Plan był, podwójny. Życiówka na 10 km, i moze podium w kategorii wiekowej. Popełnilam dwa treningi spokojne, wcześniej, czwartek, piatek, z Martą i Marcinem, zeby nie wyjść z biegu, ale też nic sobie nie zrobić. Bo miałam złamac 53,12 na 10 km...
ale oczywiście, wszystko wyszło inaczej!
Do tego biegu trenowałam od jakiegoś czasu. Popełniałam interwały i podbiegi. Tak, tak, mimo, że jestem kompletna amatorką, widziałam, że z moja szybkościa jest lepiej! No więc jak nie robić tych potwornie męczących treningów, skoro potem...
Naczytałam sie teorii na forach biegowych, artykułów, planów treningowych. Przyznaję, że nie sposób odnaleźć się w tym gąszczu, więc bogata w nieuporządkowaną wiedzę.... biegałam sobie ot tak. Do czasu, aż Michał po prostu bezpośrednio wziął mnie do lasu i przegonił interwałowo! Ojjjj, już wiedziałam, co robić, jak robić..i jakie to jest paskudnie ciężkie! Ale jak ma się cel, to sie robi rózne rzeczy :)
Wypoczeta jak jasny szlag, po 10 godzinach snu, zwarta i gotowa... nie ma nutelli! Śniadanie więc, ciasto czekoladowe, a co!
Marcin z żoną, i my, pod domem Marty, Marta jest, jedziemy. Do Olszyn, za wsią ładny drogowskaz, dalej wolo... o tym bedzie osobna relacja, wiec nie tu. Ale... droga mnie zaniepokoiła. Zjechalismy z asfaltu i wpadlismy na plażę! Tak mozna nazwać stan drogi leśnej, prowadzącej do miejsca biegu.
wolo pokazali parking, jestesmy, moje najgorsze obawy potwierdzily sie.. jest piach!!! masakra!
Przybylismy godzine wczesniej, coby pakiety odebrać... masa ludzi, kibice, dzieci, zawodnicy... my myk, w kolejkę do biura zawodów! W kolejce nastroje przednie, ja się czuje bosko, masa zuków przylatuje i włazi na koszulki, brrr, trampolina, konie...
Pakiety szybko i sprawnie. Oczekiwanie... na rozgrzewkę :) Miała być o 10:45, a tu nic... Marta i Marcin mówia, że się nie rozgrzewają... ja, poszłam... na jakis kilometr z kawałkiem, koniecznie, miałam plan na bieg, nie mozna "na sucho" :)
I podczas rozgrzewki cała moja motywacja siadła. Biegłam po trasie biegu, po piachu, łachach piachu! W kosmicznej duchocie, jak mi się wydawało, ale kosmiczna duchota miała dopiero nadejść! Całe podniecenie, całe spięcie na super wyczyn ze mnie uszło.... Po prostu już sie poddałam!
Wróciłam na start. Czułam się swietnie po tej rozgrzewce, płuca głęboko pracowały, pot się lał... A, zapomniałam, że bieg startował o 11:00, a od rana był upał. Więc ja już zlana potem, całe szczęście, że pobiegłam, bo w koncu rozgrzewki nie było.... ustawiamy się. I drugi raz straciłam motywację, bo okazało się, że trasa jest na 9700 metrów! Czyli - życiówki nie będzie. Życiówki nie będzie, podłoże fatalne, nic, tylko pobiec i ukończyć.
Nad nami dron, machamy, foty... zawodnicy skupieni, prowadzący coś tam, życzy powodzenia, odliczanie - start!! Plan jest taki, że ja i Marta biegniemy na swój czas. więc pozyczyłysmy sobie powodzenia :)
Pilnował mnie Marcin. Marcin, który spokojnie schodzi poniżej 50 minut na treningu, miał pomóc mi złamać 50 min/10km. Więc on troche z przodu, ja za nim, pilnuje tempa, miało być ok. 5 przez dwa pierwsze kilometry, a potem szybciej.
Pierwszy kilometr tempo ok, tłum, wąska, piaszczysta droga, wymijanki, omijanki, piach w oczach, piach w ustach, nad nami tuman kurzu, jakby stado koni przebiegło... Krzywo, ciężko! Powoli, łykamy kolejne osoby, raz z lewej, raz z prawej, Marcin sie ogląda, ja pilnuję tempa na zegarku.
Ok 3 kilometra zrobiło się luźniej. Ale strasznie gorąco i duszno. Biegłam bardzo poniżej mojej strefy komfortu. Patrzyłam na zegarek i wspominałam niedawny trening podczas deszczu, kiedy biegłam poniżej 5 - jak teraz. Tylko wówczas miałam czym oddychać!!
Poniżej 5, poniżej 5... taki jest cel! kilometry jak zaklete, mijały tak powoli... Marcin pomaga, lekko z przodu wciąż, żeby mi nie przyszło do głowy zwolnić, pyta czy ok, jakie tempo... na początku jeszcze mu odpowiadałam, ale już wkrótce przestałam mówić cokolwiek. Umierałam! Na wysokich obrotach!
Spadło kilka kropel deszczu, liczyłam na ulewę, żeby ten piach... ale może to i dobrze, bo zrobiłoby się błoto (miałabym swój runmageddon!). Nie popadało, a już na pewno nie zelżała duchota.
