Zawsze, kiedy jadę na Mazury, jestem nastawiona na dłuższe biegi. Jest ku temu okazja, bo raz, okoliczności przyrody i trasy temu sprzyjają, dwa mam tu kolezankę - biegaczkę, z która mogę pobiegać (i poględzić przy okazji).
Pomimo, że święta, Marta ani przez moment nie zawahała się, jak jej zaproponowałam świateczny poniedzialek, 7:00 rano... :) Ulzyło mi, bo spodziewałam się oporu, sadziłam, że z tą 7:00 przesadziłam, ze może 8 ok, ale nie aż tak rano. Tym bardziej, że wciąż paskudna pogoda. Ale nie zawiodłam się, sądząc, że jak już ktoś biega, to jest gotów wstać nawet w Świeta o 6:00.
Marcin oczywiście również potwierdził swój udział.
Zadowolona już na zapas, połozyłam się spać, wcześniej jeszcze chwalac się na fb, że jutro o 7 spotykamy się pod szkołą celem wybiegania :)
Rano szok. Najpierw panika, obudziłam się, budzik nie dzwoni... uff, do dzwonka minuta. Ja to dopiero umiem się punktualnie budzić :)
Poleżałam chwilę, no to sms od Marcina: "Zaspałem!!" Kurcze ja znów na zegarek, no nie, szósta jest. Kolejny sms: "a nie, nie zaspałem, wstaje" :) Najwyraźniej Marcin nie doszedł jeszcze do siebie po zmianie czasu :)
Śniadanko, mocno na siłę, kawka i wychodzę. Dzień piekny, słoneczko, brak wiatru. Smsowo dałysmy sobie z Martą znac, że ruszamy - no to biegnę. Do szkoły mam kilometr, umówieni bylismy na 7:10 - wszyscy sa punktualnie. Ustalilismy, że biegniemy wg planu, tj. drogą na Zabiele, asfalt, mało kto tu jeździ.
No i Marta - Marta ma ochotę na 20 km. Ja i Marcin mamy ochotę na 25. Tzn Marcin miał, dzień wcześniej, dzisiaj twierdzi, że 5 mu starczy :)
No to ok, lecimy na 20, piatkę ponad dobiegamy z Marcinem na koniec.
Schronisko, kosciół, osiedle przy Władysława IV, rozwidlenie dróg, na Zabiele.
Stoi biegaczka. Widać, że biegaczka. ale czemu stoi? No po prostu widać, ze na nas czeka. Szok :) No dobra, masz Kamila za swoje, chwalisz sie na FB, podajesz terminy, to się ludziska schodzą :)
Podbieglismy i niespodzianka, okazało się, że to koleżanka! Renata wyszła pobiegać, akurat o tej porze, w ten dzien i na tej trasie :) alez się zrobiło przyjemnie :)
Renata postanowiła trochę nam potowarzyszyć przez kilka km. Szybko sprowadziła nas z asfaltu na leśna drogę, piekną, suchą, pośród mchów, soczystej wiosennej ściółki, mniam! :)
Gadu gadu, Marcin rodzynek, ale nie miał zupełnie z tym problemu :) Miał moze tylko problem z tempem, najwyraźniej wciąż myślami był na zawodach, my wręcz przeciwnie, byłysmy w typowo kawiarnianym klimacie. Dobieglismy do lesnych rozstajów, po czym Renata zaczęła powoli się zbierać do powrotu. Wyposażeni, a jakże! w komórki z mapami i gps, wybralismy jedną z dróg, która naszym zdaniem prowadziła do asfaltu. I tak było :) A jeszcze po drodze Renata pokazała mi słynne miejsce, gdzie bywają pilarze... i ona też, ale to osobna mroczna historia :)
Pożegnaliśmy Renatę na asfalcie. Ja to do dzisiaj nie moge uwierzyć w to spotkanie, to naprawdę świetna niespodzianka. Renata pobiegła z powrotem, a my... dalej :)
Postanowiłysmy skupić odrobinę naszej uwagi na zaniedbywanym Marcinem i spróbowałysmy przekonac go do noszenia legginsów do biegania, zamiast spodni dresowych. Oczywiście miałysmy na uwadze fakt, jak wygląda męski tyłek w takich spodniach - nijak :) Marcin niestety jest odmiennego zdania, nawet sugestia Marty o ukrywaniu "oka ważki" w spodenkach, nie pomogła. Ale co było śmiechu, to momentami nie dawało sie biec :)
Wspaniała atmosfera, ale ja pilnuję dystansu - zakomunikowałam Marcie, że jak ma być 20, to powinnismy zawracać. Ale Marta zmieniła zdanie, zachciała więcej :) Czemu nie, w końcu mamy w odwodzie małzonków z samochodami, jakby już był zgon :)
Na 12 kilometrze przerwa. Na żelik. Marta poważnie potraktowała dystans i sie przygotowała, my oczywiście nie, ale sie podzieliła :)
Zawrotka, oj, kolana! po pięknej pogodzie ani sladu, śnieg, schłodziło się, para z gąb.... i pić. Strasznie nam się chciało pić. Postanowiliśmy wracając wbiec z powrotem do lasu na ścieżkę, którą nam pokazała Renata, zeby jeszcze troche wchłonąc tego lasu. No to wchłonęlismy i ok. 20 kilometra ukazała sie nam cywilizacja :)
Nogi juz porzadnie dawały znac, że są zmęczone. Już starannie wybieralismy drogę, żeby nie było krawężników, kałuż do omijania, żeby był asfalt. Każda kałuża przypominała mocno o tym, jak bardzo chce nam sie pić :) Marta na koniec dostała nowej fali sił, jak jej endomondo powiedziało, że pokonała 21 km. Tylko Marcin marudził, bo mu telefon ukradł 2 km i głupoty gadał cały trening :)
Pożegnaliśmy się przy szkole. Pomknęłam 5,30 do domu, na tyle mi tylko pozwoliły nogi. W okolicy domu zegarek pokazał mi 24 km - pięknie!
Dziękuję Marcie, Renacie i Marcinowi za super bieg i wspaniałe humory.
Marta została, z naszym udziałem, rozdziewiczona na połowie królewskiego dystansu, co szczególnie (znaczy rozdziewiczenie) cieszyło Marcina :) za około 2 godziny wpadłam do Marty bez zapowiedzi, żyła :)
Renata pokazała nam piekną scieżkę, ze o miejscu bywania pilarzy nie wspomnę... :) A, i wreszcie ma naprawdę fachowe buty do biegania :)
Marcin był nieszczęśliwy, bo wolno, bez picia i ten cholerny gps.... ale w sumie odbył bieg z pieknymi dziewczynami :)
Ja jestem przeszczęśliwa, że bieg się udał. Fajnie mieć takich ludzi koło siebie :)




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz