Popularne posty
niedziela, 10 maja 2015
Jak deszczowa niedziela sprawia radość
Wydarzenie "Niedzielne wybieganie" w mojej grupie klubowej oznaczyło znakami zapytania troje biegaczy. Kasia, Tomasz i Mikolaj.
Sobota to był cieżki dla mnie dzień, byłam zajęta komunią córki, ale wciąż z tyłu głowy mialam plan na niedzielny bieg i zaglądałam na fb, czy cos się zmieniło. Nic i nic :)
W końcu Mikołaj potwierdził i zmobilizował do tego pozostałych. Potwierdził Tomasz. A Kasia...zaczęła marudzić :) Obawiala się, że z planowanych 20 wyjdzie 30, więc koniecznie domagała sie trasy. A trasy nie było. Na początku przynajmniej, bo za jakiś czas Mikołaj opracował trasę, na równiutkie 20 km od fontanny do fontanny, mało tego, wgrał trasę w zegarek, zeby biec wg planu i publicznie ją ogłosił. A Kasia - milczała.
Rano był pęd. Ja mega niewyspana, zmęczona, komunia w domu ma ten minus, że człowiek kilka godzin lata przy kuchni i stole. A na dodatek nie miałam auta, które było zajete do zawiezienia ostatnich gości na dworzec.
No to, kawa, nutella, wychodzę. Wracam - po kurtkę, bo deszczowo, chłód. Klucz pod wycieraczkę :) (w tych czasach juz nikt tam nie szuka). I lecę. No i zaraz okazało się, że zapomniałam wody, ale juz nie miałam czasu wracać.
Mikołaj już był. Za chwile znalazł sie Tomasz, więc ruszylismy. Dosłownie dwa kroki, bo ktoś nas woła. Aaaaaa, Kasia jest! Wstała :)
Super, mimo, że imponujaco się do foty wystawić w wylącznie męskim towarzystwie, to jednak kolezanka w biegu, to kolezanka :) szczególnie długim. Szczególnie gadająca :)
Wiadomo było, że rządzi Mikołaj. Albo nie, że rządzi zegarek Mikolaja. śledzi nasz bieg i krzyczy, jak odstapimy od trasy. No to dobra, nie musimy o niej myśleć, mamy biec i dobrze sie bawić. Zostawiłysmy z Kasia kurtki w jej aucie, ciepło, nie pada, ja czapka z daszkiem, Kasia, żarówiasta opaska na głowę, chlopaki na długi rekaw :) :)
Tylko do Żabieńca było, jak zwykle. Potem od razu w las i to dziki las, nie drogami, a ścieżkami. Fajnie, pachnąco. Skupiłysmy sie na biegu w tyle, widoki takie ładne.... :)
Tutaj było o drążkach. O ich praktycznym wykorzystaniu, argumentacji i sposobie montazu. Nawet o spawaniu było. O sypialni, rowerach, rowerach w sypialni... Tu mówił Tomasz jeszcze :) a potem o triathlonie. Tu byłam tylko biernym słuchaczem, bo ani na rowerach, ani prędkościach, ani kosztach sportu się nie znam :)
Minelismy żwirówkę, która poprzednio zaprowadzila nas do przecięcia drogi 79. Mikołaj kazał ufać Garminowi.... Ja nieufna jestem, wciąż mi się wydawało, że za bardzo na południe, zamiast na wschód biegniemy...
Pilica i kawałek asfaltu i chodnika. Jest, droga 79, dobiegamy, za drogą kapliczka z portretem świetego Jana Pawła... Mikołaj z daleka obawiał się, że nie ma tam drogi za 79.... ale na szczęście była, więc kolejny las.
Zupełnie nowa trasa, pieknie, wiosennie.... zamknieta dla ruchu, drewniane szlabany. Zauwazylam, że gdyby Michał z nami biegł, kazałby nam skakać przez te szlabany, ale Michał miał supełnie inne plany na dzisiaj, o czym za chwilę.