Na 5 km był wodopój. Przeszłam pierwszy raz w marsz, kilkanaście sekund, kilka łyków, reszta na plecy... Marcin nic nie mówił, chyba był dość przerażony moim stanem :)
Pola, pola, gnojówka pachnie, piach pod nogami... Rany, kto wymyślił te trasę?! Ja na granicy zadyszki, koszulka oblana woda wyschła w kilka minut...
Wiedziałam, że nie dam rady, po prostu niepotrzebnie przedłużalam tę mekę. Myślałam tylko o Marcinie, że pobiegł ze mną, o tym, że tyle ćwiczyłam, ze Michał miał rację, a ja sie tu mażę... Tempo jako tako, spadało, a ja szarpałam się na te 5...
Marcin kontrolował czas, w pewnym momencie powiedział, że jest nieźle, było chyba 35 minut koło 7 kilometra... nie pamietam, ale pomyślałam, no w zasadzie jest nieźle, dalej więc. Ale już kolejne 2-3 razy przeszłam w marsz, na kilkanaście sekund, Marcin mówił, że super, chwila odpoczynku, a ja liczyłam te cenne sekundy, które mi uciekały z wyniku...
Ósmy kilometr, widzimy przez pola metę, Marcin mówi, że już niedaleko, a ja juz nie mogę. Znów marsz i znów bieg. Po lesie pojedynczy kibice, wolo, klaszczą, a ja nie byłam w ogóle uprzejma nawet ich zaszczycić wzrokiem! Czemu, czemu tak mi źle!? przecież wypoczełam, wyspałam się, a nie daje rady!!!
Marcin podkresla, jest dobry czas, będzie poniżej 50. Że już meta tuż! Zupełnie mnie to nie zmotywowało, skoro trasa nie ma 10 km... ostatni kilometr, ja znów marsz i znów gotowa odpuścić :) Karteczki...500 m, 400 m... o rany, to sto metrów jest takie długie? I już hałas i doping z mety, w zasadzie jak znów umrzeć, to teraz... spięłam się i na metę wpadłam jak gazela! :)
Maty czasowe, meta jest, dziekuję, nigdy w zyciu, masakra, cholera, niech was szlag i takie tam w głowie :) Dopadły mnie dwie dziewczyny, jedna powiesiła mnie na medalu, druga wręczyła wodę, ja się zataczam, one mnie ratują... musiałam wyglądać dokładnie tak, jak się czułam! Już Marcin i mąż, holuja mnie do ławki, ja jakąś wiekszą butle wody dorwałam i się w nią wpiłam :)
Piłam, piłam, reszta na głowę. Wkurzona na podłoże, na brak zyciówki, odzyskiwałam oddech, słońce po głowie...a oni mi mówią, że byłam piata!
Piata!! Piata kobieta na mecie!!
Ej no, od razu zrobiło mi się lepiej. Na sekundę. Bo piata, to nie podium... ale i tak byłam nieźle podbudowana. Wynik jest! A za chwilę nowe wiesci - druga w kategorii wiekowej!
Ooooo, no nie, super! Jaka ja przewrotna jestem! Zaraz zaczęłam mysleć, a gdybym tak... nie przechodziła w marsz? Moze byłabym pierwsza? Chociaż dobrze wiedziałam, że bez marszu nie ukończyłabym tego biegu.
Marta wpadła jako szósta. Tez bez zyciówki, przez tę przykrótką trasę... i przez piach ofkors! Bo miałam nadzieje jeszcze przez moment, że może piatke poprawię... ale nie tu, nie na TYM PIACHU!
Oczekiwanie na dekorację. Ja pekam z dumy, powiadamiam klubowiczów, klubowa koszulka... Organizatorzy liczą coś tam jeszcze, sprawdzają, jest podium, pani wicewójt wręcza...
Dekoracje, open K, open M, K16-19, K20-29, K30-39....
Mąż z aparatem czeka, czytają... 3 miejsce... 2 miejsce.... Nie ja! o szlag, więc jednak nie?! Konsternacja, Marta w szoku, ja, ech... Jaka szkoda... Pierwsze miejsce... Kamila z Piaseczna!
Moje pierwsze podium! I to najwyższe! Druga zawodniczka wolniejsza ode mnie o ok. 2 minuty! Ogłoszono piekny czas poniżej 50 (49,45), chociaż wiedziałam, że to nie była moja dycha poniżej 50....
Komentarz prowadzacego, bo w końcu w cięzkim szoku na to podium szłam, już przed chwilą z niego zrzucona! - Kamila, tak to Ty, zapraszamy :)
Dekoracja, foty! wrażenia - bezcenne! :)
I moi klubowicze online, gratulacje, uznanie, jest wspaniale!!
Opłaciło się. Opłaciło się posluchać Michała i robic te cholerne treningi. Opłaciło się nie zrezygnować podczas biegu, nie zawieść Marcina i siebie. Opłaciło się biec wbrew wszystkiemu, bo juz nawet głową nie biegłam, nie wiem właściwie, jakim cudem skonczyłam ten bieg.
Mimo, że to niewielki, lokalny, ok. 200 osobowy bieg, taka lokata napawa dumą, tym bardziej ze w kategorii miałam dziewczyny ze szkółki.
Specjalnie dziękuję Marcinowi, za to że pobiegł ze mną, wspierał mnie, dodawał otuchy, pociagnął i wygrałam!
Drugie specjalne podziekowania dla Michała, który to wszystko u mnie zaczął i dzieki niemu biegam coraz szybciej!
A najlepsze jest to, że apetyt rośnie... Złamię tę 50 na 10KM, już niedługo!! :)