Osobiście dla mnie zima jest najlepszą
porą do biegania. Po prostu latem... jest za ciepło :) Podczas
letniego biegania marzę o tym lodowatym wietrze, a już przynajmniej
chłodzącym deszczu... A potem przychodzi zima.....
Rozróżniam 3 pogody zimą:
Mróz
Odwilż
Na plusie
Mróz jest dobry. O ile nie wieje jakoś
szczególnie. Najmniej przyjemne jak dla mnie jest zmarznięcie
twarzy, pod koniec treningu w zasadzie ciężko coś powiedzieć, ale
poza tym, fajne warunki do biegania. Nawet po śniegu :)
Co innego chlapa. Chlapa jest wtedy,
gdy pod stopami jest topniejący śnieg, często do tego pada deszcz,
a nawet jak nie pada, bieganie oznacza w stu procentach przemoczone
buty i grzęznące w brei wodno-śniegowej nogi, a do tego płynący w górę
od ziemi, przejmujący ziąb, brrrr... Dla mnie, najgorsze warunki.
Na plusie jest wtedy, kiedy... jest na
plusie. Ostatnie bezśnieżne zimy i temperatura około zera, to jest
właśnie pogoda Na plusie. Może ew. padać, ale wówczas i tak
najłatwiej wyjść z domu, najbardziej komfortowo się biega,
najmniej marznie.
Bo zmierzam do tego cholernego,
zimowego zimna, które blokuje trening. Kiedy siedzisz przy kupce
ubrań biegowych w domu i walczysz – wyjść, nie wyjść. Bo
wypada dzień treningu, a tu pogoda po prostu mega nie taka. Taka, o
jakiej marzyło się podczas letniego biegu, gdy lał się żar z
nieba. Ale to było dawno, i w lato, a tu i teraz coś trzeba
przedsięwziąć.
Ubierz się dobrze. Jest zima, musi być
zimno. Ale ubranie ocieplanej kurtki biegowej jest zupełnie
niepotrzebne. Po pierwszym kilometrze, czyli kilku minutach, po ciele
rozleje się przemiłe ciepło, a potem zrobi się za gorąco.
Zupełnie niepotrzebnie fundować sobie upał. Moje dotychczasowe
doświadczenia biegowe – zimowe – miejskie wskazują, że nawet
przy temperaturze -10 stopni wystarczające są dwa długie rękawy –
koszulka i bluza biegowa, plus absolutnie cienka wiatrówka na
wierzch. Dzięki takiej kompozycji, człowiek jest ubrany w sposób
swobodny, wygodny, a jednocześnie ciepły, mimo że dopuszcza do
pewnej cyrkulacji powietrza pomiędzy warstwami ubrań. To się
sprawdzi ale....
Nie wychłódź się podczas biegu, ani
po!! To moja zmora. Mokre od potu ubrania i brak ruchu to
natychmiastowe wychłodzenie. Tu winne są postoje (głównie na
zrobienie fot). No tak. Fotę najlepiej zrobić przed, ja zawsze
robię po, poza tym pogadać jeszcze chwilę się chce... Efekt jest
taki, że wchodzę do domu dygocąc z zimna i długo muszę dochodzić
do jakiejś ludzkiej temperatury. Dlatego tę dobrą radę dedykuję
również sobie, a może przede wszystkim :) Może w tym roku się
nauczę.
Umów się z kimś. Najlepsza, stara
jak świat metoda motywująca. Umówisz się – pójdziesz. Nie
zawiedziesz współbiegacza. On też będzie się zmagał z taką
samą pogodą, razem z Tobą. Razem zmokniecie lub pobrniecie w
śniegu :) Właściwie w towarzystwie ignoruje się pogodę :) Ale
jaką fotę można zrobić po treningu w śnieżycę :) ;)
Nie masz się z kim umówić a pogoda
taka paskudna? Nie idź biegać :) Zaskoczenie? Ano, metoda bardzo
dobra. Na mnie działa. To się nazywa MORALNIAK. Jeżeli z powodu
pogody nie pójdę biegać, a widzę na aplikacjach biegowych, że
moi znajomi byli, jestem po prostu zła. Zła za zmarnowany czas
treningu, za brak treningu. Rzadko mi się to zdarza, ale naprawdę
kac jest, że głupi deszcz/śnieg/wiatr mnie zniechęcił. Zafunduj
sobie moralniaka, a następnym razem wspomnienie tego uczucia
skutecznie wygoni Cię na zewnątrz :)
Nie masz z kim, pogoda z tych
absolutnie do niczego, a Ty masz karnet na siłownie? Już Cię tu
nie ma, ćwiczyć marsz! (ale bieganie i tak Ci zalega! :) )
I co z tego, że przede mną już
trzecia zima w biegu – co drugi dzień będę siadać przy tej
kupce ubrań biegowych i walczyć :)