Popularne posty
niedziela, 31 maja 2015
Jak zakończylismy maj :)
Nie ma to jak wstać w niedzielę o 6.... :) Z własnej, nieprzymuszonej woli! I już przez internet widzę, jak podniosła się Kasia i Tomasz. Oj, jak marudzą! Że niewyspani.... Ale wiadomo, że jak już się obudzili, zaniedługo sie spotkamy :) Uwielbiam ich za to!
Pierwsza dotarła Beata, zadowolona, po 2 km rozgrzewki... no, super, ja zwinieta, na krótko, wiatr, 12 stopni... brrr! Za chwile Kasia, wylaszczona jak zawsze, czapka, okular, siódma... A Tomasza nie ma! Dzwonić, nie dzwonić... przecież wstał!, czekamy :) Tak, Tomasz, podobnie jak w piatek, zrobił efektowne wejście :) A raczej wbieg. No, nie było oczywiście aż tak dobrze, jak w piatek. W piatek opadła mi szczęka :)
Szybka komunikacja z satelitą, ruszamy. Selfik jeszcze, wiadomo, o tej porze fotografów brak na rynku... Było wiadomo, że będzie dość szybko. Jak na niedzielne wybieganie ofkors. Czasem sterowała Beata, która musiała o 11 być w umówionym miejscu, więc wiadomo było, że mamy 2 godziny. Co to dla nas.... :)
Ja i Beata z przodu, Kasia i Tomasz z tyłu. Plan na Zalesie, Bobrowiec. To taka fajna trasa, wiadomo, że do rynku na powrót jest dokładnie 20 km. No może za wyjątkiem miernika Kasi, który żyje zwykle własnym zyciem i nic sobie nie robi z satelity, map i naszych zegarków :P
Żabieniec...las... w lesie Kasia oprotestowała tempo, które odrobinę schodziło poniżej 6. Wiadomo, człowiek prosto z łóżka, bez rozgrzewki... Zwolnilismy na pozór, żeby miała czas się rozkręcić. W lesie było o zawodach. O paskudnych trasach-pętlach, które powodują, że biegnąc na dluzszym dystansie ogląda się szczęśliwców wbiegajacych na metę z tego krótszego biegu... :) Trochę o imprezie piatkowej było... o pizzach, mohito... o wyczynie Tomasza! Tomasz dzień wczesniej zrobił zyciówkę na 5 km i bardzo ładny wynik na piaseczyńskiej piatce. Co najważniejsze, biegł w klubowej koszulce!! :)
Coraz cieplej, Kasia zasygnalizowała, żebyśmy pamietali o sklepie, pić! W planie była Żabka za Zalesiem, mój i Beaty punkt nawadniania z jednego z poprzednich biegów. Potem było o nazwach ulic. W Zalesiu ulice się tak pieknie nazywają... Droga Dzików... Przebudzenia Wiosny...Konika Polnego... podobno dzieci-przedszkolaki wybierają nazwy :)
Kasia znów o sklepie... No to jeszcze trochę! Tomaszowi jeszcze zimno, zrobił sobie mały sprint do skrzyżowania, na rozgrzewkę, chociaż naszym zdaniem biegł kolejke zająć... no, nie, poczekał. Ostatnia prosta przed sklepem, ja z Beatą... chodź, chodź... my tę kolejkę zajmiemy! No to się rozpedziłysmy, nie na wariata, bo to dopiero połowa drogi, ale całkiem dynamicznie było :) Beata się domysliła, ze chciałam szybko, żeby dłużej odpocząc przy sklepie, w oczekiwaniu na resztę... Wpadamy na parking przed Żabką, pod drzwi! zamknięte!!!
O co chodzi, napisane, że od 6 codziennie... Jeden klient podjechał autem, równie zaskoczony... Kasia i Tomasz już są. No pięknie, a my tu...sprint... :)
Nie ma co, dalej będą inne sklepy, lecimy, szkoda czasu. Beata nieustannie na początku, równo, rytmicznie, zaczęło być szybciej, Kasia juz się rozgrzała, Tomasz to wiadomo, on zawsze może... silna grupa.
Skrzyżowanie w Jazgarzewie, w kółko o tym gadam, że tam zawsze wspominam koleżankę mieszkającą w poblizu, mam ochotę do niej kiedyś wpaść podczas niedzielnego wybiegania, coby się czegoś napić... byłaby mega niespodzianka! Spragniona Kasia poparła mój pomysł, chętnie ze mną by zaskoczyła Monikę.... :)
Sklep, sprytnie jakoś mało wyeksponowany, zauważył Tomasz. Napiliśmy się, jeszcze trochę wody ja i Tomasz zabraliśmy na drogę. Ojjj, kolana!
Kosciół, runmageddonowe skrzyżowanie, prosto do Bobrowca. W Bobrowcu zaczęło byc o rowerach, kierowcach, przepisach... A wszystko przez starszego pana, który zwrócił nam uwagę, że biegniemy ulicą. No pewnie, że ulicą! Lewą stroną, schodząc z drogi autom... Jak ktoś nie biega, to nie wie, że jak już po twardym, to lepszy asfalt niż chodnik, krzywy, śliski piaskiem... Tak, zgodziliśmy się, że niektórzy tak mają, ze mimo, iż coś ich nie dotyczy, swoje zdanie, zwykle niezadowolenie wyrazić muszą. Taka ich natura.
Starszy Pan wywołał w Tomaszu rowerowe wspomnienia, szczególnie utarczki z kierowcami aut. W ślad za tym było o siedzeniu na kole.. o kurierach rowerowych jako osobnym gatunku :) O zającach, łykaniu zawodników, Tomasz wspomniał, jak łykał ich dzień wcześniej.. :)
Strasznie szybko mijają te wybiegania! Ani się obejrzelismy, koniec Bobrowca, skrót przez pole... TO POLE, gdzie Tomasz poprzednio oswoił sie z tempem Janusza :) O krwi było, karmieniu piersią, o tym jak Tomasz karmi.... O kierowcach aut, którzy uczą biegaczy moresu... o kierowcach aut, którzy są biegaczami... o potencjalnych biegaczach za kółkiem i jak w kierowcy rozpoznać triathlonistę :)
I coraz szybciej!
jeszcze Kasia miała plan na sklep, ale chyba już zbyt dobrze jej się biegło, odpuściła w zamian za moją wodę... Spoko, Orężna była mega dynamiczna, ja to lubię biec obok Beaty tak, że jednoczesnie tupiemy, to mnie mocno wpasowuje w bieg :) Kasia sklep odpusciła, ale i tak za chwilę zupełnie rozwaliła nam super tempo... przez ptaszka! Co za kobieta... :)
Po udzieleniu pierwszej pomocy, ruszylismy dalej. im dalej, tym szybciej, Ja i Tomasz na czele... w klubowych koszulkach! Dumnie minęlismy zgromadzenie przy starej mleczarni... pracowników dorywczych, coraz szybciej.... Dziewczyny trochę z tyłu, jeszcze spotkaliśmy się na światłach przy bazarku.... jak wpadlismy na rynek, Tomasz zadowolony, bo ostatnie tempo 5.08 :)
Rozciąganie, dziewczyny już są! Cieplutko, słonecznie, endorfiny... uśmiechy i foty. foty zrobiła nam dziewczyna od wycieczek rowerowych, o 10 ruszali z placu rowerzyści do Ustanowa, jeżdziłam z nimi w roku ubiegłym... a teraz w niedziele biegam! :)
Dobre pozycje, Tomasz, gwiazda, w ciemnych okularach... :)
I wyszło, jak Beata chciała. 20 km, dwie godziny, fajny, mocny, dynamiczny bieg!
Beata to pędziwiatr :) uwielbiam z nia biegać! Zawsze jest odpowiednie tempo. Niemniej z Kasią, która prócz tempa, utrzymuje również konwersację. Bo tym razem Beata była tak skupiona na osiągnięciu 2 godzin, że gadała Kasia, chociaż oprotestowała tempo... protestowała, gnała i gadała :) A już na orężnej, kiedy nikt nie gadał, ona gadała jeszcze :)
Dziekuję Wam za super atmosferę, świetny poczatek dnia!
piątek, 29 maja 2015
O coachingu, klubach nocnych i jak nas uprowadzono
Tym razem bieg zapowiadał się w mniejszym gronie. Mikołaj, Michał i Janusz zapowiedzieli swoją nieobecność. Mimo wątłej nadziei na pierogi w wykonaniu Asi :) Na rynku była już Asia i Maciek. Maciek przyszedł pierwszy raz. Od razu było wiadomo, że może i pierwszy raz u nas, ale na pewno nie pierwszy raz na biegu. No, i widać, lubi na długo :)
Za chwilę Beata i Piotr. Piotr również pierwszy raz, trochę na długo. Od razu w kilku słowach wyjaśniłyśmy nowym, o co chodzi mniej więcej, gdzie biegniemy. Beata szybko zareklamowała klub od strony towarzyskiej, jacy my to fajni jesteśmy i w ogóle... :)
Kasia, Tomasz... Nowi chłopcy zwrócili uwagę na klubowe koszulki - tak! Czworo z nas w klubowych, nie sposób pominąć milczeniem! :)
O foty poprosiłam dziewczynkę, kilka ujęć, jeszcze minuta na GPS... biegniemy!
Ja i Asia z przodu, Beata i Kasia z tyłu, na końcu trojką faceci. Jakoś szybko było od razu, tempo w okolicach 6... Ale konwersacja od samego początku. Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że Beata była... na krótko! Wreszcie koszulka klubowa na wierzchu. Szybko zorientowałyśmy się z Asią, że jak my tam na początku, nie będzie materiału do relacji, no i nic nie będzie wiadomo o nowych nabytkach... boczkiem, boczkiem, przepuściłyśmy dziewczyny, potem chłopaków.... Okazało się, że oni tam sobie z tyłu konwersowali już w najlepsze! Włączyłyśmy się do rozmowy, jak biegamy, o maratonach... Ja chciałam błysnąć swoim wyczynem na 30 km, ale okazało się, że Tomasz już nowym temat sprzedał! O nie! Tego to tylko spuścić z oczu....
W ogóle nowością był wysoki poziom konwersacji Tomasza! Nareszcie było go słychać, nie tylko widać! Zwróciłysmy szczególną uwagę na to i jeszcze na przywiązanie do klubowej koszulki....
No więc Tomasz odebrał mi przyjemność pochełpienia się... Ale za to dowiedziałam się, że chłopaki śledzą stronę klubu i czytają moje relacje... :)
Pomieszalismy się na asfalcie. Wciąż było koło 6... Pierwszy raz pociąg na torach, odkąd tędy biegam.
Chłopaki, po pierwszej dynamicznej konwersacji ogólnej, zostali wchłonięci przez Beatę na czele. Nie wiem, o czym było, my tu jeszcze o biegach... ja nieustannie zauważałam, że jest szybciej niż zwykle... ale nikt sobie z tego nic nie robił.
W Jazgarzewie bałagan, nowe chłopaki z przodu daleko, z lewej, potem Kasia i Beata daleko z przodu z prawej... A my z Asią zaopiekowałyśmy się rozmownym Tomaszem. Bo o odległościach było najpierw, bieganiu po 20 km, wyczynie Janusza, progresie Asi, moich pierwszych 8 km w 56 minut... Dość o bieganiu, potem o klubie... zastanawialiśmy się, gdzie można się przenieść z imprezą, jak knajpa zostaje zamknięta o 23... Tomasz zaproponował Setę, knajpa o nazwie wybitnie wskazującej na sposób spędzania w niej czasu! A nie.... Asia zauważyła, że w secie odbywają się... striptizy męskie! Tomasz nie chciał słuchać, ale ja i owszem! Chociaż zapierała się, że to nic ciekawego! Ja nie mogłam uwierzyć... w ogóle jakim cudem nigdy czegoś takiego nie widziałam! Tomasz popierał Asię, ale nie dałam się zwieść, niestety Asia tylko chwilę temat pociągnęła, w stopniu zupełnie mnie nie zadowalającym... Za to o striptizie damskim... Tomasz wyraźnie się ożywił! Ale nudy.. bo okazało się, że na damskim byłam tylko ja, przypadkiem, a sam występ był mocno nieprofesjonalny...
Tamci z przodu czekali na nas, tak daleko odbiegli, że zrobiło im się głupio :) Zauważyłam, że wiele tracą, nie trzymając się grupy, bo tu o striptizie... Ha! W ułamku sekundy pozostała czwórka zbiła się z nami w ciasną grupę! Tego im było trzeba... Kasia wspomniała o swoim udziale w męskim striptizie i żałosnych widokach...
Znów było o tempie, wyszło przypuszczenie, że chłopaki tak pędza, żeby się dobrze nam zaprezentować... cos w tym może i jest, my nie bylismy lepsi! i tak pędzilismy... Nawet Maciej zaczął cos o potencjale moich nóg, ale temat nie został pociągniety, bo zrobiło się zamieszanie z ciężarówkami, kiedy chcielismy przez ulicę przebiec... Jak mówi Beata, zrobilismy runmageddon przez jezdnię i za chwilę już moja ulubiona droga :)
Tu Tomasz i Kasia z przodu, mega konwersując, ja z Beatą, a Asia wzięła pod skrzydła Macieja i Piotra. My o biegach, a jakże, to taki przyjemny do pogadania odcinek, nie ma aut, dobra nawierzchnia.... Wspomniałam Beacie, że koniecznie chcę dzisiaj tradycję wiaduktową, więc podbiegłyśmy do przodu upewnić się, czy Tomasz o tym pamieta :)
Pamiętał.. popełniliśmy pasy na czerwonym świetle, senne uliczki, jakoś tam od tyłu biegliśmy na wiadukt... Było o Piaseczyńskiej piatce, której trasa mniej więcej tędy przebiega..., kolejne ciemne skrzyżowanie i Maciej wpada w las! Na początku zaproponował gruntową drogę, czemu nie, od razu zaznaczyłam, że na wiadukt chcę, coby nas nie wyprowadził gdzies indziej... Droga się skończyła, ciemno, a Maciej dalej prosto, między drzewa. Piotr się z nim solidaryzował, Tomasz zaraz za nimi bez oporu.... Opór zaczęłyśmy stawiac z Kasią, słowny i nikogo nie wzruszający! Bo ciemno, nierówno... Daleko z tyłu doszedł nas okrzyk protestu dziewczyn, ale były tak daleko, że ten protest w ogóle został zignorowany.
Byłysmy zbuntowane! Jak to, po ciemku, a nogi? Ja się potknęłam, zatęskniłysmy za Mikołajem, który by do tego lasu nie dopuścił..., nad nami pietrzy się wiadukt...mój wiadukt!!!
ale chłopaki nagle skręcili, w lewo, w lewo wołają, stromy krótki podbieg i wiadukt jest! O całe szczęście, jestesmy na szczycie wiaduktu! Dziewczyny znalazły się za chwile, trzy oddechy, związanie butów, rozciągnięcie....
Tomasz wiedział i dał znak. Maciej i Piotr nic nie wiedzieli o tradycji... Puściłam się biegiem z wiaduktu. Sama, bo oczywiście Tomasz nie mógł sobie odmówić tej satysfakcji dania mi forów, by potem dogonić mnie, zdyszaną i w tempie konwersacyjnym biec tuż obok... Nie zwalniaj! wspomniał mimochodem, jak już się ze mną zrównał... Z opóżnionym startem, pewnie z uwagi na brak wiedzy o tradycji, za chwilę na dole wylądowali Maciej i Piotr. Umarłam, ale Tomasz od razu kazał mi truchtać. Maciej znów zarządził, tym razem na Czajewicza, więc pobiegliśmy tędy.
Kasia do nas dotarła, i było o coachingu. Tomasz mocno mnie zmotywował do szybkosci, za co mu oficjalnie podziękowałam jeszcze w Zabieńcu... Teraz zaczął mnie motywować bardziej... tym, że mam szansę go kiedyś przegonić, szczególnie jak okuleje... Ja oczywiście przyznałam, że prawdopodobnie nigdy nie będę tak szybka, jak Tomasz, ale że tak mnie denerwuje, że na złość mu chociażby będę bardzo szybka!!
Tomasz określił to mianem coachingu, więc okazało się, że jestem poddawana sportowej obróbce....
Potem było o Szarej Eminencji, Maciej podkreslił dobre jedzenie, zaczynało być znów konwersacyjnie...
Koło Biedronki zwariowała Kasia... zamiast do rynku, pobiegła... w prawo! Myslałam, że coś chce sprawdzić, ale ona zapowiedziała, że musi byc odmana trasy, chodzcie, chodzcie... Już miała przy sobie Piotra, no to ok, pobiegliśmy, zupełnie skołowani. Stanowczo dzisiaj rządziły zmiany trasy. Kasia chciała nas zaprowadzić do... parku miejskiego! Oooo, Asia postawił skuteczny opór. Po prostu! stanęła i już. nie i nie! Ok, no to wracamy... :) Szybko pojelismy, że znów endomondo Kasi kradnie jej kilometry, więc probuje nas naciągnąc na dodatkowy przebieg!
