Popularne posty

środa, 29 kwietnia 2015

Jak uległam obcemu mężczyźnie


Powinnam napisać, że to wyszło spontanicznie, ale nie. To po prostu wisiało w powietrzu od pewnego czasu. I w końcu musiało do tego dojść! :)
Nie, żebym sie nie broniła, ale Michał twierdził, że to mi naprawdę dobrze zrobi. No, to się odważyłam.

Od pewnego czasu czułam, że coś musi sie zmienić. Pęknąć, trzasnąc, huknąć... jakkolwiek bym tego nie nazwała, potrzebowałam więcej. Odmiany
biegania ofkors. Smak złapałam na treningu z Mikołajem, zafundował mi porządne tempo i podbieg, też porządny. A Michał.... No to po kolei :)

Nie lubie się męczyć. Nie znoszę padać na pysk. Dlatego jak biegam, męczę się i padam na pysk na akceptowalnym przeze mnie poziomie. Comfort
zone mimo wszystko. Interwały ćwiczyłam raz. W drugim tygodniu swojego biegania. Miałam potem zakwasy na brzuchu i nigdy więcej ich nie popełniłam.

Umówilismy się na rynku, standardowo, Michał zaprosił też innych klubowiczów, ale na hasło "interwały" nikt nie zareagował przybyciem :) Ja tu gimnastyka czasowa, 16:30, trudna godzina, ale jak już wystałam swoje w korku, wskoczyłam na rynek a Michał już był.

Jak lekarz przed operacją, albo jak psychiatra do wariata, po wystartowaniu Michał wyłuszczył mi, najłagodniej jak mógł i najbezpieczniej dla mnie, swój plan. Więc miała być rozgrzewka do Zabieńca, potem miłe i przyjemne i dobrze mi robiące interwały, potem niespodzianka. Biegowa
zaznaczył, ale ja miałam obawy, że to będzie jakiś cholerny podbieg, a nadzieję, że to będzie jakiś postój na mostku z widokiem na staw... I w ogóle miało być krócej niz zwykle. No to super :)

To nie było najgorsze. Michał, jako posiadacz nóg o niebywałej długosci i czasu na dychę o niebywałej krótkości, sobie biegł. A ja wyciskałam z siebie siódme poty, rozgrzewają sie w okolicach 5,00 z groszami na kilometr. Stadion, mostek, jeszcze miałam dobry humor, bo przecież podbiegi
dopiero w Żabieńcu... no i sie zaczęło.

Hasło - sprint do trzeciej latarni! Kurcze, latarnie, z lewej, ale też jedna z prawej. Jak to policzyć? Puściłam się szybkim biegiem, Michał lekko szybkim :) i usłyszałam dawaj! dawaj!.... Ok, nie protestowałam, czekałam na tę trzecią - pięćsetną latarnię, obojętnie, zabrakło mi oddechu, co z tego, że mogłam ruszac nogami, jak nie mogłam oddychać? Michał pokazał mi ręką, że już, mozna odetchnąc! No to odetchnęłam miły kochanym spokojnym koło 5, z groszami..... :) Jeszcze liczyłam, że będziemy zwalniać, oddech mi sie całkowicie nie uspokoił (na spokój oddechu mogę liczyć przy 5.30...), jak Michał znów zarządził - sprint do skrzyżowania! Dawaj!!! No dobra, minęlismy jakąś panią z dziećmi, coś tam, coś tam, ale nie wiem bardzo, bo umarłam po raz drugi.

Przyjemne chwile miedzy tymi sprintami Michał umilał mi dodatkowo rozmową, a raczej monologiem, który dla fasonu starałam sie czasem przerwać zasapanym słowem, lub przez przyzwoitość odpowiedzieć na jakieś pytanie... to nie było moje tempo konwersacyjne!