Było tez trochę o runmageddonie, który odbył się wczoraj na Służewcu. Garmin wyprowadzil nas na drogę, która była przecieta wielkim, powalonym drzewem. Jak runmageddon, przydałoby się dla chłopaków obciążenie na przeszkodzie, nawet zaproponowałam nasze skromne po 50 kilo (to pewnie mniej niż opona ciągnika...) :) ale żaden się nie skusił, więc musiałyśmy skakać same :) :) Słabeusze :) :)
Zaczęli pedzić. Stopuje i stopuję, wszyscy mi przytakuja i znów pedzą :) Kolejne rozwidlenie dróg, Mikołaj każe na południe... Zatrzymalam bieg i skomunikowałam się z moim GPS w telefonie. No dobra, niech będzie, Garmin nie kłamie :)
Nawet wspomniałam, wobec rozmowy o cudnej do biegania pogodzie, że wybiegania niedzielne mogłyby zaczynac się o 6.... ale dowiedzialam się, ze będę wówczas biegła sama, ew. ekipa powita mnie na mecie :)
Dróżka w bok, na wschód w końcu, chwila kluczenia i jest! cywilizacja i... Czarnów :) Tu konieczna fota, dla Michała, który uwielbia Czarnów :) Michał dzisiaj biegł sztafetę ekiden, więc pomyślalam, że fota doda mu sił :) to było selfie z oznaczeniem miejscowości w tle :)
Potem było wygodnie. Cmentarz :) Konstancin. I zaczęło padac.
Rezydencje, zakład kamieniarski, cywilizacja... zbiegalismy z drogi na chodnik, coś ruch większy niz ostatnio, na chodniku snuja się wczorajsze twarze... rondo.
Kasia zaproponowała przed rondem inną uliczkę, ale mniejszego ruchu. I tu zaczęło juz naprawde padać. Jako jedyna posiadaczka czapki z daszkiem w teamie, srednio byłam przez deszcz dotknieta. Tomasz milczał od dłuższego czasu. Obawiałam się o jego samopoczucie, ale zapewnił, że to tylko deszcz :)
Wybieglismy na głowną chylicką. Tu juz lało! No to naturalnie, tempo wzrosło, Kasia leciała na czele (a tak sie bała prędkosci) :) Było o tuszach do rzes, tych wodoodpornych. O brudnych nogach. Alez lało. Jednak cieszyło mnie to, jakże efektowana fota w deszcze bedzi na końcu! Parę kałuż zaliczonych butami, fontanny spod aut, nasze kluczenie i ucieczki z dala od kałuż :)
Potem było o fetyszu Mikołaja... Bzy kwitną na potęgę, w koncu maj. A Mik zaliczał głową, w deszczu, w zasadzie kazdy krzak bzu nad trasą :) :) Usmialysmy się z Kasią jak wariatki, wizje spotów reklamowych producentów perfum bzowych i szamponów... nie mogłysmy biec ze śmiechu. A Tomasz milczał :) :)
Sand Tower, dwie próby bocznej trasy wg Garmina... a tam bramy. Więc trasa zastępcza, urocza, nieznane mi rejony Piaseczna, sciezki, Mikołaj z przodu i BZY... :) :)
Kasia zaczeła miec obawy o długość trasy. Ale nie, już zaraz rynek. I na złość, nie pada!!!!
Na rynku foty, foty! Selfie, samowyzwalacz, nogi, parapety, płotki ogródkowe.... Chłopcy cierpliwie pozowali, wiadomo, my chcemy mieć materiał na FB, wszyscy mokrzy, ale usmiechnieci. Ja już 22 na liczniku, a tu jeszcze 2 km do domu...
Pożegnałysmy chłopaków. Jeszcze sklep, zakup picia, wzięłam kurtkę. Na poczekaniu wchłonęłam puszke sprite. Cześć, cześć i... nie moge biec po tym gazowanym piciu :) :)
Powolu rozbujałam się i wkrótce juz było rozciąganie na trawce :) Oczywiście, nadal nie padało :)
Klucz był tam, gdzie go zostawiłam.
Kasia pieknie biegła. Uwielbiam biegi z dziewczynami, które nie marudzą. Poza tym, jak to ona, miała do pogadania w kazdym temacie, sportowym, czy nie, dopilnowała fot z nogami, a w sumie jest bardzo zadowolona.
Tomasz milczał. Potem. Na początku gadał, ale z Tomaszem jest tak, ze im bardziej w las (bieg) tym gada mniej. :) zmókł równie porządnie jak my, a w sumie wyszedł mu ponad półmaraton :) i nie marudził ofkors
Mikołaj zapewnił nam zwolnienie od myslenia o trasie. Wspomagał rozmowę, a poza tym był szczególnie pogodny, mimo deszczu i masę tej pogody dał nam. I kocha bzy :)
Jak na złość, nie ma foty w ulewę, ale to nic. Jeszcze sie zdarzy :)
Dziękuję Wam! :)