Ostatnia prosta... Finiszowałyśmy z Beatą, szybko ale bez zabijania się, jeszcze trochę, rynek i już!
Dobre humory po dobrym czwartkowym tempie :) Rozciąganie, foty...
Maciej i Piotr orzekli, że się dobrze bawili :) My jak zawsze, wiadomo, również. Jeszcze kilka ustaleń na temat kolejnego czwartku - Boże Ciało wypada akurat... i rozstaliśmy się!
To był dobry bieg :) Dziękuję!
Za chwilę Beata i Piotr. Piotr również pierwszy raz, trochę na długo. Od razu w kilku słowach wyjaśniłyśmy nowym, o co chodzi mniej więcej, gdzie biegniemy. Beata szybko zareklamowała klub od strony towarzyskiej, jacy my to fajni jesteśmy i w ogóle... :)
Kasia, Tomasz... Nowi chłopcy zwrócili uwagę na klubowe koszulki - tak! Czworo z nas w klubowych, nie sposób pominąć milczeniem! :)
O foty poprosiłam dziewczynkę, kilka ujęć, jeszcze minuta na GPS... biegniemy!
Ja i Asia z przodu, Beata i Kasia z tyłu, na końcu trojką faceci. Jakoś szybko było od razu, tempo w okolicach 6... Ale konwersacja od samego początku. Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że Beata była... na krótko! Wreszcie koszulka klubowa na wierzchu. Szybko zorientowałyśmy się z Asią, że jak my tam na początku, nie będzie materiału do relacji, no i nic nie będzie wiadomo o nowych nabytkach... boczkiem, boczkiem, przepuściłyśmy dziewczyny, potem chłopaków.... Okazało się, że oni tam sobie z tyłu konwersowali już w najlepsze! Włączyłyśmy się do rozmowy, jak biegamy, o maratonach... Ja chciałam błysnąć swoim wyczynem na 30 km, ale okazało się, że Tomasz już nowym temat sprzedał! O nie! Tego to tylko spuścić z oczu....
W ogóle nowością był wysoki poziom konwersacji Tomasza! Nareszcie było go słychać, nie tylko widać! Zwróciłysmy szczególną uwagę na to i jeszcze na przywiązanie do klubowej koszulki....
No więc Tomasz odebrał mi przyjemność pochełpienia się... Ale za to dowiedziałam się, że chłopaki śledzą stronę klubu i czytają moje relacje... :)
Pomieszalismy się na asfalcie. Wciąż było koło 6... Pierwszy raz pociąg na torach, odkąd tędy biegam.
Chłopaki, po pierwszej dynamicznej konwersacji ogólnej, zostali wchłonięci przez Beatę na czele. Nie wiem, o czym było, my tu jeszcze o biegach... ja nieustannie zauważałam, że jest szybciej niż zwykle... ale nikt sobie z tego nic nie robił.
W Jazgarzewie bałagan, nowe chłopaki z przodu daleko, z lewej, potem Kasia i Beata daleko z przodu z prawej... A my z Asią zaopiekowałyśmy się rozmownym Tomaszem. Bo o odległościach było najpierw, bieganiu po 20 km, wyczynie Janusza, progresie Asi, moich pierwszych 8 km w 56 minut... Dość o bieganiu, potem o klubie... zastanawialiśmy się, gdzie można się przenieść z imprezą, jak knajpa zostaje zamknięta o 23... Tomasz zaproponował Setę, knajpa o nazwie wybitnie wskazującej na sposób spędzania w niej czasu! A nie.... Asia zauważyła, że w secie odbywają się... striptizy męskie! Tomasz nie chciał słuchać, ale ja i owszem! Chociaż zapierała się, że to nic ciekawego! Ja nie mogłam uwierzyć... w ogóle jakim cudem nigdy czegoś takiego nie widziałam! Tomasz popierał Asię, ale nie dałam się zwieść, niestety Asia tylko chwilę temat pociągnęła, w stopniu zupełnie mnie nie zadowalającym... Za to o striptizie damskim... Tomasz wyraźnie się ożywił! Ale nudy.. bo okazało się, że na damskim byłam tylko ja, przypadkiem, a sam występ był mocno nieprofesjonalny...
Tamci z przodu czekali na nas, tak daleko odbiegli, że zrobiło im się głupio :) Zauważyłam, że wiele tracą, nie trzymając się grupy, bo tu o striptizie... Ha! W ułamku sekundy pozostała czwórka zbiła się z nami w ciasną grupę! Tego im było trzeba... Kasia wspomniała o swoim udziale w męskim striptizie i żałosnych widokach...
Znów było o tempie, wyszło przypuszczenie, że chłopaki tak pędza, żeby się dobrze nam zaprezentować... cos w tym może i jest, my nie bylismy lepsi! i tak pędzilismy... Nawet Maciej zaczął cos o potencjale moich nóg, ale temat nie został pociągniety, bo zrobiło się zamieszanie z ciężarówkami, kiedy chcielismy przez ulicę przebiec... Jak mówi Beata, zrobilismy runmageddon przez jezdnię i za chwilę już moja ulubiona droga :)
Tu Tomasz i Kasia z przodu, mega konwersując, ja z Beatą, a Asia wzięła pod skrzydła Macieja i Piotra. My o biegach, a jakże, to taki przyjemny do pogadania odcinek, nie ma aut, dobra nawierzchnia.... Wspomniałam Beacie, że koniecznie chcę dzisiaj tradycję wiaduktową, więc podbiegłyśmy do przodu upewnić się, czy Tomasz o tym pamieta :)
Pamiętał.. popełniliśmy pasy na czerwonym świetle, senne uliczki, jakoś tam od tyłu biegliśmy na wiadukt... Było o Piaseczyńskiej piatce, której trasa mniej więcej tędy przebiega..., kolejne ciemne skrzyżowanie i Maciej wpada w las! Na początku zaproponował gruntową drogę, czemu nie, od razu zaznaczyłam, że na wiadukt chcę, coby nas nie wyprowadził gdzies indziej... Droga się skończyła, ciemno, a Maciej dalej prosto, między drzewa. Piotr się z nim solidaryzował, Tomasz zaraz za nimi bez oporu.... Opór zaczęłyśmy stawiac z Kasią, słowny i nikogo nie wzruszający! Bo ciemno, nierówno... Daleko z tyłu doszedł nas okrzyk protestu dziewczyn, ale były tak daleko, że ten protest w ogóle został zignorowany.
Byłysmy zbuntowane! Jak to, po ciemku, a nogi? Ja się potknęłam, zatęskniłysmy za Mikołajem, który by do tego lasu nie dopuścił..., nad nami pietrzy się wiadukt...mój wiadukt!!!
ale chłopaki nagle skręcili, w lewo, w lewo wołają, stromy krótki podbieg i wiadukt jest! O całe szczęście, jestesmy na szczycie wiaduktu! Dziewczyny znalazły się za chwile, trzy oddechy, związanie butów, rozciągnięcie....
Tomasz wiedział i dał znak. Maciej i Piotr nic nie wiedzieli o tradycji... Puściłam się biegiem z wiaduktu. Sama, bo oczywiście Tomasz nie mógł sobie odmówić tej satysfakcji dania mi forów, by potem dogonić mnie, zdyszaną i w tempie konwersacyjnym biec tuż obok... Nie zwalniaj! wspomniał mimochodem, jak już się ze mną zrównał... Z opóżnionym startem, pewnie z uwagi na brak wiedzy o tradycji, za chwilę na dole wylądowali Maciej i Piotr. Umarłam, ale Tomasz od razu kazał mi truchtać. Maciej znów zarządził, tym razem na Czajewicza, więc pobiegliśmy tędy.
Kasia do nas dotarła, i było o coachingu. Tomasz mocno mnie zmotywował do szybkosci, za co mu oficjalnie podziękowałam jeszcze w Zabieńcu... Teraz zaczął mnie motywować bardziej... tym, że mam szansę go kiedyś przegonić, szczególnie jak okuleje... Ja oczywiście przyznałam, że prawdopodobnie nigdy nie będę tak szybka, jak Tomasz, ale że tak mnie denerwuje, że na złość mu chociażby będę bardzo szybka!!
Tomasz określił to mianem coachingu, więc okazało się, że jestem poddawana sportowej obróbce....
Potem było o Szarej Eminencji, Maciej podkreslił dobre jedzenie, zaczynało być znów konwersacyjnie...
Koło Biedronki zwariowała Kasia... zamiast do rynku, pobiegła... w prawo! Myslałam, że coś chce sprawdzić, ale ona zapowiedziała, że musi byc odmana trasy, chodzcie, chodzcie... Już miała przy sobie Piotra, no to ok, pobiegliśmy, zupełnie skołowani. Stanowczo dzisiaj rządziły zmiany trasy. Kasia chciała nas zaprowadzić do... parku miejskiego! Oooo, Asia postawił skuteczny opór. Po prostu! stanęła i już. nie i nie! Ok, no to wracamy... :) Szybko pojelismy, że znów endomondo Kasi kradnie jej kilometry, więc probuje nas naciągnąc na dodatkowy przebieg!
Ostatnia prosta... Finiszowałyśmy z Beatą, szybko ale bez zabijania się, jeszcze trochę, rynek i już!
Dobre humory po dobrym czwartkowym tempie :) Rozciąganie, foty...
Maciej i Piotr orzekli, że się dobrze bawili :) My jak zawsze, wiadomo, również. Jeszcze kilka ustaleń na temat kolejnego czwartku - Boże Ciało wypada akurat... i rozstaliśmy się!
To był dobry bieg :) Dziękuję!
wtorek, 26 maja 2015
O tym jak biegałam głową
O bieganiu głową słyszałam... czytałam :)
Pierwszy raz tak naprawdę pobiegłam w ten sposób podczas biegu na 30 km. To już na końcu, ok. 28 km, kiedy dość szybkie tempo i odległość zrobiły swoje, poczułam, że nie dam rady. A właściwie nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Przełączyłam się wówczas na myślenie, musiałam bardzo mocno się skupić nad utrzymaniem równowagi i tempa. Przekonałam siebie, że dobiegnę :)
Potem... potem były rozmowy o szybkim bieganiu. Tomasz przekonywał, że na pewno mogę biegać szybciej, jeżeli w to uwierzę :) Znów ta głowa. Wiara to nie siła mięśni! Aż spróbowałam....
Plan był na dychę, szybciej. Wcześniej polecono mi zrobić sobie taki trening, niekomfortowa dycha. Czyli, 10 kilometrów w niesprzyjającym tempie :) Zbierałam się na to wczoraj, nawet umówiłam się z Tomaszem, który w momencie gdy ja jestem w niekomfortowym tempie, biegnie zupełnie komfortowo.
Ale spadł deszcz. Padało i padało dość intensywnie. Tomasz stwierdził, że bieg po zalanych ulicach niewiele ma wspólnego z biegiem i zaproponował przełożenie tej strasznej dychy. Zgodziłam się z jego argumentacją.... i pobiegłam sama :)
Właściwie to miał rację, i mój bieg to miała być zwykła przebieżka, bo wtorek to mój dzień biegania. Miała być... w domu. Bo jak wyszłam, zaczęłam kombinować. Najpierw szło powoli, tempo ok. 5,50, skakanie po kałużach... Jednak pusto dość już o tej godzinie, więc mniej więcej po 500 metrach zeszłam na jezdnię i pomyślałam, że spróbuję szybciej. I tak mi już zostało.
5,16...5,07...4,57...4,52...o wow. Faktycznie, z komfortem to tempo nie miało wiele wspólnego. Wysokie tętno, ale pilnowałam, żeby nie było zadyszki. Fajny, przyczepny, mokry asfalt, muzyka :) Zerkałam na zegarek. Bo na początku myślałam, że jakiś zryw mi pokazuje, że zaraz okaże się, że biegnę 5,30... bo przed samym treningiem to już się strasznie wahałam, biegać, czy iść spac... zmęczona byłam. Ale nie. 4,52 cały czas! Na Kieleckiej, 2,8 km - tempo 4,52... Stara Iwiczna, tempo 4,52... Sękocińska, już mam 4,6 km w nogach i.... nie ma jak biec! ogromne rozlewisko! No to w bok, przez Syrenki do Puławskiej próbuję... nie da się! wielka kaluża po kolana, ech!
A ja już naprawdę mam dość tego nie komfortu! Jednak... szkoda mi było, skoro już tyle biegłam...., zawrotka i Syrenki z powrotem do Mleczarskiej. Wciąż to tempo... Mleczarska to było wyzwanie! Wiało z północy, prosto w twarz, więc żeby utrzymać tempo, musiałam się jeszcze bardziej spiąć! Tory i odcinek remontowanej drogi, na szczęście chodniki już są... chodnik śliski, posypany piaskiem, co rusz kończy się i znów zaczyna, krawężniki po kolana jeszcze... aby do Decathlonu, uff...
Rondo przecięłam po prostu środkiem jezdni, już ostatnia prosta, szybciej, szybciej! Świadomosć, że męka już zaraz się skończy, naprawdę pozwala coś jeszcze z siebie wykrzesać! Na tyle byłam zmotywowana tym tempem, że minęłam dom i pobiegłam dalej :) Żeby dobiec do 7 km, a nie tam, 6 z ogonkiem :)
Wspaniałe samopoczucie zaczęło się natychmiast po biegu. To właśnie tak działa. Bieg był walką z siłą woli. Dasz radę, dasz radę! Nie, no może zwolnić, źle się oddycha.... Nie, dasz radę! To tylko 5 km (bo tyle miało być, gdyby nie ta kałuża...).
Wszystkie inne okoliczności zeszły na dalszy plan. Deszcz, wiatr, nieważne. Byłam tylko ja ze swoją głową i swoimi myślami. I wewnętrzna walka, o przekonanie się, że dam radę szybciej. Bo przecież nie bolały mnie nogi, nic mi fizycznie nie było... poza paskudnym brakiem komfortu na wysokim tętnie!
Jest lepszy czas na 5 km. Jest bieg poniżej 5,00/km..
Uwierzyłam już, ze mogę. Biegłam głową, a reszta mnie po prostu słuchała! :)
Pierwszy raz tak naprawdę pobiegłam w ten sposób podczas biegu na 30 km. To już na końcu, ok. 28 km, kiedy dość szybkie tempo i odległość zrobiły swoje, poczułam, że nie dam rady. A właściwie nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Przełączyłam się wówczas na myślenie, musiałam bardzo mocno się skupić nad utrzymaniem równowagi i tempa. Przekonałam siebie, że dobiegnę :)
Potem... potem były rozmowy o szybkim bieganiu. Tomasz przekonywał, że na pewno mogę biegać szybciej, jeżeli w to uwierzę :) Znów ta głowa. Wiara to nie siła mięśni! Aż spróbowałam....
Plan był na dychę, szybciej. Wcześniej polecono mi zrobić sobie taki trening, niekomfortowa dycha. Czyli, 10 kilometrów w niesprzyjającym tempie :) Zbierałam się na to wczoraj, nawet umówiłam się z Tomaszem, który w momencie gdy ja jestem w niekomfortowym tempie, biegnie zupełnie komfortowo.
Ale spadł deszcz. Padało i padało dość intensywnie. Tomasz stwierdził, że bieg po zalanych ulicach niewiele ma wspólnego z biegiem i zaproponował przełożenie tej strasznej dychy. Zgodziłam się z jego argumentacją.... i pobiegłam sama :)
Właściwie to miał rację, i mój bieg to miała być zwykła przebieżka, bo wtorek to mój dzień biegania. Miała być... w domu. Bo jak wyszłam, zaczęłam kombinować. Najpierw szło powoli, tempo ok. 5,50, skakanie po kałużach... Jednak pusto dość już o tej godzinie, więc mniej więcej po 500 metrach zeszłam na jezdnię i pomyślałam, że spróbuję szybciej. I tak mi już zostało.
5,16...5,07...4,57...4,52...o wow. Faktycznie, z komfortem to tempo nie miało wiele wspólnego. Wysokie tętno, ale pilnowałam, żeby nie było zadyszki. Fajny, przyczepny, mokry asfalt, muzyka :) Zerkałam na zegarek. Bo na początku myślałam, że jakiś zryw mi pokazuje, że zaraz okaże się, że biegnę 5,30... bo przed samym treningiem to już się strasznie wahałam, biegać, czy iść spac... zmęczona byłam. Ale nie. 4,52 cały czas! Na Kieleckiej, 2,8 km - tempo 4,52... Stara Iwiczna, tempo 4,52... Sękocińska, już mam 4,6 km w nogach i.... nie ma jak biec! ogromne rozlewisko! No to w bok, przez Syrenki do Puławskiej próbuję... nie da się! wielka kaluża po kolana, ech!
A ja już naprawdę mam dość tego nie komfortu! Jednak... szkoda mi było, skoro już tyle biegłam...., zawrotka i Syrenki z powrotem do Mleczarskiej. Wciąż to tempo... Mleczarska to było wyzwanie! Wiało z północy, prosto w twarz, więc żeby utrzymać tempo, musiałam się jeszcze bardziej spiąć! Tory i odcinek remontowanej drogi, na szczęście chodniki już są... chodnik śliski, posypany piaskiem, co rusz kończy się i znów zaczyna, krawężniki po kolana jeszcze... aby do Decathlonu, uff...
Rondo przecięłam po prostu środkiem jezdni, już ostatnia prosta, szybciej, szybciej! Świadomosć, że męka już zaraz się skończy, naprawdę pozwala coś jeszcze z siebie wykrzesać! Na tyle byłam zmotywowana tym tempem, że minęłam dom i pobiegłam dalej :) Żeby dobiec do 7 km, a nie tam, 6 z ogonkiem :)
Wspaniałe samopoczucie zaczęło się natychmiast po biegu. To właśnie tak działa. Bieg był walką z siłą woli. Dasz radę, dasz radę! Nie, no może zwolnić, źle się oddycha.... Nie, dasz radę! To tylko 5 km (bo tyle miało być, gdyby nie ta kałuża...).
Wszystkie inne okoliczności zeszły na dalszy plan. Deszcz, wiatr, nieważne. Byłam tylko ja ze swoją głową i swoimi myślami. I wewnętrzna walka, o przekonanie się, że dam radę szybciej. Bo przecież nie bolały mnie nogi, nic mi fizycznie nie było... poza paskudnym brakiem komfortu na wysokim tętnie!
Jest lepszy czas na 5 km. Jest bieg poniżej 5,00/km..
Uwierzyłam już, ze mogę. Biegłam głową, a reszta mnie po prostu słuchała! :)
poniedziałek, 25 maja 2015
O debiutach, walce z tempem i niespodziance
To niedzielne wybieganie wymaga szczególnego opisu. Raz, że wszystko zapowiadało się zupełnie inaczej, dwa, że było zupełnie inaczej :)
Po kolei, to zaczęło się jeszcze w sobotę, kiedy miałam biec tylko z Tomaszem, a on zaczął mi grozić niespodzianką... po tym, co mi zrobił Michał przy interwałach, ja się obawiam takich biegowych obietnic, ale trzymałam fason. Do czasu, aż Kasia się zgłosiła do biegu, więc już nie miałam się czego bać i mogłam odetchnąć z ulgą. Będzie bez niespodzianek, zwykły długi bieg. Ale jeszcze samym wieczorem, zgłosił się Janusz. Janusz, który nigdy nie biegł jeszcze na takim dystansie! Znowu się zaczęłam bać, ale już zupełnie czegoś innego!
Rano nastroje na czacie podłe, niewyspane, ja na rynek, Janusz jest! Zadowolony, pełen energii, z bananem i w nowej koszulce klubowej! Bo chłopaki dzień wcześniej odebrali zamówione koszulki od Mikołaja :) Banan zaraz zniknał, a Janusz pozbył się długiego rękawu spod koszulki, co mu serdecznie doradziłam, wiadomo, ja na krótko. Wiadomo, że na długo lubi Beata, Tomasz i Michał :)
Za chwilę Tomasz, w nowej, klubowej koszulce. I oberwało mi się, bo ja w nieklubowej... Miałam ją nawet założyć, ale pomyślałam, że będzie lepszy efekt stroju chłopaków, jak się nie będę wcinać w swojej... skłamałam coś o praniu. A rację miałam, prezentowali się super!
Kasia, niemożliwie niewyspana, oczy na zapałki.... Startujemy!
No to 3 Maja (tu osiągnelismy największe tempo tego biegu), dróżka, Żabieniec, las.... Z przodu Tomasz, potem lub obok Toma ja, a z tyłu Kasia i Janusz. Kasia jak to ona, konwersowała z Januszem. Ja nie mogłam się oswoić z tempem, raz biegłam z Tomaszem, raz wracałam, raz po środku :)
A Tomasz walczył. Walczył z nieznaną mu prędkością. Walczył na czele, w milczeniu i w samotności.... i myślę, że nie podobało mu się to. Bałam sie odzywać do niego....
Nie zapomniałam w lesie pokazać Kasi moich ukochanych drążków w Zimnych Dołach (pozdrawiam Michała), minęło nas kilku biegaczy, las wilgotny, podeszczowy, nie gorąco, świeżo i porannie...jeszcze trochę i asfalt.
Plan na trasę był inny, miała być powtórka z Czarnowa, ale jednak zdecydowałam, że pobiegniemy przy drogach, cywilizacją. Obawiałam się, że jak Janusz nie podoła trasie, łatwo będzie nas z niej zebrać autem. Oczywiście nie zakładałam, że odpuści. Bardzo obawiłam się ew. kontuzji kolana np..
Trochę poboczem, do Zalesia i się zaczęło.... Najpierw o polityce. Wczoraj był dzień wyborów prezydenckich, więc o politykach i polityce było. O nowej tuszy i energiczności urzędującego prezydenta. O sprycie i imagu kandydata. O braku stresu byłego premiera, co wyraźnie świetnie wpłynęło na jego cerę i odmłodniał 10 lat. Taka miła pogawędka, Janusz wciąż prze do przodu... z tyłu :) Lecimy. Tomasz zwolnił i zaczął nam już na stałe towarzyszyć - wiadomo, Kasi i moje towarzystwo.... bezcenne!
Zapowiedziałam Żabkę, sklep, gdzie moglibyśmy zaopatrzeć się w wodę, prosta przed Żabką, poruszyłyśmy temat W. W jest legendą naszych biegów, a Tomasz dotąd nie został do tej tajemnicy dopuszczony. Tym razem honorowo nie chciał słuchać, ale mu nie odpuściłyśmy... Ja zaczęłam i ew. uzupełniłam, a Kasia... Kasia opowiedziała mu całą historię W. Myślę, że wyraźnie ta opowieść poprawiła mu humor!
No i Żabka....zamknieta!! Nie, no jak Żabka jest zamknieta, znaczy, wielkie święto jest! No nic, na szczęście nie gorąco, Janusz równiutko w tyle, my co jakiś czas zagarniamy go, bieg trwa! Za Zalesiem było o maratonach i półmaratonach. Generalnie, to ja nie jestem w stanie opisać, o ilu biegach było, bo Kasia dużo biega zorganizowanie... Ale tu było o czasie na maratonie, o kalkulacji możliwości, o młodych chłopakach z progresem szybkosci, cały czas o biegu, cmentarz i Jazgarzew. Tu jeszcze po staremu, do rozwidlenia i co dalej?
W oczekiwaniu na Janusza, szybka kalkulacja... mamy 12 km już, ja proponowałam już wracać z ewentualnym dołożeniem kilometrów na uliczkach przy Pomorskiej... Tomasz zaproponował Bobrowiec, do prostego uzupełnienia dystansu... Ja nie znam drogi przez Bobrowiec, ale Tomasz miał prowadzić. Janusz niezmiennie, równym tempem już jest przy nas. Mówi, że kapie mu pot z czapki (?) :) I nie akceptuje naszego tempa konwersacyjnego... Ale czuje się w porządku. To najważniejsze! No to ja mu powiedziałam, że jak tak chce mieć te 20 km, to... będzie miał :) I chociaż nie wiem, co, doholujemy go :)
Decyzja jest, na Bobrowiec. Nowa dla mnie okolica, foty, jak ja biegnę z chłopakami... jak Kasia biegnie z chłopakami... foty z przodu, foty z tyłu - tempo idealne do zrobienia fot! Na przystanku młody chłopak, jakiś żołnierz, w pełnym umundurowaniu polowym, hełm, nakolanniki... wypas! Jeszcze trochę zagadani i chwila oczekiwania na Janusza. Olśniło mnie - Kasia! mogłyśmy sobie fotę z wojakiem zrobić!!! Kurczę, Kasia nawet chętna była wracać, ale oceniłyśmy jednak, że zbyt duża to odległość do tego przystanku....
Janusz zaczął mieć kłopoty z nogami, a dokładnie jakimś pasmem... Tomasz podrzucił kilka przypuszczeń i rad, a do końca biegu jeszcze 5 km. Janusz stwierdził, że sobie poradzi, my, że możemy trochę marszobiegiem, przecież się nie pali.... I jeszcze trochę w tym Bobrowcu, do Jazgazewszczyzny, mały skrót przez pole trawiastą drogą....
Tu się to stało. Tu Tomasz ostatecznie przestał walczyć z tempem. Po prostu. Po prostu odtąd biegł razem z Januszem. My z Kasią nadal szybciej, ale w niedużej odległosci. Oj, Tomasz, ile miłych słów pod Twoim adresem się posypało z naszych ust 100 metrów przed Toba!!
Janusz wrócił do biegu i nawet zaczął konwersację z Tomem! Myślę, że towarzystwo kumpla bardzo mu pomogło zapomnieć o dolegliwościach nóg. Już Piaseczno, Orężna....przez pola widać bloki przy Jarząbka. Janusz! Zobacz, to już tuż tuż! Tomasz przypomniał o bieganiu głową, w razie co... Kasia zasugerowała, że Mikołaj, który mieszka w tamtej okolicy, być może obserwuje nas z dachu... Machamy Mikolajowi! :) :) Jak dzieci..:)! i sklep.
Ja po wodę z Kasią, Kasia jednak nie chce pić, Janusz coś tam wybiera... wychodzę ze sklepu, a Kasia mówi - Patrz!!
A przy sklepie Mikołaj, na swoim bajecznym rowerze, w koszulce klubowej, a jakże! Ale się ucieszyłam, no po protu super niespodzianka!
Zrobiło się bardzo miło. Okazało się, że Mikołaj, który śledził trasę naszego biegu na endomondo, postanowił nas po prostu odwiedzić. Rowerowo. No to pojechał, poszukał i znalazł :)
Wszyscy byli zaskoczeni i zadowoleni z tej niespodzianki. Atmosfera, chociaż cały czas była bardzo dobra, zrobiła się jeszcze bardziej przyjemna. Co prawda Mikołaj mądrzył się, że to kontrola, że jako Prezes... ale wiadomo było, że przyjechał bo nas lubi i nie mógł wytrzymać bez jakiegolwiek uczestnictwa w naszym biegu! :)
Oczywiście, nie odpuściłyśmy z Kasią fot, selfie z Szefem, obowiązkowo, żeby uwiecznić to zdarzenie :) Potem jeszcze kilka fot Mika z rowerem, Mika z rowerem i nami... Mikołaj postanowił nas odprowadzić do Piaseczna :)
Więc układ taki, ja i Kasia czołówka, Janusz i Tomasz - rufa.... A Mikołaj trochę tu, troche tam... ale na rowerze. Najwyraźniej jednak nudziło mu się niebiec, gdy sie nie biegnie, wówczas przychodza do głowy różne głupoty... Mikołaj postanowił NAGRAĆ nasz bieg :)
To było super! Mikołaj, z komórką, w roli filmowca, na rowerze, więc pełna profeska, było w ruchu, najazdy itd.... efekt miałysmy poznać dopiero później, ale o tym za chwilę :)
Orężna zakręt przed torami, skrzyżowanie przy kościele... Tu Mikołaj nas pożegnał. Super, że do nas przyjechał!
Janusz już mocno zmęczony, ale to ostatnie paręset metrów... Janusz do nas dobiega na skrzyżowanie, gdzie pożegnaliśmy Mikołaja...my stoimy a Janusz mija nas biegiem: Lecimy bo zielone! :) No nie, już nie wykorzystał momentu, by się zatrzymać, teraz już wiedział, ze zaraz osiągnie cel. No, to cały czas już tak było... zielone tu!.. zielone tam! Zielona fala, jak zauważył Janusz, ano nie musieliśmy już specjalnie stawać na przejściach....
Wpadamy na rynek, ja 20km, Tomasz 20km, Kasi coś brakuje, robi kółka.... a Janusza nie ma! O masz, nie wybiegł zza rogu, już zaczęliśmy z Tomaszem w tamtą stronę iść... JEST! Janusz właśnie ukończył swój pierwszy, 20 kilometrowy bieg!
ależ duma! Jakaś pani złapana, fota grupowa na ziemi i nad ziemią.... Potem sesja Janusza :) Na siedząco, na leżąco - oj, bo to wyczyn był!
Wszyscy bylismy bardzo zadowoleni, Tomasz uśmiechnięty :)
O walce z tempem było... o niespodziance tez....
Podczas tego biegu naliczyłam masę debiutów.
Najważniejszy i najbardziej spektakularny oraz okupiony największym wysiłkiem był debiut Janusza na 20 km. Gratuluję tego wyczynu! Drugim, małym debiutem Janusza, był pierwszy raz w klubowej koszulce. Ale jaki ten raz! :)
Kasia... Kasia zadebiutowała w ciemnych okularach na głowie na 20 km... ani razu na oczach:) I jako aktorka i modelka filmowa. No chyba że o czymś nie wiem, z Kasi przeszłości... Ja również zadebiutowałam jako aktorka, widziałam film, całkiem dobrze nam to poszło :)
Mikołaj zadebiutował jako filmowiec na rowerze, szczególnie, że robił nagranie komórką... jak się okazało, nagranie posiada również szczegółowy komentarz Mikołaja na temat nas, biegnących :) Drugi debiut Mikolaja, to uczestnictwo na rowerze w klubowym biegu :)
Tomasz! Zadebiutował w nowej koszulce. Bardzo twarzowa i plecowa. Tomasz również zadebiutował w nowym, nieznanym sobie tempie powyżej 6,30.... I musze przyznać, że debiut mu się udał! :)
Film wyszedł bardzo dobrze. Pomijając zwierzęce skojarzenia Mikołaja, ładnie nas omówił. A my z Kasią ładnie na filmie biegniemy :)
Bieg wyszedł długi, trudność polegała na pogodzeniu tempa, na szczęście wszystko dobrze się skończyło. A najlepsze jest to, że tego slow mamy najwięcej fot, wrażeń i przegadanych tematów, niż z jakiegokolwiek dotychczasowego wybiegania! Więc warto czasem odpuścić ciśnienie na wynik, czas... Bo to jest równie przyjemne!
Dziękuję Wam, było super! Kasi za jej towarzystwo, świetnie się z Toba biega. Januszowi za tempo, Tomaszowi...za tempo, a Mikołajowi za niespodzankę!
Po kolei, to zaczęło się jeszcze w sobotę, kiedy miałam biec tylko z Tomaszem, a on zaczął mi grozić niespodzianką... po tym, co mi zrobił Michał przy interwałach, ja się obawiam takich biegowych obietnic, ale trzymałam fason. Do czasu, aż Kasia się zgłosiła do biegu, więc już nie miałam się czego bać i mogłam odetchnąć z ulgą. Będzie bez niespodzianek, zwykły długi bieg. Ale jeszcze samym wieczorem, zgłosił się Janusz. Janusz, który nigdy nie biegł jeszcze na takim dystansie! Znowu się zaczęłam bać, ale już zupełnie czegoś innego!
Rano nastroje na czacie podłe, niewyspane, ja na rynek, Janusz jest! Zadowolony, pełen energii, z bananem i w nowej koszulce klubowej! Bo chłopaki dzień wcześniej odebrali zamówione koszulki od Mikołaja :) Banan zaraz zniknał, a Janusz pozbył się długiego rękawu spod koszulki, co mu serdecznie doradziłam, wiadomo, ja na krótko. Wiadomo, że na długo lubi Beata, Tomasz i Michał :)
Za chwilę Tomasz, w nowej, klubowej koszulce. I oberwało mi się, bo ja w nieklubowej... Miałam ją nawet założyć, ale pomyślałam, że będzie lepszy efekt stroju chłopaków, jak się nie będę wcinać w swojej... skłamałam coś o praniu. A rację miałam, prezentowali się super!
Kasia, niemożliwie niewyspana, oczy na zapałki.... Startujemy!
No to 3 Maja (tu osiągnelismy największe tempo tego biegu), dróżka, Żabieniec, las.... Z przodu Tomasz, potem lub obok Toma ja, a z tyłu Kasia i Janusz. Kasia jak to ona, konwersowała z Januszem. Ja nie mogłam się oswoić z tempem, raz biegłam z Tomaszem, raz wracałam, raz po środku :)
A Tomasz walczył. Walczył z nieznaną mu prędkością. Walczył na czele, w milczeniu i w samotności.... i myślę, że nie podobało mu się to. Bałam sie odzywać do niego....
Nie zapomniałam w lesie pokazać Kasi moich ukochanych drążków w Zimnych Dołach (pozdrawiam Michała), minęło nas kilku biegaczy, las wilgotny, podeszczowy, nie gorąco, świeżo i porannie...jeszcze trochę i asfalt.
Plan na trasę był inny, miała być powtórka z Czarnowa, ale jednak zdecydowałam, że pobiegniemy przy drogach, cywilizacją. Obawiałam się, że jak Janusz nie podoła trasie, łatwo będzie nas z niej zebrać autem. Oczywiście nie zakładałam, że odpuści. Bardzo obawiłam się ew. kontuzji kolana np..
Trochę poboczem, do Zalesia i się zaczęło.... Najpierw o polityce. Wczoraj był dzień wyborów prezydenckich, więc o politykach i polityce było. O nowej tuszy i energiczności urzędującego prezydenta. O sprycie i imagu kandydata. O braku stresu byłego premiera, co wyraźnie świetnie wpłynęło na jego cerę i odmłodniał 10 lat. Taka miła pogawędka, Janusz wciąż prze do przodu... z tyłu :) Lecimy. Tomasz zwolnił i zaczął nam już na stałe towarzyszyć - wiadomo, Kasi i moje towarzystwo.... bezcenne!
Zapowiedziałam Żabkę, sklep, gdzie moglibyśmy zaopatrzeć się w wodę, prosta przed Żabką, poruszyłyśmy temat W. W jest legendą naszych biegów, a Tomasz dotąd nie został do tej tajemnicy dopuszczony. Tym razem honorowo nie chciał słuchać, ale mu nie odpuściłyśmy... Ja zaczęłam i ew. uzupełniłam, a Kasia... Kasia opowiedziała mu całą historię W. Myślę, że wyraźnie ta opowieść poprawiła mu humor!
No i Żabka....zamknieta!! Nie, no jak Żabka jest zamknieta, znaczy, wielkie święto jest! No nic, na szczęście nie gorąco, Janusz równiutko w tyle, my co jakiś czas zagarniamy go, bieg trwa! Za Zalesiem było o maratonach i półmaratonach. Generalnie, to ja nie jestem w stanie opisać, o ilu biegach było, bo Kasia dużo biega zorganizowanie... Ale tu było o czasie na maratonie, o kalkulacji możliwości, o młodych chłopakach z progresem szybkosci, cały czas o biegu, cmentarz i Jazgarzew. Tu jeszcze po staremu, do rozwidlenia i co dalej?
W oczekiwaniu na Janusza, szybka kalkulacja... mamy 12 km już, ja proponowałam już wracać z ewentualnym dołożeniem kilometrów na uliczkach przy Pomorskiej... Tomasz zaproponował Bobrowiec, do prostego uzupełnienia dystansu... Ja nie znam drogi przez Bobrowiec, ale Tomasz miał prowadzić. Janusz niezmiennie, równym tempem już jest przy nas. Mówi, że kapie mu pot z czapki (?) :) I nie akceptuje naszego tempa konwersacyjnego... Ale czuje się w porządku. To najważniejsze! No to ja mu powiedziałam, że jak tak chce mieć te 20 km, to... będzie miał :) I chociaż nie wiem, co, doholujemy go :)
Decyzja jest, na Bobrowiec. Nowa dla mnie okolica, foty, jak ja biegnę z chłopakami... jak Kasia biegnie z chłopakami... foty z przodu, foty z tyłu - tempo idealne do zrobienia fot! Na przystanku młody chłopak, jakiś żołnierz, w pełnym umundurowaniu polowym, hełm, nakolanniki... wypas! Jeszcze trochę zagadani i chwila oczekiwania na Janusza. Olśniło mnie - Kasia! mogłyśmy sobie fotę z wojakiem zrobić!!! Kurczę, Kasia nawet chętna była wracać, ale oceniłyśmy jednak, że zbyt duża to odległość do tego przystanku....
Janusz zaczął mieć kłopoty z nogami, a dokładnie jakimś pasmem... Tomasz podrzucił kilka przypuszczeń i rad, a do końca biegu jeszcze 5 km. Janusz stwierdził, że sobie poradzi, my, że możemy trochę marszobiegiem, przecież się nie pali.... I jeszcze trochę w tym Bobrowcu, do Jazgazewszczyzny, mały skrót przez pole trawiastą drogą....
Tu się to stało. Tu Tomasz ostatecznie przestał walczyć z tempem. Po prostu. Po prostu odtąd biegł razem z Januszem. My z Kasią nadal szybciej, ale w niedużej odległosci. Oj, Tomasz, ile miłych słów pod Twoim adresem się posypało z naszych ust 100 metrów przed Toba!!
Janusz wrócił do biegu i nawet zaczął konwersację z Tomem! Myślę, że towarzystwo kumpla bardzo mu pomogło zapomnieć o dolegliwościach nóg. Już Piaseczno, Orężna....przez pola widać bloki przy Jarząbka. Janusz! Zobacz, to już tuż tuż! Tomasz przypomniał o bieganiu głową, w razie co... Kasia zasugerowała, że Mikołaj, który mieszka w tamtej okolicy, być może obserwuje nas z dachu... Machamy Mikolajowi! :) :) Jak dzieci..:)! i sklep.
Ja po wodę z Kasią, Kasia jednak nie chce pić, Janusz coś tam wybiera... wychodzę ze sklepu, a Kasia mówi - Patrz!!
A przy sklepie Mikołaj, na swoim bajecznym rowerze, w koszulce klubowej, a jakże! Ale się ucieszyłam, no po protu super niespodzianka!
Zrobiło się bardzo miło. Okazało się, że Mikołaj, który śledził trasę naszego biegu na endomondo, postanowił nas po prostu odwiedzić. Rowerowo. No to pojechał, poszukał i znalazł :)
Wszyscy byli zaskoczeni i zadowoleni z tej niespodzianki. Atmosfera, chociaż cały czas była bardzo dobra, zrobiła się jeszcze bardziej przyjemna. Co prawda Mikołaj mądrzył się, że to kontrola, że jako Prezes... ale wiadomo było, że przyjechał bo nas lubi i nie mógł wytrzymać bez jakiegolwiek uczestnictwa w naszym biegu! :)
Oczywiście, nie odpuściłyśmy z Kasią fot, selfie z Szefem, obowiązkowo, żeby uwiecznić to zdarzenie :) Potem jeszcze kilka fot Mika z rowerem, Mika z rowerem i nami... Mikołaj postanowił nas odprowadzić do Piaseczna :)
Więc układ taki, ja i Kasia czołówka, Janusz i Tomasz - rufa.... A Mikołaj trochę tu, troche tam... ale na rowerze. Najwyraźniej jednak nudziło mu się niebiec, gdy sie nie biegnie, wówczas przychodza do głowy różne głupoty... Mikołaj postanowił NAGRAĆ nasz bieg :)
To było super! Mikołaj, z komórką, w roli filmowca, na rowerze, więc pełna profeska, było w ruchu, najazdy itd.... efekt miałysmy poznać dopiero później, ale o tym za chwilę :)
Orężna zakręt przed torami, skrzyżowanie przy kościele... Tu Mikołaj nas pożegnał. Super, że do nas przyjechał!
Janusz już mocno zmęczony, ale to ostatnie paręset metrów... Janusz do nas dobiega na skrzyżowanie, gdzie pożegnaliśmy Mikołaja...my stoimy a Janusz mija nas biegiem: Lecimy bo zielone! :) No nie, już nie wykorzystał momentu, by się zatrzymać, teraz już wiedział, ze zaraz osiągnie cel. No, to cały czas już tak było... zielone tu!.. zielone tam! Zielona fala, jak zauważył Janusz, ano nie musieliśmy już specjalnie stawać na przejściach....
Wpadamy na rynek, ja 20km, Tomasz 20km, Kasi coś brakuje, robi kółka.... a Janusza nie ma! O masz, nie wybiegł zza rogu, już zaczęliśmy z Tomaszem w tamtą stronę iść... JEST! Janusz właśnie ukończył swój pierwszy, 20 kilometrowy bieg!
ależ duma! Jakaś pani złapana, fota grupowa na ziemi i nad ziemią.... Potem sesja Janusza :) Na siedząco, na leżąco - oj, bo to wyczyn był!
Wszyscy bylismy bardzo zadowoleni, Tomasz uśmiechnięty :)
O walce z tempem było... o niespodziance tez....
Podczas tego biegu naliczyłam masę debiutów.
Najważniejszy i najbardziej spektakularny oraz okupiony największym wysiłkiem był debiut Janusza na 20 km. Gratuluję tego wyczynu! Drugim, małym debiutem Janusza, był pierwszy raz w klubowej koszulce. Ale jaki ten raz! :)
Kasia... Kasia zadebiutowała w ciemnych okularach na głowie na 20 km... ani razu na oczach:) I jako aktorka i modelka filmowa. No chyba że o czymś nie wiem, z Kasi przeszłości... Ja również zadebiutowałam jako aktorka, widziałam film, całkiem dobrze nam to poszło :)
Mikołaj zadebiutował jako filmowiec na rowerze, szczególnie, że robił nagranie komórką... jak się okazało, nagranie posiada również szczegółowy komentarz Mikołaja na temat nas, biegnących :) Drugi debiut Mikolaja, to uczestnictwo na rowerze w klubowym biegu :)
Tomasz! Zadebiutował w nowej koszulce. Bardzo twarzowa i plecowa. Tomasz również zadebiutował w nowym, nieznanym sobie tempie powyżej 6,30.... I musze przyznać, że debiut mu się udał! :)
Film wyszedł bardzo dobrze. Pomijając zwierzęce skojarzenia Mikołaja, ładnie nas omówił. A my z Kasią ładnie na filmie biegniemy :)
Bieg wyszedł długi, trudność polegała na pogodzeniu tempa, na szczęście wszystko dobrze się skończyło. A najlepsze jest to, że tego slow mamy najwięcej fot, wrażeń i przegadanych tematów, niż z jakiegokolwiek dotychczasowego wybiegania! Więc warto czasem odpuścić ciśnienie na wynik, czas... Bo to jest równie przyjemne!
Dziękuję Wam, było super! Kasi za jej towarzystwo, świetnie się z Toba biega. Januszowi za tempo, Tomaszowi...za tempo, a Mikołajowi za niespodzankę!
piątek, 22 maja 2015
O chaosie, bezkrólewiu i braku mysli przewodniej
Pisanie relacji jest bardzo proste, o ile mam myśl przewodnią. Czyli jest motyw, zdarzenie, cel, cokolwiek podczas biegu, co potem wraca w pamieci szczególnie często.
Tym razem w zasadzie wracają mi ciastki, ale przy relacji z biegu na ciastki nie powinno poświęcać się za dużo treści, chociaż na pewno o nich wspomnę. A poza ciastkami, myśl przewodnia jest taka, że.... nie ma myśli przewodniej.
Bo bałagan był wczoraj. Od rana w zasadzie, bo nie wiem, jakim cudem, jak na to pozwoliłam, że przed 16:00 kupiłam rabarbar, żeby zrobić dla grupy muffiny rabarbarowo-cynamonowe z kruszonką... :) Na dodatek, zrobiłam je i zabrałam na bieg... Nie powiem, miałam dobry doping!
Grupa 8 osób, w tym od dawna niewidziana Monika, Misiek w nowych szelkach :) Upewniłam się, że auto zamkniete, w koncu ciastki na siedzeniu.... Ruszyliśmy!
Kasia miała biegać dokładnie, więc na początek skupilysmy się z tyłu, dołaczyła Asia i zaczęłysmy obgadywać grupę. Nogi Moniki, kolor koszulek Tomasza i Beaty, interwały Mikolaja z psem... Michała tylko chyba oszczędzilysmy, za daleko z przodu był.
Na zbiegu do stadionu Kasia się rozpedzila i dogoniłysmy czołówkę, czyli Tomasza i Michała... jeszcze raz opowiedziałam Kasi o zdarzeniu z dzikami i pobiegłyśmy pierwsze... takie lekkie, gadu, gadu, mostek.... i miejsce, które boleśnie wspominam, chodnik z latarniami :) Michał wiedział, co mi przypominaja latarnie, jak go spytalam :)
Rozciągnęlismy się w Żabieńcu. Ja w czołówce z Michałem, bo o ten plastik do motoru się martwię... :) Było o motorze, o stopie, o ciągnikach górskich, o niedomknietych karetkach i lekarzach-motocyklistach.... O zamroczeniu, odpowiednim stroju i braku kolejek w szpitalu :)
Za nami Tomasz, zagaiłam uprzejmie, ale nie chciał ze mną rozmawiać. On woli ze mną korespondować.... :) Coś o pobudkach było, ale zaraz dobieglismy do torów i nastąpiła pierwsza zmiana, która prowadzila do chaosu.
Okazało się, że zmienimy trasę. Monika, po kontuzji i Mikołaj, z nadwyrężoną niedzielnym biegiem nogą, woleli skrócić swój bieg, dla bezpieczeństwa, więc ustaliśmy szybko, że pobiegniemy na Górki Szymona, gdzie można biegać wokół stawu, a Mik z Moniką powolutku sobie odbiegną na rynek.
Przez groblę, przepust, pół kółka wokół stawu i Mikołaj z Moniką pobiegli. Zapanowało bezkrólewie... i chaos! Na początku jeszcze resztki dyscypliny, ale brak Prezesa zrobił swoje....
Michał i Tomasz pobiegli na interwał, ja z Kasią na pogawedkę, Asia z Beatą też, tylko inną i nieco wolniejszą :)
Dwójkami wokół stawu. Każda gdzie indziej, w innym tempie i na inny temat. bałagan!
Obgadałyśmy naszych sprinterów, bardzo pozytywnie, popodziwiałysmy ich prędkość, nogi.... Dziewczyn nie obgadywałysmy, żeby nie było przypadkiem wzajemnosci... :)
Jedno kółko, kolejne.... Kasia mnie przestraszyła, sądziłam że pies jakiś na mnie skacze... a to chłopaki skończyli interwał :) Co ja mam po tych dzikach, ledwo cień i podskakuję ze strachu....
Było o niedzieli znów... o tych 30 km, głodzie w trakcie i nieprzerwanym jedzeniu po.... o pieczywie ryżowym i glutenie.... o tym, że nigdy więcej (Michał sciemnia, wiem, że chce jeszcze), o tempie i moich znajomościach z nadwiślańskimi rolnikami i ich farbowaną trzodą...
Dobieglismy do dziewczyn, Beaty i Asi i zebralismy sie na powrót na rynek. Skończył się chaos, znów była grupa :) Więc całą szerokoscia ulicy, w tempie konwersacyjnym... chociaż nie wiem, o czym było. Jakoś tam przodem trochę biegłam i się zamyślilam, coś o drodze przy Jeziorce mnie dolecialo i pasie ochronnym rzek...
Michał mnie dogonił, było trochę o zegarkach do biegania, o bieganiu bez endo, bardzo miło mi się rozmawiało, reszta coraz bardzej w tyle, a tu.... wiadukt :) Zaczęlam kontrolować sytuację, gdzie jest Tomasz? Był za daleko. Ale miałam obok Michała i sądzilam, że porwie się ze mną na ten wiadukt. Jeszcze zawołałam Tomasz! w tył, ale tak daleko był, że pewnie nie słyszał... i pobiegłam na wiadukt. Michał się tylko zaśmiał i w ogóle nie pobiegł szybciej!
Ale ja lubie wiaduktową tradycję, wbiegłam pieknie i zaczęłam się rozpędzać w dół! Tomasz tylko mi mignął, biegł jak błyskawica, on mnie zdążył dogonić, przegonić i teraz zwiewał mi w dół, ponaglając, mało tego, przez chwilę tyłem biegł, żeby mnie ponaglić :) ... w tym tempie mojego pędzącego zbiegu!!! Powiedział, że jeszcze tylko do spowalniacza, więc jeszcze się spięlam, chociaż już słabo było :)
Ach, moje ulubione zbiegi z wiaduktu! Dziewczyny mi potem powiedziały, że Tomasz się czaił na ten zbieg. A tak mi wypominał tę tradycję :) Z Tomaszem się bardzo dobrze zbiega, bo on jest niemożliwie szybki!
Za sekundę Michał był, on też uległ w końcu tradycji zbiegu, mimo, że nie podjął się ze mna rozpędu przed.... :) I wszyscy znów w grupie, gadu, gadu, do stadionu i oczywiście podbieg na 3 Maja. Zaczęłam się rozpedzać... zaprosilam Kasię, ale ona nie, nie, a Michał znów się zaśmiał. Nie wiem, dlaczego, kiedy rozpoczynam zbiegi i podbiegi, w Michale wzbudza to niepohamowaną radość :) ale się dopytam...
Na górce stanęlam, zebrać się do kupy, i ruszylam znów z Michałem i Kasią. Obgadalismy prędkość Tomasza, już za późno, zamówienie poszło, bo był pomysł na zmianę jego napisu na koszulce klubowej... na coś w szybkoscią, wiatrem, ew. strusiem...
Jeszcze troche, do rynku. Trójkami :) U mnie, Kasi i Michała było o wstydzie, o pokonywaniu słabości, bardzo pozytywnie na koniec. I już rynek, a tam niespodzianka, Mikołaj na nas czeka! :)
Monika już poszła, Mikołaj i Dorota też juz dawno mogli pójść, ale poczekali. Tym samym skończyło się bezkrólewie! :) Pobiegłam po ciastki!
Ciastki smakowały :)
Było ich o wiele więcej niż nas, więc mozna było zjeść więcej niż jedno. Tego jeszcze nie było, zajadanie ciastek, siedzenie na ławce.... I wyszła z tego sesja :) My na ławce, chłopaki z tyłu, pies mi ucho liże.... odpowiednia ekspozycja nóg, poprawa fryzur (ja nie, czapka) - Kasia nowy look od wczoraj...
Zrobiło sie przesympatycznie. Nawet Prezes zrobil chwilę wcześniej rekonesans w pobliskich knajpkach, na szczęście zamykano... bo taki fajny bieg, zmienił sie w towarzyskie spotkanie, a knajpa... by nas pochłonęła :)
Mik już pojechał z Dorotą. My tak jeszcze trochę... nie za zimno było, wiadomo, że czas już, ale było sympatycznie jeszcze kilka słów zamienić :)
Zresztą, tak naprawdę czwartki trwają dłużej... przy kompie! Bo trzeba rozeslać foty... pokomentować :) I znów w piatek ciężej wstać!
Bardzo dziękuję Wam za bieg!
Tym razem w zasadzie wracają mi ciastki, ale przy relacji z biegu na ciastki nie powinno poświęcać się za dużo treści, chociaż na pewno o nich wspomnę. A poza ciastkami, myśl przewodnia jest taka, że.... nie ma myśli przewodniej.
Bo bałagan był wczoraj. Od rana w zasadzie, bo nie wiem, jakim cudem, jak na to pozwoliłam, że przed 16:00 kupiłam rabarbar, żeby zrobić dla grupy muffiny rabarbarowo-cynamonowe z kruszonką... :) Na dodatek, zrobiłam je i zabrałam na bieg... Nie powiem, miałam dobry doping!
Grupa 8 osób, w tym od dawna niewidziana Monika, Misiek w nowych szelkach :) Upewniłam się, że auto zamkniete, w koncu ciastki na siedzeniu.... Ruszyliśmy!
Kasia miała biegać dokładnie, więc na początek skupilysmy się z tyłu, dołaczyła Asia i zaczęłysmy obgadywać grupę. Nogi Moniki, kolor koszulek Tomasza i Beaty, interwały Mikolaja z psem... Michała tylko chyba oszczędzilysmy, za daleko z przodu był.
Na zbiegu do stadionu Kasia się rozpedzila i dogoniłysmy czołówkę, czyli Tomasza i Michała... jeszcze raz opowiedziałam Kasi o zdarzeniu z dzikami i pobiegłyśmy pierwsze... takie lekkie, gadu, gadu, mostek.... i miejsce, które boleśnie wspominam, chodnik z latarniami :) Michał wiedział, co mi przypominaja latarnie, jak go spytalam :)
Rozciągnęlismy się w Żabieńcu. Ja w czołówce z Michałem, bo o ten plastik do motoru się martwię... :) Było o motorze, o stopie, o ciągnikach górskich, o niedomknietych karetkach i lekarzach-motocyklistach.... O zamroczeniu, odpowiednim stroju i braku kolejek w szpitalu :)
Za nami Tomasz, zagaiłam uprzejmie, ale nie chciał ze mną rozmawiać. On woli ze mną korespondować.... :) Coś o pobudkach było, ale zaraz dobieglismy do torów i nastąpiła pierwsza zmiana, która prowadzila do chaosu.
Okazało się, że zmienimy trasę. Monika, po kontuzji i Mikołaj, z nadwyrężoną niedzielnym biegiem nogą, woleli skrócić swój bieg, dla bezpieczeństwa, więc ustaliśmy szybko, że pobiegniemy na Górki Szymona, gdzie można biegać wokół stawu, a Mik z Moniką powolutku sobie odbiegną na rynek.
Przez groblę, przepust, pół kółka wokół stawu i Mikołaj z Moniką pobiegli. Zapanowało bezkrólewie... i chaos! Na początku jeszcze resztki dyscypliny, ale brak Prezesa zrobił swoje....
Michał i Tomasz pobiegli na interwał, ja z Kasią na pogawedkę, Asia z Beatą też, tylko inną i nieco wolniejszą :)
Dwójkami wokół stawu. Każda gdzie indziej, w innym tempie i na inny temat. bałagan!
Obgadałyśmy naszych sprinterów, bardzo pozytywnie, popodziwiałysmy ich prędkość, nogi.... Dziewczyn nie obgadywałysmy, żeby nie było przypadkiem wzajemnosci... :)
Jedno kółko, kolejne.... Kasia mnie przestraszyła, sądziłam że pies jakiś na mnie skacze... a to chłopaki skończyli interwał :) Co ja mam po tych dzikach, ledwo cień i podskakuję ze strachu....
Było o niedzieli znów... o tych 30 km, głodzie w trakcie i nieprzerwanym jedzeniu po.... o pieczywie ryżowym i glutenie.... o tym, że nigdy więcej (Michał sciemnia, wiem, że chce jeszcze), o tempie i moich znajomościach z nadwiślańskimi rolnikami i ich farbowaną trzodą...
Dobieglismy do dziewczyn, Beaty i Asi i zebralismy sie na powrót na rynek. Skończył się chaos, znów była grupa :) Więc całą szerokoscia ulicy, w tempie konwersacyjnym... chociaż nie wiem, o czym było. Jakoś tam przodem trochę biegłam i się zamyślilam, coś o drodze przy Jeziorce mnie dolecialo i pasie ochronnym rzek...
Michał mnie dogonił, było trochę o zegarkach do biegania, o bieganiu bez endo, bardzo miło mi się rozmawiało, reszta coraz bardzej w tyle, a tu.... wiadukt :) Zaczęlam kontrolować sytuację, gdzie jest Tomasz? Był za daleko. Ale miałam obok Michała i sądzilam, że porwie się ze mną na ten wiadukt. Jeszcze zawołałam Tomasz! w tył, ale tak daleko był, że pewnie nie słyszał... i pobiegłam na wiadukt. Michał się tylko zaśmiał i w ogóle nie pobiegł szybciej!
Ale ja lubie wiaduktową tradycję, wbiegłam pieknie i zaczęłam się rozpędzać w dół! Tomasz tylko mi mignął, biegł jak błyskawica, on mnie zdążył dogonić, przegonić i teraz zwiewał mi w dół, ponaglając, mało tego, przez chwilę tyłem biegł, żeby mnie ponaglić :) ... w tym tempie mojego pędzącego zbiegu!!! Powiedział, że jeszcze tylko do spowalniacza, więc jeszcze się spięlam, chociaż już słabo było :)
Ach, moje ulubione zbiegi z wiaduktu! Dziewczyny mi potem powiedziały, że Tomasz się czaił na ten zbieg. A tak mi wypominał tę tradycję :) Z Tomaszem się bardzo dobrze zbiega, bo on jest niemożliwie szybki!
Za sekundę Michał był, on też uległ w końcu tradycji zbiegu, mimo, że nie podjął się ze mna rozpędu przed.... :) I wszyscy znów w grupie, gadu, gadu, do stadionu i oczywiście podbieg na 3 Maja. Zaczęłam się rozpedzać... zaprosilam Kasię, ale ona nie, nie, a Michał znów się zaśmiał. Nie wiem, dlaczego, kiedy rozpoczynam zbiegi i podbiegi, w Michale wzbudza to niepohamowaną radość :) ale się dopytam...
Na górce stanęlam, zebrać się do kupy, i ruszylam znów z Michałem i Kasią. Obgadalismy prędkość Tomasza, już za późno, zamówienie poszło, bo był pomysł na zmianę jego napisu na koszulce klubowej... na coś w szybkoscią, wiatrem, ew. strusiem...
Jeszcze troche, do rynku. Trójkami :) U mnie, Kasi i Michała było o wstydzie, o pokonywaniu słabości, bardzo pozytywnie na koniec. I już rynek, a tam niespodzianka, Mikołaj na nas czeka! :)
Monika już poszła, Mikołaj i Dorota też juz dawno mogli pójść, ale poczekali. Tym samym skończyło się bezkrólewie! :) Pobiegłam po ciastki!
Ciastki smakowały :)
Było ich o wiele więcej niż nas, więc mozna było zjeść więcej niż jedno. Tego jeszcze nie było, zajadanie ciastek, siedzenie na ławce.... I wyszła z tego sesja :) My na ławce, chłopaki z tyłu, pies mi ucho liże.... odpowiednia ekspozycja nóg, poprawa fryzur (ja nie, czapka) - Kasia nowy look od wczoraj...
Zrobiło sie przesympatycznie. Nawet Prezes zrobil chwilę wcześniej rekonesans w pobliskich knajpkach, na szczęście zamykano... bo taki fajny bieg, zmienił sie w towarzyskie spotkanie, a knajpa... by nas pochłonęła :)
Mik już pojechał z Dorotą. My tak jeszcze trochę... nie za zimno było, wiadomo, że czas już, ale było sympatycznie jeszcze kilka słów zamienić :)
Zresztą, tak naprawdę czwartki trwają dłużej... przy kompie! Bo trzeba rozeslać foty... pokomentować :) I znów w piatek ciężej wstać!
Bardzo dziękuję Wam za bieg!
środa, 20 maja 2015
Interwały zrobione!
Motywem przewodnim działania, jest cel. Cel zawsze musi być trochę ponad obecne mozliwości, bo nalezy do niego dążyć.
No, to dażę.
Już nie jest moim celem osiąganie konkretnej odległości... juz to mam! Zmierzyłam się z 5, 10, 15, 20, 25, 30 km. Mogę! Biegam od 10 miesięcy i mam aż tyle. Mam juz pakiet na maraton we wrześniu.....
Teraz szukam... techniki. Techniki szybkosci, wytrzymania, nie zarżniecia się :)
Jeszcze niedawno przewodnim celem na endomondo była ilość kilometrów. Im więcej, tym lepiej. Teraz.... wolę jakość! Czyli zadania. Czyli pracę...
Interwały sa trudne. Świadomie wprowadza sie człowiek w stan ogromnego wysiłku przerywając to momentami odpoczynku :) Pokazano mi, jak ćwiczyć. Klęłam po pierwszym razie. Potem poszłam sama, skląć się :) Znów poszłam... Bo to wciaga.
Jestes rozgrzany, masz odcinek, pedzisz, nie możesz już złapac tchu, wiesz mniej więcej, kiedy skończysz... latarnia, drzewo, zegarek, masz cel. I kończysz, trucht lub marsz, odzyskujesz oddech, prawie jest juz ok, a tu kolejny pęd!
Potem sie zaczyna liczenie. Jeszcze 6-8, jeszcze trochę, juz połowa, jeszcze dwa.... A coraz wolniej wraca oddech i coraz trudniej sie pogodzić z tym, że sie za chwilę będzie pędziło...
I koniec! Nogi ok, wszystko ok, a oddechu brak. Ale wiadomo, koniec już! I biegniesz do domu, 1-2-3 kilometry. Na uspokojenie. A zegarek.... pokazuje prędkosci dotychczas nieznane, ten interwałowy pęd nie ustaje szybko :)
To prawda, że interwały daja szybko wyniki. Dlatego bedę je popełniać, mimo, że w trakcie, ich nienawidzę :)
No, to dażę.
Już nie jest moim celem osiąganie konkretnej odległości... juz to mam! Zmierzyłam się z 5, 10, 15, 20, 25, 30 km. Mogę! Biegam od 10 miesięcy i mam aż tyle. Mam juz pakiet na maraton we wrześniu.....
Teraz szukam... techniki. Techniki szybkosci, wytrzymania, nie zarżniecia się :)
Jeszcze niedawno przewodnim celem na endomondo była ilość kilometrów. Im więcej, tym lepiej. Teraz.... wolę jakość! Czyli zadania. Czyli pracę...
Interwały sa trudne. Świadomie wprowadza sie człowiek w stan ogromnego wysiłku przerywając to momentami odpoczynku :) Pokazano mi, jak ćwiczyć. Klęłam po pierwszym razie. Potem poszłam sama, skląć się :) Znów poszłam... Bo to wciaga.
Jestes rozgrzany, masz odcinek, pedzisz, nie możesz już złapac tchu, wiesz mniej więcej, kiedy skończysz... latarnia, drzewo, zegarek, masz cel. I kończysz, trucht lub marsz, odzyskujesz oddech, prawie jest juz ok, a tu kolejny pęd!
Potem sie zaczyna liczenie. Jeszcze 6-8, jeszcze trochę, juz połowa, jeszcze dwa.... A coraz wolniej wraca oddech i coraz trudniej sie pogodzić z tym, że sie za chwilę będzie pędziło...
I koniec! Nogi ok, wszystko ok, a oddechu brak. Ale wiadomo, koniec już! I biegniesz do domu, 1-2-3 kilometry. Na uspokojenie. A zegarek.... pokazuje prędkosci dotychczas nieznane, ten interwałowy pęd nie ustaje szybko :)
To prawda, że interwały daja szybko wyniki. Dlatego bedę je popełniać, mimo, że w trakcie, ich nienawidzę :)
Jak rozpoznać biegacza
Wiadomo jak wygląda biegacz - w biegu. Strój sportowy, pot, większy oddech.... na głowie czapka lub nie.
90% osób, z którymi biegam, nigdy nie widziałam w innym wydaniu, nie licząc tych, których znałam najpierw prywatnie. Ale osoby, które znam wyłącznie biegowo, zupełnie nie mają dla mnie postaci "cywilnej", nie wyobrażam sobie tego i nie zamierzam... Emotikon smile
Zdarzyło się, że niektórych znajomych biegaczy spotkałam "poza" biegiem - np. w markecie. I to jest zawsze dla mnie wielkie zaskoczenie. Okazuje się, że wyglądają zupełnie inaczej, niż podczas biegania Emotikon smile - naprawdę mają "cywilną" wersję Emotikon smile
Takie zaskoczenie można zrozumieć, ale w ślad za tym zaczęłam się zastanawiać, jak w osobie "cywilnej" rozpoznać biegacza?
Sądziłam, że osoby, które stoją przy półkach z butami biegowymi w sklepie sportowy, to muszą być biegacze. Ale nie, to nie takie proste... trzeba jeszcze posłuchać rozmów Emotikon smile Ci co wybierają buty "ładne", biegaczami nie są, raczej biegacze buty "macają", oglądają każdy detal i jeszcze robią przebieżki wzdłuż półek...
No dobra, a jak rozpoznać biegacza w innym miejscu? W parkach, na ulicach jeszcze można typować... bo o ile już ludzie nie zwracają uwagi na biegnących biegaczy, to biegacze "po cywilnemu" już tak.... Oceniają wszystko, ubiór, tempo, poziom zadyszki... i w zasadzie oglądają się za biegaczem, z zazdrości, że akurat sami nie biegną Emotikon smile
W centrum handlowym, kinie, restauracji... już bym się nie podjęła. No bo, biegacze nie mają wspólnej zewnętrznej cechy. Ani wiek, płeć, tusza, postura nie determinuje ani nie wyklucza faktu bycia biegaczem.
Ale ostatnio rozpoz
Rozbiegałam moje biedne nogi po niedzieli....
Skończyłam w samo południe.... Witaj lato!
Wnioski:
- cudowne uczucie rozluźnienia łydek. Pierwszy kilometr trudny, ale potem już bajka. Jak radził Tomasz, wolno, chociaż pewnie wolniej powinno być. I pewnie dłużej, ale nie mam czasu, jestem w pracy Emotikon smile
- gorąco! 24 stopnie, oj ostatni raz w tej temperaturze biegałam rok temu, znacznie wolniej i znacznie krótszy dystans..... dramat! Spociłam się jak świnia Emotikon smile Emotikon smile
- woda! że też na półgodzinnym biegu tak mi się chciało pić!
- cudowne uczucie rozluźnienia łydek. Pierwszy kilometr trudny, ale potem już bajka. Jak radził Tomasz, wolno, chociaż pewnie wolniej powinno być. I pewnie dłużej, ale nie mam czasu, jestem w pracy Emotikon smile
- gorąco! 24 stopnie, oj ostatni raz w tej temperaturze biegałam rok temu, znacznie wolniej i znacznie krótszy dystans..... dramat! Spociłam się jak świnia Emotikon smile Emotikon smile
- woda! że też na półgodzinnym biegu tak mi się chciało pić!
Dzień trzeci po gonitwie na 30 km.....
Zakwasy w rozkwicie. Ja to dziwna jestem, nie na drugi, a na trzeci dzień zakwasy są w pełnej krasie. Typowe, kłujące, rasowe dziś, nie przyczajone i mdłe, jak wczoraj
Emotikon smile
Kwalifikują się stanowczo na dzisiaj do wybiegania!
Ciekawe, jak będzie po maratonie...Emotikon wink
(Nie chodzę dzisiaj po schodach.)
Refleksja na drugi dzień....
Nogi czuję, ale na akceptowalnym poziomie. Schody ok.
Czułam się gotowa na 30 km i podejrzewałam, że będę w lepszym stanie, ale najwyraźniej kluczową rolę dla dzisiejszego samopoczucia stanowiło tempo. Gdyby to było 6.30, pewnie bym nic nie odczuła.
Ale, nie ma co gdybać, każda łydka z osobna i obie razem mile mi dzisiaj przypominają wczorajszy wyczyn.
I o to chodzi! Emotikon smile
niedziela, 17 maja 2015
Mam(y) tę moc!
Dzisiaj był debiut na 30 km! Nas wszystkich debiut, Michała, Tomasza i mój.
Bieg był długi, więc i relacja nie będzie w dwóch zdaniach :)
Żarciki na czacie, wino, wiśnie, kobiety i śpiew no i zdeklarowałam tempo 5:30 na dzisiejszy bieg :) Oj no co, upojona byłam niebieganiem przez 3 dni!
Wcześnie spać, budzik na 5:45, syn mnie wyręczył o 4:30.... jakoś go ululałam, ale z mojego spania pozostała taka słaba drzemka. Wstałam w końcu 5 minut przed budzikiem, wyskoczyłam na balkon - ciepło, chociaż pochmurno. Kawka, bułka z nutellą, pałaszuję, zerkam za okno.... deszcz!
Taki fatalny, smagany wiatrem! No pięknie, to ja tyle czekałam na te 30 km, a tu będzie mokro i zimno... Tomasz wrzucił na FB prognozę z radą cieplejszego odziania się. Wiadomo, że ja ciepło nie lubię. Ale wiatrówkę wzięłam.
W oczekiwaniu na chłopaków w aucie, byłam przerażona, deszcz bębnił w dach... no, trudno. 7:00, wychodzę, nie pada :) jest Michał - z piciem, jest Tomasz - bez picia. Lecimy.
Rządził Tomasz. Ustalił trasę na 30 km. Tak sobie wykombinował, że nie było opcji "nie dać rady" i skończyć wcześniej. Kończysz wczesniej, zostajesz w polu :)
Pierwsze dwa kilometry były przywoite, tempo ok. 6. Oczywiście zaraz mi wypomniano moje deklarowane 5.30, ale przypomniałam, że muszę się rozgrzać. No, to się rozgrzałam, a potem... było coraz szybciej!
Tu jeszcze była konwersacja.... o butach i amortyzacji. O modelach zeszłorocznych i butach startowych. O rozmiarach (butów). Potem o zegarkach. O garminie Mikołaja i garminach bez paska, ale nie wiem w końcu o co chodzi z tym brakiem paska, dla mnie bez paska to cebula dziadka może
być na łańcuszku, ale najwyraźniej się nie znam.
Pierwsze 5 kilometrów to nawet nie wiem, kiedy zleciało. Tempo szalone. 5.09, 5.11.... Musiałam stopować. No, bo jak zwykle, miało być 5.30, a tu... Tomasz oczywiście mnie pouczył, że ŚREDNIE.... Szybka kalkulacja... no tak, pohasamy 10 km koło 5.0, potem zakręcimy się koło 6 drugą dychę... a ostatnia, naszym nogom nieznana dycha pewnie koło 6.30 będzie... Jakże sie mylilam!!
Chylice, Od Lasu, droga do wsi Obory. Wieeelki zbieg, ale nie dalismy się ponieść, rozsądnie było, z tym że ten kilometr wyszedł coś koło 5.16....ŚREDNIO :)
Obory, stadion, zakręt i... droga. Prosta po horyzont. Taka, jak w motywatorach biegowych - "tylko Ty i droga"... "biegnij"... "Pobiegałbyś?"... Coś pieknego!
Michał upomniał się o fotę. No tak, foty powinny być, ale w tym szalonym pędzie nie bardzo wiedziałam jak sie za to zabrać :)
Jest fota. Dalej... 4 kilometry prostej, najpierw lasek, potem żółte pola, potem zaorane pola i pęd! Jest, 13 km i wał. Kawałeczek wałem, oj, nierówno, grunt, za chwilę piękna, wąska asfaltówka pod wałem. Pojawili sie biegacze, rowerzyści. Z prawej wysoki wał, z lewej pola.
Przed nami stadko dzików. Biegły dwa dorosłe z masą warchlaków! Zaczęlam wyciągać komórkę, żeby zrobić fotę! Aż stanęlismy! Nie zdążylam... Przebiegły nam drogę w przyzwoitej odległości i wbiegły na wał. Dzikie maciory z młodymi, no, niepokojące, ale jakże piekne to było! Przez chwilę.... Bo okazało się, że kolejne stadko, dwa ogromne dziki i znów z biegającym miotem lecą przez pola.... wprost na nas!!
Nie zastanawialismy się, zaczelismy po prostu biec. Żeby zejść im z drogi. A one galopowały, ja to nawet miałam wrażenie, że zaczeły na ukos na nas biec.... One biegły, i my też, alez było straszne! Jeszcze cos uciekając wspomniałam, że niczego się nie boję... Z naprzeciwka minęło nas dwóch rowerzystów, zwolniłam. Skoro oni jadą w stronę dzików, my już jesteśmy bezpieczni. A dziki sobie w koncu poleciały i rowerzyści przeżyli :)
Uff, trauma została, wybiegając zza każdej kepy drzew sprawdzaliśmy, czy z pól nie biegną dziki. Dzika fobia po prostu :)
Ciszyca i koniec drogi przy wale. Mamy 17 km w nogach, pierwsza przerwa. Na rozciąganie i picie. To znaczy Michał miał przerwę na picie :) Z tym piciem to wyszło tak, że liczylismy na rowerowy transport wody. Ostatecznie Tomasz postanowił nawodnić się na zapas, ja wziąć bukłaczek. A po drodze liczylismy na sklepy. Było ich, pełno nawet, tylko pozamykane :)
Więc ja w koncu bez wody, Tomasz też, Michał podzielił się swoim dopalaczem, skorzystałam i dalej. O, to był bolesny start. Kolana krzyczały, ale powoli rozbujalismy się, na wciąż cholernie szaleńcze na tym etapie dla mnie, tempo. No, wersja była taka, ze pomimo, ze Tomasz rządzi, bo zna trasę, tempo ustalam ja. Czyli, teoretycznie, na mnie spoczywa odpowiedzialność za wynik. A ja... marzyłam o złamaniu 3 godzin :) czyli średniej 6.0.
Dobrze się już rozpędziliśmy, zatrzymuje nas kobieta w osobówce (a my w Ciszycy, przypominam) i pyta czy dobrze jedzie na .... Tarczyn :) :) Zdębielismy. Tarczyn leży milion km stad po drodze Warszawa-Radom, a ona na wał jedzie głeboka wsią i pyta o Tarczyn!!! Tomasz podjął się tłumaczenia, gdzie ten Tarczyn jest. A ja byłam w takim szoku, ze próbowalam ustalić z Michałem, gdzie lezy Tarczyn.... Pojechała. Wciąż pozostały wątpliwosci, dokad ona chciała jechać, czy może jest więcej Tarczynów na świecie, jak przytomnie zauwazył Michał, albo może chodzilo o Słomczyn...
Habdzin, Opacz.... zaczęłam wymiekać. Jeszcze miałam zryw po 19 km, bo pachniało mi życiówką na 21K, ale w końcu, po wspólnych, baaardzo mozolnych obliczeniach, ile od 19400 M jest do 21097M i biorąc pod uwagę aktualny czas i prognozowane tempo.... odpuściłam :)
Było coraz gorzej... po 22 km padałam na pysk, ale wstyd było sie przyznać. Brakowało mi tchu. A oni stukali nogami rytmicznie...
Na moje wielkie, ogromne szczęście, wbieglismy do Konstancina i rondo. Ach, jak już niedaleko! Jeszcze koło 8 KM! Może trudno w to uwierzyć, ale dało mi to trochę siły. Park Zdrojowy, alejki, punkt widokowy nad stawem, ja stop. Nie, no nie mogę. Rozciąganie, oddychanie. Tomasz dał mi nadzieję, na sklep z wodą. Michał, ach Michał, wyglądał jakby dopiero wstał! Oj, jak ciężko ruszyć!
Tężnie, alejki, kluczymy, Tomasz nas prowadzi i... Tomasz się przewraca na skręcie alejki! Co jak co, ale zrobił to fachowo. Nie gruchnął o ziemię, a przetoczył się celowo. Ciekawe, czy w wojsku był... Okazało się, że nic mu nie jest, poza porządnym okurzeniem się. Całe szczęście!!! chwila przerwy, Tomasz sprawdził swoje kosci, kostki i kosteczki, upewnił się, że jest ok i pobieglismy dalej, uliczkami Konstancina.
Już nic nie mówilam... Tempo, no o czym tu, wciąż szalone!
Michał zauważył sklep. Musiałam. 250 ml niegazowanej wody ze szklanej butelki. Wypilam w ułamku sekund i dalej, dalej....
Było całkiem nieźle jeszcze chwilę, zakręt, i ostatnia prosta do Sand Tower. I tu właśnie umarłam... 29-30 km... łydki. Moje łydki się zbuntowały. Nie kolana, nie uda. Łydki. Zaczęły żyć własnym zyciem, a ja próbowałam je utrzymać pod swoim panowaniem, by sie nie przewrócić. Juz pod sklepem się zataczałam, teraz mogłam liczyc jedynie na siłę woli, bo na pewno nie na siłę miesni...
Światła przy Sand Tower. Proponuję bieg na 40. Michał chce mnie zabić. Tomasz temat przemilczał... Jeszcze trochę! Michał proponuje drążki, ja zgadzam się na drażki i na wszystko, co teraz mi każe zrobić. Tomasz nie chce drażków. Skrzyżowanie, rynek, endostop.
Fote zrobił nam "wczorajszy" obcokrajowiec. Wschodni jak na mój gust. Na szczęście nie upuscił aparatu. Chłopaki twierdzili, że są zmęczeni. A ja byłam przeszczęśliwa!!!
Pożegnaliśmy się, chyba coś o "nigdy więcej" było.. :) :)
A ja do sklepu, woda, sprite, wsiadłam do auta i... i tak sobie siedzę. Bo ból łydek taki, ze nie mogę chodzić, nie mogę jechać! Posiedziałam pewnie coś kolo 10 minut, pojechałam. A ból łydek przegonilam porządnym rozciąganiem, to takie ważne!!!
Jeszcze parę takich....
O biegu. Wyczerpujący fizycznie. Dla mnie lekcja pokory przed maratonem, oj, musze więcej biegać :) Nie wiem, jak wygląda na maratonie "ściana" po 30 km, ale podejrzewam, że to to, co ja miałam po 29 km.... kiedy już tylko biegniesz głową. A może sie mylę?
O mocy. Nie sądzilam, że mam w sobie tyle mocy. Że utrzymałam piekne tempo na takim dystansie. Ale ja wiem, skąd jest ta moc. Z motywacji, jaką dali mi chłopcy. Wiedziałam, jeszcze przed biegiem, że biegają dłużej i szybciej ode mnie. Pozwolili mi na moje tempo, nie musiałam ich gonić. A jednocześnie nie musiałam sie stopować, kiedy mimo szybkosci, biegło mi się super... bo oni mogli więcej! To też mnie motywowało, żeby sobie dać wycisk!
O mocy chłopaków nie napiszę, bo brak mi słów!
O atmosferze. Była super! Chociaż w porównaniu do biegów czwartkowych, było milcząco :) Ja nie gadałam, bo było poniżej mojego tempa konwersacyjnego.... Myslę, że kazdy był mocno skupiony na biegu, sporo się działo w głowach, poza tym, co się działo na trasie :) Gadalismy, jak nam się chciało, jak nie, to nie, nikt nie marudził, nie narzekali na moje postoje, mimo, że wiadomo, z jakim bólem potem sie rusza :)
O wyniku. Prawie 31 km w czasie 2.55 z groszami! Coś wspaniałego! Moja i Michała życiówka na dystansie półmaratonu! Może i Tomasza, ale nie raczył jeszcze treningu zrzucić, a mnie z relacją popędza...
Ja wiem, że ich namówię na to jeszcze raz! :) Może za miesiąc :)
Dziękuję Michał, Tomasz! Bieganie z Wami to wyjątkowa przyjemność!
Bieg był długi, więc i relacja nie będzie w dwóch zdaniach :)
Żarciki na czacie, wino, wiśnie, kobiety i śpiew no i zdeklarowałam tempo 5:30 na dzisiejszy bieg :) Oj no co, upojona byłam niebieganiem przez 3 dni!
Wcześnie spać, budzik na 5:45, syn mnie wyręczył o 4:30.... jakoś go ululałam, ale z mojego spania pozostała taka słaba drzemka. Wstałam w końcu 5 minut przed budzikiem, wyskoczyłam na balkon - ciepło, chociaż pochmurno. Kawka, bułka z nutellą, pałaszuję, zerkam za okno.... deszcz!
Taki fatalny, smagany wiatrem! No pięknie, to ja tyle czekałam na te 30 km, a tu będzie mokro i zimno... Tomasz wrzucił na FB prognozę z radą cieplejszego odziania się. Wiadomo, że ja ciepło nie lubię. Ale wiatrówkę wzięłam.
W oczekiwaniu na chłopaków w aucie, byłam przerażona, deszcz bębnił w dach... no, trudno. 7:00, wychodzę, nie pada :) jest Michał - z piciem, jest Tomasz - bez picia. Lecimy.
Rządził Tomasz. Ustalił trasę na 30 km. Tak sobie wykombinował, że nie było opcji "nie dać rady" i skończyć wcześniej. Kończysz wczesniej, zostajesz w polu :)
Pierwsze dwa kilometry były przywoite, tempo ok. 6. Oczywiście zaraz mi wypomniano moje deklarowane 5.30, ale przypomniałam, że muszę się rozgrzać. No, to się rozgrzałam, a potem... było coraz szybciej!
Tu jeszcze była konwersacja.... o butach i amortyzacji. O modelach zeszłorocznych i butach startowych. O rozmiarach (butów). Potem o zegarkach. O garminie Mikołaja i garminach bez paska, ale nie wiem w końcu o co chodzi z tym brakiem paska, dla mnie bez paska to cebula dziadka może
być na łańcuszku, ale najwyraźniej się nie znam.
Pierwsze 5 kilometrów to nawet nie wiem, kiedy zleciało. Tempo szalone. 5.09, 5.11.... Musiałam stopować. No, bo jak zwykle, miało być 5.30, a tu... Tomasz oczywiście mnie pouczył, że ŚREDNIE.... Szybka kalkulacja... no tak, pohasamy 10 km koło 5.0, potem zakręcimy się koło 6 drugą dychę... a ostatnia, naszym nogom nieznana dycha pewnie koło 6.30 będzie... Jakże sie mylilam!!
Chylice, Od Lasu, droga do wsi Obory. Wieeelki zbieg, ale nie dalismy się ponieść, rozsądnie było, z tym że ten kilometr wyszedł coś koło 5.16....ŚREDNIO :)
Obory, stadion, zakręt i... droga. Prosta po horyzont. Taka, jak w motywatorach biegowych - "tylko Ty i droga"... "biegnij"... "Pobiegałbyś?"... Coś pieknego!
Michał upomniał się o fotę. No tak, foty powinny być, ale w tym szalonym pędzie nie bardzo wiedziałam jak sie za to zabrać :)
Jest fota. Dalej... 4 kilometry prostej, najpierw lasek, potem żółte pola, potem zaorane pola i pęd! Jest, 13 km i wał. Kawałeczek wałem, oj, nierówno, grunt, za chwilę piękna, wąska asfaltówka pod wałem. Pojawili sie biegacze, rowerzyści. Z prawej wysoki wał, z lewej pola.
Przed nami stadko dzików. Biegły dwa dorosłe z masą warchlaków! Zaczęlam wyciągać komórkę, żeby zrobić fotę! Aż stanęlismy! Nie zdążylam... Przebiegły nam drogę w przyzwoitej odległości i wbiegły na wał. Dzikie maciory z młodymi, no, niepokojące, ale jakże piekne to było! Przez chwilę.... Bo okazało się, że kolejne stadko, dwa ogromne dziki i znów z biegającym miotem lecą przez pola.... wprost na nas!!
Nie zastanawialismy się, zaczelismy po prostu biec. Żeby zejść im z drogi. A one galopowały, ja to nawet miałam wrażenie, że zaczeły na ukos na nas biec.... One biegły, i my też, alez było straszne! Jeszcze cos uciekając wspomniałam, że niczego się nie boję... Z naprzeciwka minęło nas dwóch rowerzystów, zwolniłam. Skoro oni jadą w stronę dzików, my już jesteśmy bezpieczni. A dziki sobie w koncu poleciały i rowerzyści przeżyli :)
Uff, trauma została, wybiegając zza każdej kepy drzew sprawdzaliśmy, czy z pól nie biegną dziki. Dzika fobia po prostu :)
Ciszyca i koniec drogi przy wale. Mamy 17 km w nogach, pierwsza przerwa. Na rozciąganie i picie. To znaczy Michał miał przerwę na picie :) Z tym piciem to wyszło tak, że liczylismy na rowerowy transport wody. Ostatecznie Tomasz postanowił nawodnić się na zapas, ja wziąć bukłaczek. A po drodze liczylismy na sklepy. Było ich, pełno nawet, tylko pozamykane :)
Więc ja w koncu bez wody, Tomasz też, Michał podzielił się swoim dopalaczem, skorzystałam i dalej. O, to był bolesny start. Kolana krzyczały, ale powoli rozbujalismy się, na wciąż cholernie szaleńcze na tym etapie dla mnie, tempo. No, wersja była taka, ze pomimo, ze Tomasz rządzi, bo zna trasę, tempo ustalam ja. Czyli, teoretycznie, na mnie spoczywa odpowiedzialność za wynik. A ja... marzyłam o złamaniu 3 godzin :) czyli średniej 6.0.
Dobrze się już rozpędziliśmy, zatrzymuje nas kobieta w osobówce (a my w Ciszycy, przypominam) i pyta czy dobrze jedzie na .... Tarczyn :) :) Zdębielismy. Tarczyn leży milion km stad po drodze Warszawa-Radom, a ona na wał jedzie głeboka wsią i pyta o Tarczyn!!! Tomasz podjął się tłumaczenia, gdzie ten Tarczyn jest. A ja byłam w takim szoku, ze próbowalam ustalić z Michałem, gdzie lezy Tarczyn.... Pojechała. Wciąż pozostały wątpliwosci, dokad ona chciała jechać, czy może jest więcej Tarczynów na świecie, jak przytomnie zauwazył Michał, albo może chodzilo o Słomczyn...
Habdzin, Opacz.... zaczęłam wymiekać. Jeszcze miałam zryw po 19 km, bo pachniało mi życiówką na 21K, ale w końcu, po wspólnych, baaardzo mozolnych obliczeniach, ile od 19400 M jest do 21097M i biorąc pod uwagę aktualny czas i prognozowane tempo.... odpuściłam :)
Było coraz gorzej... po 22 km padałam na pysk, ale wstyd było sie przyznać. Brakowało mi tchu. A oni stukali nogami rytmicznie...
Na moje wielkie, ogromne szczęście, wbieglismy do Konstancina i rondo. Ach, jak już niedaleko! Jeszcze koło 8 KM! Może trudno w to uwierzyć, ale dało mi to trochę siły. Park Zdrojowy, alejki, punkt widokowy nad stawem, ja stop. Nie, no nie mogę. Rozciąganie, oddychanie. Tomasz dał mi nadzieję, na sklep z wodą. Michał, ach Michał, wyglądał jakby dopiero wstał! Oj, jak ciężko ruszyć!
Tężnie, alejki, kluczymy, Tomasz nas prowadzi i... Tomasz się przewraca na skręcie alejki! Co jak co, ale zrobił to fachowo. Nie gruchnął o ziemię, a przetoczył się celowo. Ciekawe, czy w wojsku był... Okazało się, że nic mu nie jest, poza porządnym okurzeniem się. Całe szczęście!!! chwila przerwy, Tomasz sprawdził swoje kosci, kostki i kosteczki, upewnił się, że jest ok i pobieglismy dalej, uliczkami Konstancina.
Już nic nie mówilam... Tempo, no o czym tu, wciąż szalone!
Michał zauważył sklep. Musiałam. 250 ml niegazowanej wody ze szklanej butelki. Wypilam w ułamku sekund i dalej, dalej....
Było całkiem nieźle jeszcze chwilę, zakręt, i ostatnia prosta do Sand Tower. I tu właśnie umarłam... 29-30 km... łydki. Moje łydki się zbuntowały. Nie kolana, nie uda. Łydki. Zaczęły żyć własnym zyciem, a ja próbowałam je utrzymać pod swoim panowaniem, by sie nie przewrócić. Juz pod sklepem się zataczałam, teraz mogłam liczyc jedynie na siłę woli, bo na pewno nie na siłę miesni...
Światła przy Sand Tower. Proponuję bieg na 40. Michał chce mnie zabić. Tomasz temat przemilczał... Jeszcze trochę! Michał proponuje drążki, ja zgadzam się na drażki i na wszystko, co teraz mi każe zrobić. Tomasz nie chce drażków. Skrzyżowanie, rynek, endostop.
Fote zrobił nam "wczorajszy" obcokrajowiec. Wschodni jak na mój gust. Na szczęście nie upuscił aparatu. Chłopaki twierdzili, że są zmęczeni. A ja byłam przeszczęśliwa!!!
Pożegnaliśmy się, chyba coś o "nigdy więcej" było.. :) :)
A ja do sklepu, woda, sprite, wsiadłam do auta i... i tak sobie siedzę. Bo ból łydek taki, ze nie mogę chodzić, nie mogę jechać! Posiedziałam pewnie coś kolo 10 minut, pojechałam. A ból łydek przegonilam porządnym rozciąganiem, to takie ważne!!!
Jeszcze parę takich....
O biegu. Wyczerpujący fizycznie. Dla mnie lekcja pokory przed maratonem, oj, musze więcej biegać :) Nie wiem, jak wygląda na maratonie "ściana" po 30 km, ale podejrzewam, że to to, co ja miałam po 29 km.... kiedy już tylko biegniesz głową. A może sie mylę?
O mocy. Nie sądzilam, że mam w sobie tyle mocy. Że utrzymałam piekne tempo na takim dystansie. Ale ja wiem, skąd jest ta moc. Z motywacji, jaką dali mi chłopcy. Wiedziałam, jeszcze przed biegiem, że biegają dłużej i szybciej ode mnie. Pozwolili mi na moje tempo, nie musiałam ich gonić. A jednocześnie nie musiałam sie stopować, kiedy mimo szybkosci, biegło mi się super... bo oni mogli więcej! To też mnie motywowało, żeby sobie dać wycisk!
O mocy chłopaków nie napiszę, bo brak mi słów!
O atmosferze. Była super! Chociaż w porównaniu do biegów czwartkowych, było milcząco :) Ja nie gadałam, bo było poniżej mojego tempa konwersacyjnego.... Myslę, że kazdy był mocno skupiony na biegu, sporo się działo w głowach, poza tym, co się działo na trasie :) Gadalismy, jak nam się chciało, jak nie, to nie, nikt nie marudził, nie narzekali na moje postoje, mimo, że wiadomo, z jakim bólem potem sie rusza :)
O wyniku. Prawie 31 km w czasie 2.55 z groszami! Coś wspaniałego! Moja i Michała życiówka na dystansie półmaratonu! Może i Tomasza, ale nie raczył jeszcze treningu zrzucić, a mnie z relacją popędza...
Ja wiem, że ich namówię na to jeszcze raz! :) Może za miesiąc :)
Dziękuję Michał, Tomasz! Bieganie z Wami to wyjątkowa przyjemność!
niedziela, 10 maja 2015
Jak deszczowa niedziela sprawia radość
Wydarzenie "Niedzielne wybieganie" w mojej grupie klubowej oznaczyło znakami zapytania troje biegaczy. Kasia, Tomasz i Mikolaj.
Sobota to był cieżki dla mnie dzień, byłam zajęta komunią córki, ale wciąż z tyłu głowy mialam plan na niedzielny bieg i zaglądałam na fb, czy cos się zmieniło. Nic i nic :)
W końcu Mikołaj potwierdził i zmobilizował do tego pozostałych. Potwierdził Tomasz. A Kasia...zaczęła marudzić :) Obawiala się, że z planowanych 20 wyjdzie 30, więc koniecznie domagała sie trasy. A trasy nie było. Na początku przynajmniej, bo za jakiś czas Mikołaj opracował trasę, na równiutkie 20 km od fontanny do fontanny, mało tego, wgrał trasę w zegarek, zeby biec wg planu i publicznie ją ogłosił. A Kasia - milczała.
Rano był pęd. Ja mega niewyspana, zmęczona, komunia w domu ma ten minus, że człowiek kilka godzin lata przy kuchni i stole. A na dodatek nie miałam auta, które było zajete do zawiezienia ostatnich gości na dworzec.
No to, kawa, nutella, wychodzę. Wracam - po kurtkę, bo deszczowo, chłód. Klucz pod wycieraczkę :) (w tych czasach juz nikt tam nie szuka). I lecę. No i zaraz okazało się, że zapomniałam wody, ale juz nie miałam czasu wracać.
Mikołaj już był. Za chwile znalazł sie Tomasz, więc ruszylismy. Dosłownie dwa kroki, bo ktoś nas woła. Aaaaaa, Kasia jest! Wstała :)
Super, mimo, że imponujaco się do foty wystawić w wylącznie męskim towarzystwie, to jednak kolezanka w biegu, to kolezanka :) szczególnie długim. Szczególnie gadająca :)
Wiadomo było, że rządzi Mikołaj. Albo nie, że rządzi zegarek Mikolaja. śledzi nasz bieg i krzyczy, jak odstapimy od trasy. No to dobra, nie musimy o niej myśleć, mamy biec i dobrze sie bawić. Zostawiłysmy z Kasia kurtki w jej aucie, ciepło, nie pada, ja czapka z daszkiem, Kasia, żarówiasta opaska na głowę, chlopaki na długi rekaw :) :)
Tylko do Żabieńca było, jak zwykle. Potem od razu w las i to dziki las, nie drogami, a ścieżkami. Fajnie, pachnąco. Skupiłysmy sie na biegu w tyle, widoki takie ładne.... :)
Tutaj było o drążkach. O ich praktycznym wykorzystaniu, argumentacji i sposobie montazu. Nawet o spawaniu było. O sypialni, rowerach, rowerach w sypialni... Tu mówił Tomasz jeszcze :) a potem o triathlonie. Tu byłam tylko biernym słuchaczem, bo ani na rowerach, ani prędkościach, ani kosztach sportu się nie znam :)
Minelismy żwirówkę, która poprzednio zaprowadzila nas do przecięcia drogi 79. Mikołaj kazał ufać Garminowi.... Ja nieufna jestem, wciąż mi się wydawało, że za bardzo na południe, zamiast na wschód biegniemy...
Pilica i kawałek asfaltu i chodnika. Jest, droga 79, dobiegamy, za drogą kapliczka z portretem świetego Jana Pawła... Mikołaj z daleka obawiał się, że nie ma tam drogi za 79.... ale na szczęście była, więc kolejny las.
Zupełnie nowa trasa, pieknie, wiosennie.... zamknieta dla ruchu, drewniane szlabany. Zauwazylam, że gdyby Michał z nami biegł, kazałby nam skakać przez te szlabany, ale Michał miał supełnie inne plany na dzisiaj, o czym za chwilę.
Było tez trochę o runmageddonie, który odbył się wczoraj na Służewcu. Garmin wyprowadzil nas na drogę, która była przecieta wielkim, powalonym drzewem. Jak runmageddon, przydałoby się dla chłopaków obciążenie na przeszkodzie, nawet zaproponowałam nasze skromne po 50 kilo (to pewnie mniej niż opona ciągnika...) :) ale żaden się nie skusił, więc musiałyśmy skakać same :) :) Słabeusze :) :)
Zaczęli pedzić. Stopuje i stopuję, wszyscy mi przytakuja i znów pedzą :) Kolejne rozwidlenie dróg, Mikołaj każe na południe... Zatrzymalam bieg i skomunikowałam się z moim GPS w telefonie. No dobra, niech będzie, Garmin nie kłamie :)
Nawet wspomniałam, wobec rozmowy o cudnej do biegania pogodzie, że wybiegania niedzielne mogłyby zaczynac się o 6.... ale dowiedzialam się, ze będę wówczas biegła sama, ew. ekipa powita mnie na mecie :)
Dróżka w bok, na wschód w końcu, chwila kluczenia i jest! cywilizacja i... Czarnów :) Tu konieczna fota, dla Michała, który uwielbia Czarnów :) Michał dzisiaj biegł sztafetę ekiden, więc pomyślalam, że fota doda mu sił :) to było selfie z oznaczeniem miejscowości w tle :)
Potem było wygodnie. Cmentarz :) Konstancin. I zaczęło padac.
Rezydencje, zakład kamieniarski, cywilizacja... zbiegalismy z drogi na chodnik, coś ruch większy niz ostatnio, na chodniku snuja się wczorajsze twarze... rondo.
Kasia zaproponowała przed rondem inną uliczkę, ale mniejszego ruchu. I tu zaczęło juz naprawde padać. Jako jedyna posiadaczka czapki z daszkiem w teamie, srednio byłam przez deszcz dotknieta. Tomasz milczał od dłuższego czasu. Obawiałam się o jego samopoczucie, ale zapewnił, że to tylko deszcz :)
Wybieglismy na głowną chylicką. Tu juz lało! No to naturalnie, tempo wzrosło, Kasia leciała na czele (a tak sie bała prędkosci) :) Było o tuszach do rzes, tych wodoodpornych. O brudnych nogach. Alez lało. Jednak cieszyło mnie to, jakże efektowana fota w deszcze bedzi na końcu! Parę kałuż zaliczonych butami, fontanny spod aut, nasze kluczenie i ucieczki z dala od kałuż :)
Potem było o fetyszu Mikołaja... Bzy kwitną na potęgę, w koncu maj. A Mik zaliczał głową, w deszczu, w zasadzie kazdy krzak bzu nad trasą :) :) Usmialysmy się z Kasią jak wariatki, wizje spotów reklamowych producentów perfum bzowych i szamponów... nie mogłysmy biec ze śmiechu. A Tomasz milczał :) :)
Sand Tower, dwie próby bocznej trasy wg Garmina... a tam bramy. Więc trasa zastępcza, urocza, nieznane mi rejony Piaseczna, sciezki, Mikołaj z przodu i BZY... :) :)
Kasia zaczeła miec obawy o długość trasy. Ale nie, już zaraz rynek. I na złość, nie pada!!!!
Na rynku foty, foty! Selfie, samowyzwalacz, nogi, parapety, płotki ogródkowe.... Chłopcy cierpliwie pozowali, wiadomo, my chcemy mieć materiał na FB, wszyscy mokrzy, ale usmiechnieci. Ja już 22 na liczniku, a tu jeszcze 2 km do domu...
Pożegnałysmy chłopaków. Jeszcze sklep, zakup picia, wzięłam kurtkę. Na poczekaniu wchłonęłam puszke sprite. Cześć, cześć i... nie moge biec po tym gazowanym piciu :) :)
Powolu rozbujałam się i wkrótce juz było rozciąganie na trawce :) Oczywiście, nadal nie padało :)
Klucz był tam, gdzie go zostawiłam.
Kasia pieknie biegła. Uwielbiam biegi z dziewczynami, które nie marudzą. Poza tym, jak to ona, miała do pogadania w kazdym temacie, sportowym, czy nie, dopilnowała fot z nogami, a w sumie jest bardzo zadowolona.
Tomasz milczał. Potem. Na początku gadał, ale z Tomaszem jest tak, ze im bardziej w las (bieg) tym gada mniej. :) zmókł równie porządnie jak my, a w sumie wyszedł mu ponad półmaraton :) i nie marudził ofkors
Mikołaj zapewnił nam zwolnienie od myslenia o trasie. Wspomagał rozmowę, a poza tym był szczególnie pogodny, mimo deszczu i masę tej pogody dał nam. I kocha bzy :)
Jak na złość, nie ma foty w ulewę, ale to nic. Jeszcze sie zdarzy :)
Dziękuję Wam! :)
piątek, 8 maja 2015
Jak było jeszcze przyjemniej!
Ten czwartek zapowiadał się tłumnie. Na bieg zadeklarowało się kilkanaście osób,
chociaż wiadomo, że zwykle pomimo deklaracji, przychodzą Ci sami. Czyli My.
Zaparkowałam przed placem i akurat nadbiegł Mikołaj. To było wejście! W klubowych
koszulkach (my), w towarzystwie samego Prezesa (ja), co to był za pochód przez środek
rynku!! :) Oczywiście nie uszło to uwadze skadinąd ostatnio bardzo kąśliwego duetu
Beaty i Asi :), więc dostał mi sie odpowiedni komentarz i porcja domysłow na temat
"chodzenia z Prezesem"... :)
Ale to nie koniec ich barwnych słowotoków w tym dniu. Dopiero zaczynały!
No i niespodzianka, nowy biegacz, Marek. Fajnie, jest nas więcej. Kasia kazała tym
razem na siebie poczekać, ale to w sumie nie zaszkodziło, bo po czasie przybiegł też
drugi nowy nabytek - Tomasz.
Zimno już było, Mikołaj wyganiał na bieg, ja cisnęłam na fotę. Póki jasno i póki ładnie
wyglądamy :) Sfocił nas jakiś nieletni, któremu ciężko było ruszyć tyłek z ławki do tej
foty...
Piękny skład. Beatka, Asia, Ola i Kasia. I ja. Najładniejsze piaseczyńskie biegaczki. I
dzisiaj wyjątkowo liczny udział panów: Janusz, Tomasz, Marek, Michał i Mikołaj. Wtedy
nie mogłabym tego powiedzieć jeszcze, ale teraz po biegu mogę, odpowiedzialnie, silna
grupa!
Startujemy. Wzbudzaliśmy wielkie zainteresowanie, jeszcze nie mediów, ale przechodniów,
oczywiście miało być wolno, a Beata..... Ja jej grzecznie zwróciłam uwagę :) Beata
przyhamowała, co z tego, jak cisnąć zaczęła Kasia.
Więc my z Kasią na czele, trochę z Michałem i Mikołajem, trochę bez... Bo z Kasią nie
widziałam się już dawno, więc było sporo do omówienia. O biegach, pucharach, strojach
biegowych, o strojach to nawet Michał się przyłączył :) Szczególnie jak było o
biegaczce w samej spódniczce :)
Trudna moja rola, tu fajne gadanie, nie wiem, o czym z tyłu.... Przyłączył się Tomasz, więc
zaczęłam go pouczać, o co chodzi z tą niedzielą i wybieganiem. Bo akurat nadbiegł, jak
domawialiśmy z Michałem szczegóły naszego debiutu na 30 km, który od jakiegoś czasu
planujemy, a który chyba nastąpi za kilka dni... :)
Dalej chciałam go pouczać, ale on wtedy mnie poinformował, że nie mam się co wysilać,
bo on wszystko wie, i wszystkich już w zasadzie zna, bo czyta moje relacje!!!!!
Poziom mojej radości i dumy nie nadaje się do ujęcia w słowa. Zresztą, Michał,
widziałeś.....
I już po lesie, zostawiłam chłopaków, żeby dowiedzieć się, o czym tam z tyłu jest...
Kasia przechwalała się fotką z kimś, nie pamietam kim, ale on szybko biega. Trochę
uwagi poświęciliśmy też jakości fontann piaseczyńskich w odniesieniu do tych
warszawskich, wartościowym prezentom, ale tu już ciszej, bo Janusz słusznie zauważył,
że tak naprawdę nie wiaodmo, kto pracuje, albo ma w rodzinie pracownika urzedu
skarbowego...
Ola w ogóle to była dzisiaj w tak kolorowych spodniach, że normalnie jak sie patrzyło
na grupę, tylko ją było widać. Najpierw udawała, że martwi ja utrata telefonu, a potem
wciaż konwersowała. W tym akurat biegu konwersowała chyba nawet więcej niż Beata...
Mikołaj, jak na prezesa przystało, był wszedzie. Z przodu, z tyłu. Pilnował zgub i
gaduł oraz sprinterów. Nasze nowe nabytki solidarnie większość trasy trzymały się
razem, chociaż bardzo się staraliśmy, żeby dobrze sie poczuli. Ja nawet raz sie
postarałam za bardzo, ale o tym za chwilę.
Dowiedziałam się, że Asia z Beatką uwielbiają wspólne poniedziałkowe biegi i bieganie
tak im sprzyja, że zaczynają je adorować trzydziestolatkowie.... jeżdżą za nimi autami
i próbują zagaić o bieganiu... mylą chyba biegi -te z auta z tymi na nogach, w każdym
razie dziewczyny mają opracowaną trasę tak, żeby w odpowiednim momencie skręcić tam,
gdzie samochody nie mogą wjechać :)
Znów wróciłam do przodu, do Michała i było trochę o podbiegach, o Kazury, o czapkach do
biegania, o wstydzie i długości włosów. Zaczęłam się bać Kazury, więc wróciłam do Kasi,
i dziewczyn. Tak, poziom uszczypliwości Asi i Beatki wzrósł znacznie, tym razem było o
wianuszku... ale nie będę wszystkich wprowadzać w szczegóły :)
Na mojej ulubionej drodze była najmilej. Zbilismy się w jedną grupę, wczesniej było
trudno, wobec aut i braku chodnika. Widać było, że stare i nowe chłopaki coraz więcej
rozmawiają, znaczy się, jest dobry klimat. Ola dopadła Michała z konwersacją, nie mam
pojęcia o czym, ale od tej drogi do samego końca po prostu wsiąkli w temat rozmowy.
Kasia zajmowała sie nowymi, z Mikołajem i Januszem, na czele. A my gadu gadu, na końcu.
Za pasami porzuciłam dziewczyny. Musiałam zrozumieć, o co chodzi z tym, że Janusz wciąż
jest albo na czele, albo prawie na czele grupy! No, no, cisnął niesamowicie, bardzo
dobre tempo, widać, że z biegu na bieg jest coraz bardziej wybiegany i szybki! To sobie
tak biegłam za pędzącą Kasią, nowym szybkim Januszem, Mikołajem i Tomaszem i patrzyłam
na ich nogi :)
Zbliżał się wiadukt. Ulubiony, ale żeby z niego zbiec, trzeba najpierw troszkę podbiec.
Kasia stwierdziła, że nie, więc pouczyłam Tomasza, że to tradycja, ten zbieg.... i
zaczął mnie gonić. Właściwie jak byłam już na wiadukcie, miałam dość. Ale że zaczęłam z
ta tradycją i Tomasz sie przyłączył, dbając o jego dobre samopoczucie, zrobiłam ten
zbieg....4,08 max. Ale mnie wyprzedził na dole. Musze więcej ćwiczyć :)
Poza przyjemnością korzyść z tego taka, że zanim nadbiegła reszta, my już
odpoczywaliśmy. Zaraz Marek, Kasia i niespodziewanie Janusz.... ktoś się przebrał za
Janusza, jak nic!
Jest komplet, powolutku do rynku. Czajewicza... Okazało się, że Marek jest moim
sąsiadem, a w ogóle to Kasia nie lubi warszawiaków. Przy Prezesie tak...
Mikołaj się czaił. Widziałam to, ale nie sądziłam że tak wcześnie zacznie. Zaczął już
od biedronki. Nowi przycisnęli, no i ja też. Ha! nie podołałam w takim tempie, mój maks
był 3,49 :) a oni się oddalali. Mikołaj na czele, kłamca.... :)
Taki finisz... grupa się zbierała dość długo. Nawet zaistniały obawy, że Janusz się
zgubił, ale na szczęście się odnalazł :)
No jest już długo, ale to jeszcze nie koniec. Dwa słowa, subiektywnie, o naszych
zawodnikach dziś.
Ola rządziła konwersacyjnie. Długo zastanawiałam się, komu przyznać pierwsze miejsce,
Ola po prostu była bezkonkurencyjna! Mimo, że wciąż nie wiem o czym, chyba coś o
jedzneiu trochę było...
Beata i Asia poprzez częstsze, niż czwartkowe wspólne przebywanie ze sobą, wyostrzyły
swój okropnie złośliwy, podwójny dowcip, przestrzegam, trzeba uważać, co widzą i
słyszą, a także, co sie do nich mówi. Nawet milcząc nie mozna mieć nadziei, że
odpowiednio tego nie skomentują :) :)
Kasia jak zwykle, wylaszczona i wygadana, nie ma dla niej osoby, z ktorą nie znalazłaby
wspólnego tematu, nikt sie przy niej nie nudzi, a ona nie ma żadnych skrupułów do
poruszania każdego tematu.
Janusz, ach! Nowy, szybki Janusz, już uśmiechniety, a nie zbyt zmęczony by oddychać.
nawet gadający! Super patrzeć na jego biegowy nastrój i dumę.
Michał, Michał jak zawsze zrelaksowany, gotów do rozmowy w każdym tempie, bo jest
przypadkiem, dla którego nie ma granicy tempa konwersacyjnego... I ta długość jego nóg
:)
Tomasz, jak na nowy nabytek, zupełnie nie onieśmielony, bardzo miły, myśle, że mu się
podobało, co znalazło or razu swoje ujście na FB, forum, endo i czacie :) :) No i
szybki jest :)
Marek równie śmiały, ale musimy popracować nad topografią miasta, spoko, ja też na
początku nie wiedziałam, gdzie jestem. Grunt nie zgubić grupy! Kontaktowy i
najwyraźniej uwielbiający finisze :)
Mikołaj, jak zawsze, odpowiedni człowiek na odpowiednim stanowisku. Nic nie robi nie
tak, jako Prezes. Biega i wolno, i bardzo szybko. Konwersuje na każdym poziomie i
prawie w każdym tempie :) a poza tym, że jest Prezesem, jest super kolegą.
A ja, a ja jestem bardzo zadowolona :)
Była jeszcze fotka, kilka nawet, naprawdę, stanowczo za szybko się kończą czwartkowe
spotkania! :)
Dziękuję za bieg! I już czekam na kolejny :)
poniedziałek, 4 maja 2015
Jak zrobiłam TO
Jeżeli czytaliście, wiecie, że nie lubie się zanadto męczyć. Faktycznie, bieganie powoduje zmęczenie, ale jesteśmy panami swojego losu, meczymy sie tyle, ile chcemy. No i męczymy się w akceptowalnym dla nas, coraz szybszym wraz z upływem czasu, ale wciąż dobieranym tempem, tak, zeby się nie zarżnąć. Przynajmniej ja tak mam.
Bo zarżnięcie się, szczególnie jak zaczyna się biegać, demotywuje. Początkujacy powinni zaczynać w strefie komfortu, bezwzględnie, by poczuć względne zmęczenie, ale żeby nie płakać na drugi dzień.
Ta cudowna teoria, praktykowana przeze mnie, wraz ze wzrostem moich możliwości, nie straciła na aktualnosci. I chociaż złamałam dychę, potem 14, 15, potem 13 to już lajcik i gadu gadu.... I dwie dyszki, i pólmaraton z uśmiechem i 25 co jakiś czas... wciąż komfort. Zmęczenie, bol nóg, ale wciąż komfort.
Aż poszłam na dwa treningi. Takie nie gadu gadu. Najpierw przegonił mnie Mikołaj, potem Michał.
I odpłakałam swoje, zakwasy, brak tchu. I... zachciałam jeszcze. Tych zakwasów i tego bezdechu!
Dzisiaj zebrały sie biegowo dziewczyny, Asia i Beata, przyznam, ze byłam bliska czasowo do zdążenia na bieganie, w sumie na upartego, pół godziny póżniej mogłabym być na zbiórce. Beata nawet chciała na mnie poczekać. Ale miałam z tyłu głowy to, że powinnam iść nie na przemiłe biegowe spotkanie, a na trening. Odpuścilam więc, mimo, że bardzo chciałam, strefa komfortu i wspaniałe towarzystwo!
Bo chciałam się zarżnąć! Chciałam krwi :)
Mój wspaniały Tomtomek oferuje taką funkcję jak interwały. Ustawia się czas lub odległość dla rozgrzewki, właściwych interwałów i wyciszenia. I ilość interwalów.
Wygodnie na kanapie zaprogramowałam 2 km rozgrzewki, 8x100 metrów szybko z 8x 100 metrów oddechu i kolejne 2 km wyciszenia.
I poszłam. Pobiegłam :)
Zaplanowałam, że interwały wypadna na prostej, pod szkoła w Mysiadle, droga donikąd, pusta o tej porze, asfalt, nie las, Michał... :) oświetlona. Ładnie wyliczyłam, na Kwiatowej zegarek dobijał do 2 km i za chwilę wibra i każe mi biec pierwszy interwał! Lecę! 100 metrów, niby malo, ale mialam w pamieci, że po treningu z Michałem sądzilam, ze interwały kazał mi robic na odcinkach 500, nie 100 metrów...
Kiedy się biegnie szybko, zmusza sie do wysiłku, 100 metrów okazuje się być strasznie wielka odległością. Wibra, mam 100 metrów na oddech! zwalniam i zerkam, rany jak te 100 metrów odpoczynku szybko sie kończy! Mogłam zaprogramować 200!!! I znów wibra, zapieprzaj! No to pobiegłam znów!
Trener jest fajny, zywy, zegarek też jest fajny, ale nie krzyczy na mnie.... przestałam liczyc po 4 interwale. Potem, nie wiedziałam już, który mam za sobą, ale wydawało mi się, że jeszcze dwa, po czym zegarek pokazał, że już został mi tylko jeden! O dzięki!
No i zostały mi dwa kilometry wyciszenia, odpoczynku czy cokolwiek to miało być, ale nie było już interwałem!
Mniej wiecej obmyslilam powrót, by "zarobić" te dwa km. staralam sie w miarę szybko, jak mi mój jednorazowy zywy trener kazał wczesniej... i minąwszy dom, dobiłam do dwóch km wyciszenia w tempie niewyciszającym....
Uff. Jest moc. Rozciąganie pod domem na trawce, przy ławce.... spociła mi sie nawet twarz... płynał mi po policzku pot, parowałam ciepłem i śmierdziałam potem. A co, po prostu!
Mam nadzieję, że jeszcze pale kalorie. Bo wczoraj zjadlam gofra z owocami i bitą śmietaną.
Chyba cos mi się stało. Chyba wyszłam świadomie na trening, zmierzyć się sama ze sobą i podolać zadanym sobie zadaniom. Chyba to jest jakiś kolejny etap ewolucji!!!
Jestem dumna z siebie! Pochwalił mnie Prezes klubu, a Michał ocenił mój trening na 6!
Zobaczymy co dalej. Dzisiaj bardzo chciałam się przetrenować i zrobilam to. Tylko, czy będe miała zakwasy jutro i gdzie?
Bo zarżnięcie się, szczególnie jak zaczyna się biegać, demotywuje. Początkujacy powinni zaczynać w strefie komfortu, bezwzględnie, by poczuć względne zmęczenie, ale żeby nie płakać na drugi dzień.
Ta cudowna teoria, praktykowana przeze mnie, wraz ze wzrostem moich możliwości, nie straciła na aktualnosci. I chociaż złamałam dychę, potem 14, 15, potem 13 to już lajcik i gadu gadu.... I dwie dyszki, i pólmaraton z uśmiechem i 25 co jakiś czas... wciąż komfort. Zmęczenie, bol nóg, ale wciąż komfort.
Aż poszłam na dwa treningi. Takie nie gadu gadu. Najpierw przegonił mnie Mikołaj, potem Michał.
I odpłakałam swoje, zakwasy, brak tchu. I... zachciałam jeszcze. Tych zakwasów i tego bezdechu!
Dzisiaj zebrały sie biegowo dziewczyny, Asia i Beata, przyznam, ze byłam bliska czasowo do zdążenia na bieganie, w sumie na upartego, pół godziny póżniej mogłabym być na zbiórce. Beata nawet chciała na mnie poczekać. Ale miałam z tyłu głowy to, że powinnam iść nie na przemiłe biegowe spotkanie, a na trening. Odpuścilam więc, mimo, że bardzo chciałam, strefa komfortu i wspaniałe towarzystwo!
Bo chciałam się zarżnąć! Chciałam krwi :)
Mój wspaniały Tomtomek oferuje taką funkcję jak interwały. Ustawia się czas lub odległość dla rozgrzewki, właściwych interwałów i wyciszenia. I ilość interwalów.
Wygodnie na kanapie zaprogramowałam 2 km rozgrzewki, 8x100 metrów szybko z 8x 100 metrów oddechu i kolejne 2 km wyciszenia.
I poszłam. Pobiegłam :)
Zaplanowałam, że interwały wypadna na prostej, pod szkoła w Mysiadle, droga donikąd, pusta o tej porze, asfalt, nie las, Michał... :) oświetlona. Ładnie wyliczyłam, na Kwiatowej zegarek dobijał do 2 km i za chwilę wibra i każe mi biec pierwszy interwał! Lecę! 100 metrów, niby malo, ale mialam w pamieci, że po treningu z Michałem sądzilam, ze interwały kazał mi robic na odcinkach 500, nie 100 metrów...
Kiedy się biegnie szybko, zmusza sie do wysiłku, 100 metrów okazuje się być strasznie wielka odległością. Wibra, mam 100 metrów na oddech! zwalniam i zerkam, rany jak te 100 metrów odpoczynku szybko sie kończy! Mogłam zaprogramować 200!!! I znów wibra, zapieprzaj! No to pobiegłam znów!
Trener jest fajny, zywy, zegarek też jest fajny, ale nie krzyczy na mnie.... przestałam liczyc po 4 interwale. Potem, nie wiedziałam już, który mam za sobą, ale wydawało mi się, że jeszcze dwa, po czym zegarek pokazał, że już został mi tylko jeden! O dzięki!
No i zostały mi dwa kilometry wyciszenia, odpoczynku czy cokolwiek to miało być, ale nie było już interwałem!
Mniej wiecej obmyslilam powrót, by "zarobić" te dwa km. staralam sie w miarę szybko, jak mi mój jednorazowy zywy trener kazał wczesniej... i minąwszy dom, dobiłam do dwóch km wyciszenia w tempie niewyciszającym....
Uff. Jest moc. Rozciąganie pod domem na trawce, przy ławce.... spociła mi sie nawet twarz... płynał mi po policzku pot, parowałam ciepłem i śmierdziałam potem. A co, po prostu!
Mam nadzieję, że jeszcze pale kalorie. Bo wczoraj zjadlam gofra z owocami i bitą śmietaną.
Chyba cos mi się stało. Chyba wyszłam świadomie na trening, zmierzyć się sama ze sobą i podolać zadanym sobie zadaniom. Chyba to jest jakiś kolejny etap ewolucji!!!
Jestem dumna z siebie! Pochwalił mnie Prezes klubu, a Michał ocenił mój trening na 6!
Zobaczymy co dalej. Dzisiaj bardzo chciałam się przetrenować i zrobilam to. Tylko, czy będe miała zakwasy jutro i gdzie?



