To nie było najgorsze. Skręcilismy w las (tak, tak, tempo koło 5...) i znów Michał kazał mi biec szybko! do jakiegoś skrzyżowania, którego nie widziałam, nie chciałam widziec i sądziłam, że nigdy już żadnego skrzyżowania nie zobaczę :) znak, że moge slow (co to do cholery jest slow?) i znów 5... Michał był na tyle miły, że liczył te moje interwały. Liczył razy męki, jaką mi zadawał. Powiedział, że musze szybciej, bo to nie jest mój max, jaki mogłabym zrobić. Zaczęłam go nienawidzieć....

Teraz było najgorsze. I znów, i znów. Umierałam i powstawałam. Przechodziłam w marsz i znów w sprint. Mogłabym zyć bez oddechu :) Oczywiście, jak to ja, trzymałam fason i tylko dlatego nie stanęłam, i nie powiedziałam mu, że mam w dupie te interwały, bo powiedział nagle, że już koniec.
KONIEC, o niebiosa! Czyli co, już? A my w środku lasu. O co chodzi?

No to miałam jeszcze wytrzymać kilometr do niespodzianki. Dla niespodzianki, jaką sobie wymarzyłam, mogłabym biec dwa kilometry. Nawet trzy. Ale to była niespodzianka Michała.... Zimne Doły. Zero leżaków, mostków z widokiem... Za to były drązki. Na których robiłam podciąganie nóg. Na brzuch. Michał też robił, żeby nie było. I dokładnie mnie pilnował, mam sie nie bujać, nie podpierać.... Kat. W sumie dobrze mi zrobiły te ćwiczenia, bo jak ruszylismy dalej, byłam wypoczeta i nawet oddychałam. Przez chwilę.... bo tempo koło 5... więc jak już poddałam sie
całkowicie, zostałam materiałem treningowym, straciłam nadzieję na 5.30... Michał kazał mi biec poniżej 5. Tylko do asfaltu, koło kilometra. W końcu mu to powiedziałam. Że go nienawidzę! I pobiegłam poniżej 5.

Asfalt! Juz znów lubie Michała, jest wolniej. Uprzejmie spytał, jakie jest moje treningowe tempo. TERAZ.... I było miło, koło 5... mostek, w dół do stadionu, w dół, w dół! Znam droge, wiedziałam, co po tym "w dół" jest... I było. Podbieg. Michał popędzał. Pod koniec przeszłam w marsz.
Nie, nie, nie. Ale powiedział, że dam radę. Co ja bym nie dała?! :) No to dałam.. I znów go nienawidziłam...

Rondo, urząd, finisz. I znów mi kazał szybko. Na szczęscie było trochę z górki. Nie pamietam, kiedy była równie szczęśliwa, niż w momencie wbiegnięcia na rynek :)

Zostałam sfocona. Michała nawet nie zaprosiłam do foty, bo on nie wyglądał jak nieboszczyk, w przeciwieństwie do mnie, chociaż wciąż starałam się trzymać fason :) Rozciąganie i... już było dobrze. Już z powrotem lubiłam Michała, mogłam oddychać :)

Ciesze się, że uległam. Cieszę się, że spróbowałam interwałów. Michał mnie pochwalił, za co dziękuję, chociaż wiem, że dla niego samego ten trening byłby o wiele bardziej intensywny.

Interwałów było 7 czy 8.. nie wiem, nie pamietam. Michał liczył, pilnował, rozmawiał, myślał i rozkazywał za mnie. Ja nie gadałam, nie myślałam, tylko biegłam, jak mi kazał.

Juz mi przeszło. Przeszły niewłaściwe emocje, nienawiść, chęć zabójstwa, chęć poddania się, odpuszczenia i w ogóle rzucanie biegania. Bo tak miałam przez te 9 km. Najciekawsze, że mimo kilku krótkich marszów, w sumie jakbym zdobyła gdzieś jeszcze 500 metrów, popełniłabym życiówkę na 10 km. Coś koło 51 i pół minuty. Czarodziej! Chodzę i mam zyciówkę :)

Dziekuję Michałowi, którego absolutnie nie nienawidzę. Bo mimo, że mnie popędzał, wierzył ze dam radę. A poza tym, potrafi to robić. Zmobilizować.

Warto było!!

Bedzie mnie jutro bolał brzuch, zakwasy jak szlag. Tak sądzę.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz