Popularne posty

środa, 18 października 2017

Jak poznałam Łemkowynę :)



Łemkowyna to miał być mój debiut na dystansie 70 km. Wyszło inaczej, ale to już inna historia, na osobny wpis :)
Tymczasem, jadąc miałam już na koncie bieg trailowy Ultramazury, 73 km i łącznie ok. 1100 m przewyższenia.
Właśnie, 1100 metrów, a tu... 2500. Biorąc pod uwagę, że na Ultramazury ledwo zmieściłam się w limicie, nie wróżyło to najlepiej dla podobnego dystansu i ponad dwukrotnego przewyższenia...
Od sierpnia powierzyłam swoje biegowe życie Łukaszowi, który cierpliwie rozpisywał mi treningi na każdy kolejny tydzień, a ja konsekwentnie nawalałam... a to remont, a to szkoła się zaczęła... w sumie, wykonywałam ok. 50% tego, co trener mi nakazywał. I w końcu, nadszedł ten dzień. A właściwie przedddzień, bo wyjechaliśmy w piątek, w składzie ja, Ewa, Krzysztof i Artur. Humory dopisywały, więc planowana książka w aucie nie miała racji bytu :)

 


Pogoda-marzenie i wkrótce już teren stał się pofałdowany, w końcu górzysty, pomalowany kolorami jesieni. Dojeżdżając do Krosna, patrzyłam na zarys Beskidu i wiedziałam, że gdzieś tam jutro będę, w słynnym błocie Łemkowyny. O tym, że nie zdążę w limicie czasu, nie myślałam. Gdzieś tam czułam, że może zdążę :) Dużą rolę odegrał tu Marcin, który skutecznie wybijał mi z głowy myśli o porażce. Nawet używając stwierdzeń, typu "nawet na kolanach, a dojdziesz, już ja Cię znam..." :)

Tymczasem, odebraliśmy pakiety, po dokładnej kontroli wyposażenia, naprawdę, nie ma tu ściemy, wszystko trzeba mieć do okazania, wg regulaminowego spisu. Teraz przypominam sobie, że nie sprawdzono mojego kubka :) Ale był ofkors. Utyskiwałam na długie spodnie i czołówkę, ale ostatecznie... to potem.
Zakwaterowanie mieliśmy w miejscowości Polana, mała wieś, tak głęboko ukryta gdzieś w lesie, że nie mieliśmy.... zasięgu telefonicznego. Nikt, w żadnej sieci. Najpierw nas to rozbawiło, potem pojawiła się lekka panika, ale ostatecznie właściciele mieli internet, a jak już jest internet, do można również dzwonić :)
Tego wieczoru dość wcześnie poszliśmy spać. Ja jeszcze poczytałam horror, co skończyło się dość marnie, bo miałam w nocy głupie, straszne sny, żywcem wyjęte ze słabych horrorów o opuszczonych motelach :) :)
O 5:30 czekało na nas królewskie śniadanie - jajecznica, miód, konfitury, kawa inka, pyszny chleb, naprawdę, dzień zaczynał się bardzo dobrze. Na starcie stawiliśmy się ok. 15 minut wcześniej, gotowi :)

I okazało się, że zapomniałam mp3. Wizja samotnego biegu bez możliwości włączenia muzyki trochę mnie przerażała, ale nie było odwrotu. Odliczanie, start i zaczęła się przygoda. Chwila asfaltu i pierwsze podejście, trawiaste. Krzyśka nie widziałam już od startu, na tym podejściu uciekła mi Ewa z Arturem i zostałam sama. A właściwie, w korowodzie innych biegaczy, zdecydowanie w końcówce.

Dzień wcześniej dokonaliśmy dokładnej analizy trasy, pod kątem limitów czasu i przewyższeń oraz odległości. Do pierwszego punktu na 20 km, należało dotrzeć w 3,5 godziny. Dużo czasu? No niby tak, ale w tym odcinku mieliśmy do czynienia z podejściem pod Cergową. Po przebiegnięciu przez drogę E371 zaczynał się znój i niespodzianka - spotkałam Oliwię :)
Zaczęłyśmy wspólną wędrówkę, która miała się zakończyć na mecie :)


Pierwszy punkt osiągnęłyśmy z ponad godzinnym zapasem. Punkt wypasiony, zarówno pod kątem różnorodności posiłków jak i troski i pomocy wolontariuszy. Tu szybko zdjęłam buty i poprawiłam mocowanie plastrów, które już miałam założone przed biegiem oraz przymocowałam nowe w miejscach, gdzie czułam dyskomfort. Od razu napiszę, że po całej trasie nie miałam ani jednego otarcia czy pęcherza!!!

Teraz czekały nas trzy "górki", 20km i do 15:00 powinnyśmy zgłosić się w punkcie w Puławach. Duuużo czasu było ;) Przy takim dystansie jest wiadomym, że czas płynie bardzo szybko. Idąc pod górę i zawsze biegnąc w dół, chłonęłyśmy cudowną beskidzką jesień. Kolory i zapachy i nie było błota :) Sucho, przyjemnie, a cola, którą dźwigała Oliwia była słodką nagrodą na końcu każdego podejścia :)

W południe osiągnęłyśmy 30 km, czyli po 5 godzinach. Nie wróżyło to najlepiej, szczególnie że u mnie powoli pojawiał się ból nóg. Na 31 km przegonił nas pierwszy zawodnik z dystansu 150 km. Akurat na podejściu. Po prostu nas dogonił, był bez kijów, podejście pokonał truchtem i tyle go było widać :) Zdążyłam pogratulować i spytałam o nazwisko, odkrzyknął, ale dalej nie wiedziałyśmy, kto to :)

Najmniej przyjemna część trasy zaczęła się ok. 35 km. Asfalt. Bite 5 km asfaltu do punktu w Puławach. W moich salomonach cudownie biega się po terenie, ale na asfalcie każdy krok dudni aż w biodrach. Po tym odcinku byłam zła, cały mój zachwyt uleciał na rzecz obolałych nóg. Okazało się też, że nasze zegarki zupełnie inaczej mierzą przebytą trasę. Wg mnie, byłyśmy dalej, wg Oliwii, bliżej :) Początku trasy :P Na tym asfalcie odbyłyśmy wiele konsultacji z innymi biegaczami, by utwierdzić się w przekonaniu, że Oliwii zegarek jest bliżej prawdy :)
Na drugim punkcie odżywczym była pyszna zupa dyniowa! Prawdziwe toalety i tam dogonił nas drugi zawodnik z dystansu 150 km :)


Przed nami 15 km z podejściem pod Skibce, w Przybyszowie miałyśmy zameldować się najpóźniej o 17:15. Jedno podejście, i "tylko" 15 km, na punkcie w Puławach godzina zapasu... wyglądało to znów bardzo optymistycznie :)

Zaraz po wyjściu z Puław, poznałyśmy Szymona. Szymon miał chyba dość samotnej wędrówki, w każdym razie od tej pory trzymaliśmy się razem. Szymon kalkulował. Kalkulował tempo, dystans, popędzał i motywował. Mało czasu, mało czasu! Jak to mało, to tylko 15 km.... Ano, mało. Bo tu w końcu było błoto :) błoto dość fajne, gęste, takie gliniaste bym powiedziała, ale skutecznie spowalniające. Nie obyło się bez wpadek, zamoczenia stóp, poślizgów... Jakoś strasznie wolno zaczęło być, a czas leciał i leciał... Pilnowaliśmy się, wykorzystując każdy pochyły odcinek na bieg, a podejścia robiliśmy jak najdynamiczniej można było. Do naszej grupy dołączyła Asia ze swoim partnerem biegowym - nie pamiętam imienia, niestety, i nasza grupa przetrwania zwiększyła się do 5 osób :)

Na podejściach chłopaki i Asia byli raczej górą, za to na zbiegach ja i Oliwia zostawiałyśmy ich daleko z tyłu :) Niemniej wciąż gdzieś wokół siebie krążyliśmy :)
Do Przybyszowa mieliśmy wielki zbieg, długi i trawiasty. Taki, że aż nogi się gubiło :) Uwielbiam to! Na samym dole czekał punkt, na którym były... kiszone ogórki, o których na ostatnich 15 km krążyły legendy :)

Ogórki zagryzałam ciastkiem kakaowym a wolontariusze patrzyli na to wielkimi oczami. Litry coli i już, już lecimy, bo mamy tylko 15 minut zapasu....
A tu, niespodzianka, na punkcie pojawił się nikt inny, tylko sam Marcin Świerc :) Nie mogłyśmy odmówić sobie zdjęcia z mistrzem, a on chętnie z nami pozował.


Życzył nam powodzenia, dodał otuchy, mnie osobiście tak nakręcił, że gdy ruszyliśmy z punktu, grupa zaczęła mnie powstrzymywać, bo zaczynałam biec pod górę :) ;)
Ostatni odcinek, kalkulacja Szymona: mamy 15 km, 3 godziny czasu. Mało, mało!Tak naprawdę przed nami było już tylko niewielkie podejście, ale zmęczenie dawało o sobie znać, co przekładało się wprost na powolne tempo, w okolicach 10 minut na km. Na płaskim :P



Czas leciał jak szalony. Parę minut po 18:00 konieczne okazały się czołówki. Tak, te czołówki, na które narzekałam, a jednak! Pooświetlani, "pędziliśmy" w zapadającym zmroku. Aż zrobiło się zupełnie ciemno. Kiedy zostało ok. 5 km i wpadliśmy w las, zaczął się dramat. Długi zbieg się skończył i zaczęło się.... błoto. Znowu cholerne błoto. Okazało się, że moja czołówka nie daje rady... Świeciła dobrze, ale punktowo. Jak biec, gdy widzisz tylko krążek światła? albo świeciłam tuż pod nogi, by się nie przewrócić, ale wtedy nie widziałam, co parę metrów dalej i wpadałam w błotne koleiny, mimo, że obok była suchsza ścieżka. Jak patrzyłam przed siebie, wyszukując lepszej drogi, wpadałam w błoto pod nogami, którego nie widziałam.

Zostałam sama. Szymon konsekwentnie oddalał się. Oliwię i resztę grupy zostawiłam na zbiegu na tyle daleko, że nie widziałam nawet ich czołówek. Tylko ja, obrzydliwe, śliskie błoto, ciemność, głucha cisza i las. I wtedy przypomniały mi się niedźwiedzie.... Pomyślałam, że one może nie atakują, jak się ma czołówkę, raczej się może boją... tego się trzymałam. Na 67 km dogonił mnie kolejny zawodnik z dystansu 150 km. Okazało się, stary znajomy, Rafał Kot :) Mówi, jeszcze 3,5 km, Kama dasz radę!! Tak, 3,5 km, jest 19:20 czy coś i jest błoto. Rafał poleciał, a ja zastanawiałam się, co jest ze mną nie tak. Jak można w tym błocie tak szybko się przesuwać. On tup tup tup i już go nie było. Ja na czterech, z kijami i rozjeżdżającymi się stopami w błocie b r n ę ł a m, nie szłam nawet. I tu zaliczyłam jedyną wywrotkę tego biegu :)
Niedługo przed opuszczeniem lasu dogonił mnie zawodnik z siedemdziesiątki, który... poczekał na mnie zaraz za lasem :) Miałam dylemat, czy czekać na Oliwię i resztę, ale wciąż nie widziałam ich czołówek, a czasu... już nie było. Po wyjściu z lasu, z zawodnikiem rozpoczęliśmy finisz! :P Czyli, marszobieg, ale ustaliliśmy, że na samą metę wbiegamy :) Asfalt, potem chodnik, gdzie ta meta? On szedł, ja podbiegałam, bo nie mogłam za nim nadążyć :) Ostatecznie, wbiegliśmy na metę krokiem startującego :)

