Popularne posty

niedziela, 19 kwietnia 2015

Znowu półmaraton.... :)


Dzisiejsze wybieganie niedzielne było szczególnie zaplanowane. Bo nie tylko ja i moje 20 km, ale też Beata i jej pierwsze 20 km. Już w sobotę zaplanowałam trasę, podrzuciłam na forum klubowe i plan był zrobić 20 km z rynku - plus co tam każda ma do domu do przebiegnięcia. A debiut poważny, Beata wcześniej miała na koncie 15 km biegu max.

Niespodziewanie wieczorem odezwał się jeszcze Michał, co nas ucieszyło, bo wreszcie wrócił z urlopu, i miał ochotę dołączyć. Umówiliśmy się, że jak da radę się podnieść po podróży, biegnie z nami :)

Godzina zupełnie nie niedzielna, 7:30. Budzik na 6:30, ale mój niezawodny syn rozpoczął dzień o 5:30..... Więc snu było nie za wiele.
Polecając Beacie bułkę z nutellą, sama takową zjadłam, kafka, zimnica, więc kurtka i start. Do rynku mam 2 km, więc 15 minut sobie przeznaczyłam na dotarcie. Beata już czekała.

W niedzielę lubię biegać rano. Kiedy wszyscy śpią, ja ruszam, a kiedy wracam, razem z domownikami zaczynam dzień, pełna energii, wybiegana i zadowolona.
Jeszcze chwilę poczekałyśmy na ew. przyjście Michała, chociaż wiadomo było, że chęci chęciami, ale późny powrót i zmęczenie trzeba wypocząć.
No to lecimy. W tempie konwersacyjnym....

Na rynek biegłam pięknym 5,20, rozruszałam się. Beata debiutowała na 20, a w zasadzie chciała mieć zaliczony dystans półmaratoński, więc planowałyśmy spokojne tempo czwartkowego biegania. Planowałyśmy. Bo bieg rozpoczął się dość szybko. Oczywiście, jak to Beata, cisnęła. I gadała.. Nawet dość mocno cisnęła. Ale nie przejmowałam się, nastawiłam się, że zmięknie po dysze :)

Plan był na Żabieniec, Zalesie, Jazgarzew i znów Piaseczno z winklami, coby dystans zamknąć. Biegaczy moc, nawet w głuszy leśnej co rusz ktoś biegł. Ja tym razem pierwszy raz przypięłam do paska bukłaczek z wodą, testowo, czy dobrze mi z tym biec, czy nie lata itd. 250 ml, więc spory.
Beata przygotowana zupełnie inaczej, miała gotówkę, by spośród rojących się po tracie karfurów i sklepów spożywczych wybrać których i po prostu zakupić napój. To takie proste :)

No więc ja z bukłaczkiem, Beata z gotówką, las, zimnica, tempo sporo poniżej 6.... Beata konwersuje, ja też się staram, pomimo zadyszki... trochę się zsapałam, ale wypadłyśmy na asfalt, ruch jak nie w niedzielę o 8.... Gdzie oni tak jadą? I Zalesie. Zrobił się tak chyba 7 kilometr, zaczynamy zaglądać w witryny sklepików i karfurów... wszystko zamknięte! No, to nie popijemy. Ja miałam ten bukłaczek, ale wspólną końcówkę zaproponować wstyd, samemu się raczyć też wstyd....

Wstydząc się biegłam, rozglądając pilnie za jakąś chociaż dziuplą, metą, a tu wciąż nic!
Uratowała nas Żabka. Żabka jest zawsze czynna, kiedy trzeba :) W żabce Beata nawodniła się, ja nawodniłam sie pod żabką. Z bukłaczka. Jak menel :)




Otwarte pole, zimno, nie dałyśmy sobie zbyt dużo czasu na przerwę. Ku mojej rozpaczy, po przerwie wróciło szaleńcze tempo zawodowe.... wiało, my pod wiatr, Beata nadal konwersuje, ja już tylko słucham.... Debiutantka za grosz!! A i zaczęło padać :)

Jazgarzew, jeszcze trochę wybojów i moja ulubiona trasa wzdłuż torów kolejki. Zacisznie, już nie wiało. koło 17 km, Beata przestała konwersować. Za to ja cokolwiek zaczęłam mówić, bo wpadłam w miły rytm etapu "już mi wszystko jedno, mogę biec i biec" :)

Kontrolnie próbowałam dopytać, czy Beata dobrze się czuje, czy ją nic nie boli - sama już dobrze czułam nogi.... Ale okazało się, że po prostu jest świeża jak łania i dalej poniżej 6,00....

Na etapie +18 km zaczynają zachodzić u biegacza pewne procesy. Przynajmniej u takiego, jak ja. Otóż zaczyna się walka z barierami architektonicznymi. Każdy krawężnik - jak Mount Everest, każda krzywizna chodnika jak Wielki Kanion, a zmiana kierunku lub odskoczenie przed przeszkodą - opóźnione jak u zalanego kierowcy. Wtedy celem jest bieg po płaskim, prostym torze. A krok jest coraz bardziej gesty :)

Z planowanego winkla wybiegłyśmy na trasę grójecka wzdłuż kolejki. Beata już milczała. Ja wspominałam czasy godzinę wcześniej, gdy planowałam dodać otuchy padającej na pysk Beacie właśnie tutaj, ze Dworcowa, że będzie w dół... Tymczasem ona wcale nie padała, o Dworcowej marzyłam ja, a tempo... nadal poniżej 6 :)

Nawet przeszło nam przez myśl wpaść na kawę do Mikołaja, jak już kończyłyśmy Dworcową... :) Zamiast tego, wpadłyśmy na rynek, gdzie dzwony kościelne triumfalnie ogłosiły nasze 20 km :) Trochę seniorów szło do kościoła, nie ma komu aparatu dać... Trafił się zakapturzony, ale jak się okazało śliczny chłopiec z pięknym niskim głosem, który nas zfocił. Całkiem dobrze, chociaż o nogach to mu musiałam przypomnieć.

Do domu wracałam już pieknym, prawidłowym tempem 6.15.... rozkoszując się chłodem i deszczem.

To był mega debiut. Beata zrobiła półmaraton w czasie ok. 2.02, czy 2.03. Nieważne. Tempo iście startowe dla debiutanta, a to tylko trening. Myślę, że jest dumna!

Ja spokojnie dałam radę w tym tempie, do domu zawitałam przed 10, a pod prysznic mąż wstawił mi syna, więc miałam od razu masę rozrywki.

Niedzielne wybiegania to fajny zwyczaj. Mądry kolega mnie nauczył i nie wyobrażam sobie niedzieli bez długiego biegu, gdziekolwiek jestem :)

Gratuluję Beacie i sobie wspaniałego czasu!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz