy w biegu na 5 km są już od razu na mecie po wystrzale.. ciekawe, dlaczego kosmitów dopuszczono do biegu?
Koniec lasu! Przed lasem pełno aut... biegaczy, którzy przyjechali... pobiegać :) Przypinają telefony na ramiona..., tłum, ciężko wyminąc :)
Powrót Wilanowską. Wielkie rozlewisko, ale bokiem się udaje suchą nogą. Dopytuję o sklep, Beata zna żabkę gdzieś tu, gdzie ta żabka... biegniemy w ciszy, w bólu, przynajmniej ja, Beata, gdzie ta żabka!! Jest! Picie, picie... lodowata woda... Michał grozi mi przeziebieniem... Tomasz myje buty w kałuzy... Beata jeszcze raz katar..ociąga się :) No nie, ruszamy!!
Pod górkę, ciężko... wybieramy powrót Energetyczną, mijamy bloki... stop. Zgodzilismy się, że już nie. Będzie marsz. Powalczylismy.... Michał też właśnie zaczął walczyć, z kontuzją nogi! Wypycha nas na bieg. Co on sobie wyobraża! Nikomu przez myśl nie przeszło zostawić go, o nie. Idziemy! Pod fashion, zamknieta brama, stoją już auta... pierwsi klienci, poszaleli! Baner o wyprzedaży... już wiadomo, czemu czekają :) jeszcze foty... A, bo i o Kenii było, sciepie klubowej na bilet lotniczy dla Tomasza, współczujemy mu upału... I o meczu było... focie z Lewym...
Michał na trucht zdecydował się przed wiaduktem. Na chwilę. Jednak okazało się, że do Piaseczna wejdziemy, a nie wbiegniemy. Pięknie wyglądalismy!!
Zupełnie inaczej niż zwykle, marszem a nie biegiem, już rynek! Rowerzyści zbierali się na wycieczkę, szukam fotografa... Foty z przodu, z tyłu.. Ja nawet miałam jeszcze jeden pomysł na fotę, ale odpuściłam, za co chłopaki ogromnie wdzięczni byli :)
Czesc, cześć...
A ja jeszcze 2 kilometry biegu do domu! :)
Bardzo Wam dziękuję za przemiły poranek!