Na mecie czekali moi towarzysze podróży, wykąpani i świezi :) Oliwia wpadła na metę niespełna minutę później, nie powiem, ulżyło mi, że zdążyła, bo miałam moralniaka za to niepoczekanie na nią.
Fota na ściance, kąpiel i bus. I medal, krowi dzwonek :)
Okazało się, że dałam radę. Myślę, że to w największej części zasługa Łukasza, który uporządkował moje bieganie i wprowadził odpowiednie jednostki treningowe, wiedząc, gdzie mam zamiar biec. W dalszej kolejności Marcina, który wierzył, że to, że dobiegnę, to oczywista oczywistość i wbił mi to skutecznie do głowy. Dalej, towarzystwo biegowe, nie wiem, jakbym sama miała dość samozaparcia i skutecznej motywacji. :) No i w końcu, pogoda. Cudowna, złota polska jesień i wyjątkowo mało błota, jak na tę trasę, o czym wciąż słyszałam od zawodników, którzy w poprzednim roku biegli łemko.
Mój stan na biegu mogę określić jako: zachwycona :) Było po prostu cudownie i bajecznie, klęłam jedynie na asfalt, ale teraz, po kilku dniach, już o nim nie pamiętam :)
Od tego startu uzależniałam swój kolejny udział w Łemkowynie. Wiem już, że pobiegnę znów. Znów na tej trasie. :)
Czy mogłam coś zrobić lepiej? Nie :) Wszystko było zrobione najlepiej, jak mogło. Nie byłabym w stanie pobiec szybciej, zresztą, skoro zdążyłam, to po co? Prawie 13 godzin cudownej, beskidzkiej przygody.
I wcale nie bolą mnie nogi, no, może trochę, ale zupełnie nie tak, jak się spodziewałam :)


poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Jak ukończyłam Ultramazury :)

Jakbym chciała napisać standardową relację, nikt by nie przeczytał :) Więc postaram się zebrać w punkty parę refleksji, wrażeń z biegu Ultramazury, który odbył się w minioną sobotę.



Miłe spotkania

Z czasem, kiedy biegasz coraz więcej i za biegami jezdzisz po kraju, zaczyna się fajny klimat spotykania znajomych gąb. Tu, tuż po odebraniu pakietu, spotkałam Magdę i Mirka ze Szczytna :) Startował też mój przyjaciel Marcin. Miła niespodzianką był udział w biegu Rafała Kota, z którym przyjechał Rafał Wilczek oraz Hani Sypniewskiej, której chyba nikomu nie trzeba przedstawiać :) Takie spotkania są niezwykle budujące. Z tej grupy jedynie Hania biegła setkę, reszta miała zmierzyć się z dystansem 70 km. 



Organizacja

Bieg Ultramazury jest biegiem kameralnym. Limity na poszczególnych dystansach wynoszą lekko ponad 100 osób. Lubie takie biegi, chociaż zwykle oznaczają one samotny bieg po pierwszych kilkunastu kilometrach. Ale właśnie to lubię :)
Punkty wyznaczone rzadko, jak mi się wydawało, ostatecznie dość często, by niczego nie zabrakło a szczególnie wody, bo pomimo startu o 6:00, temperatura wynosiła ok. 20 stopni.

Organizator ściśle trzymał się regulaminu - nie można było np. odebrać pakietu, bez okazania wyposażenia obowiązkowego. Biuro zawodów sprawnie, można było wykupić od razu dodatkowe ubezpieczenie. Odprawa techniczna przeddzien startu, omówienie trasy jak dla mnie zbyt szczegółowe, bo i tak nie pamiętałam tego potem :) 

Start odliczony punktualnie, mieliśmy chipy przyczepiane do butów. Trasa była oznaczona poprzez taśmy, o różnych kolorach w zależności od dystansu, taśmy wisiały poprzyczepiane na czymkolwiek tak, by mijając jedną, można było widzieć drugą. Dodatkowo były tabliczki kierunkowe, szczególnie na rozdrożach. Wiem, że kilka osób zgubiło się na trasie, trudno mi ocenić to, ja szcześliwie miałam trasę w zegarku, więc w razie wątpliwości widziałam, gdzie biec. Ale sam fakt, że czasem miałam wątpliwości może być wskazówką, że być może w niektórych miejscach nie dość jasno lub nie dość dokładnie trasę oznaczono.

Punkty, na bogato, nie wszedzie wszystko, ale o tym byliśmy poinformowani. Ogólnie, izo, woda, cola, banany, pomidory (!), arbuzy, czekolada, pomarańcze, chyba nic nie pominęłam :)
Minus - będąc jedną z ostatnich (też ostatnią ale o tym później :) ), na punkcie, gdzie powinno być wszystko, zastawałam już tylko banany i resztkę pomarańczy np. na 50km. Ale, nie marudzę, pewnie zawsze tak jest :)

Wolo, super! Mili, pomocni, dodający otuchy. Wielkie dzięki, staliście wiele godzin, a humoru i pogody Wam nie brakowało :)
Zaplecze medyczne, na medal. Dodatkowo, na trasie odbywały się przejazdy ratowników na motorach, w punktach były ambulanse, ja osobiście czułam się bezpiecznie. 

Jeszcze jedna wazna rzecz. Dobiegając pod koniec limitu czasu do mety, czułam, jakbym była pierwsza :) Organizator zadbał o zawodników do samego końca - przybiegający jeszcze po mnie również mogli liczyć na doping na mecie, na liczny komitet powitalny, gratulacje, okrzyki - naprawdę, nic tak nie buduje. Szczerze spodziewałam się jednej, dwóch osób, które pozostaną, by wręczyć medale takim niedobitkom, jak ja, a tu, miłe zaskoczenie. Czekano do samego końca, na każdego zawodnika, witając hucznie :) Brawo org :)

Mój bieg

Był.... znojny. Oczywiście nawet przez moment nie zakładałam, że nie ukończę, ale szybko nastąpiła weryfikacja moich planów. Limity na punktach były dość surowe, ale miałam ładny zapas od początku, więc nadzieje i apetyt wielki na metę. Drugi punkt, na 25 km odwiedziłam już z bolącymi nogami. Taki ból zmęczeniowy, łydki, uda i biodra. Na szczęscie, żadnych bolesnych otarć, ale tu zaczęłam po raz pierwszy myśleć, że jeszcze mam ok. 45 km... Matko! Ale wg planu, miałam biec od punktu do punktu (dzięki Aga za sugestię), więc ruszyłam na kolejne 14 km. Marcin, po drugim punkcie, zostawił mnie i poleciał na swój wynik, więc zostałam ja i trasa. (Marcin dwa czy trzy razy mnie zostawiał, biegł naprzód, po czym doganiał, bo błądził :P... w końcu odbiegł bezpowrotnie :) ).

Trasa, po prostu bajka. Głęboki las, piękny, majestatyczny, momentami ciemny, stary, czasem soczysty zielenią mchów, polany, wzgórza, przebijające tafle jezior miedzy drzewami... Nawierzchnia - każda. Odrobina asfaltu, bruku, poza tym leśne drogi, ubite bądź piaszczyste, szuter, grunt, ale też chaszcze i trawa na bezdrożach, gdzie jedyną ścieżką była trawa wydeptana przez biegaczy :) Wiecie, kiedy tak byłam w tym lesie, zupełnie sama, pomyslałam sobie, że niektórzy boją się sami biegać w lesie, czy chodzić do lasu. Rozejrzałam się. Jestem zupełnie sama. I zupełnie się nie boję :)
Z trasy warto wspomnieć również zapach. Zapach lasu. Tak nie pachnie w Lesie Kabackim czy Chojnowskim. To zapach prawdziwego lasu :)
A, jeszcze profil. Było albo w górę, albo w dół. Mimo, że w sumie przewyższenia nie były wcale jakieś wielkie, długie odcinki nawet łagodnie pod górę wespół z nawierzchnią, którą przeklinałam od początku, mocno dawały w kość :)

W punkcie na 39 km zaczęłam wątpić. Nogi bolały mnie już niemożliwie. Trudno było rozbujać się do truchtu. Te 10 km do kolejnego punktu to była dycha automotywacji... Kamila, to tylko ból - i ruszałam w bieg. Kamila, przebiegłaś już kiedyś taki dystans - i ruszałam w bieg. Kamila, zostały dwa punkty, masz zapas czasu - i ruszałam w bieg. Kamila, teraz zmienisz buty i bedziesz jak młoda bogini...

Do punktu na 50 km dotarłam z postanowieniem opuszczenia tego biegu. Potykałam się o własne nogi. Oznajmiłam wolo, że schodzę, poproszono mnie o chip. Zmieniłam buty, moje adidasy szosowe po salomonach wydały mi się miękkie jak kapcie. Chip leży na ławce... ja siedzę na ławce.... czas biegnie.... Czas? Miałam 50 minut zapasu na tym punkcie. Kurcze, zaczęłam się bić z myslami. Nie dam rady jeszcze 20 km, o nie! Ale, mam 5 godzin... i "tylko" 20 km... ale nie mogę chodzić! Wolo przyszedł po chip. 

Nie schodzę.

Porozciągałam się, założyłam chip i pół godziny przed limitem opuściłam punkt. Przede mną, 16 km do ostatniego punktu a potem 5,5 km do mety.
Po kilkuset metrach zatrzymałam się. Nie dam rady. Łzy płyną, nogi się plączą. Dam. Muszę.
Rozbujałam się w trucht. Udawałam, że nogi mnie nie bolą. Mniej więcej 10 km przed metą przestawiłam zegarek na widok trasy, by nie liczyć ciągle tych metrów, które uciekały bardzo wolno. 
Nagle, dogonił mnie wolo, z pytaniem czy wszystko w porządku. Uśmiechnięty, nie wiem, jak miał na imię, ale on mi uratował zycie. Dlaczego? Mówię, że ok, a on, ściaga czerwone taśmy.
Pytam: Co Ty robisz?? Myslałam, że zwiariował, jak to, ściąga taśmy. A on, że on sprząta trasę. Ja nie kumałam wciąż. Jesteś ostatnia, oznajmił mi. Coooo? No, inni nie zmieścili się w limicie, zamykasz bieg. 
Nie uwierzycie, ale strasznie poprawił mi humor. Ostatnia? Ja? Tego jeszcze nie było :) Ostatnia, czyli mi się udało, a tym innym już nie. Moc nagle przybyła, jeśli mogę tak to ująć :)
Miły wolo biegł sobie przy mnie, ściągając taśmy, nie popędzał, pogadaliśmy o biegach górskich, wspólnych biegach górskich :) , a do mety coraz bliżej.

Nie udało mi się być ostatnią, nawet byłam z tego powodu niezadowolona, ponieważ dogoniłam koleżankę, która miała większe niż ja kłopoty z nogami, a potem przemiłego Francuza, który pobłądził. 
Ostatnie 5 km, z punktu do mety, to było najdłuższe 5 km w moim życiu. Najładniejsza część trasy, wokół jeziora, tuż nad jego brzegiem, ale w lesie oczywiście, zakończona cholernym podejściem, potem jeszcze kilometr płasko. Przez ostatnie kilometry spotykałam również zawodników setki, oni też mieli limit do godz. 18:00, i ta końcówka, razem ze mną, w złym, lub bardzo złym stanie fizycznym, docierała do mety. Szczególnie pozdrawiam Mirasa, za otuchę na ostatnim kilometrze.
Na mete wbiegłam zadowolona, odmówiłam piwa, bo prowadziłam, ale nie odmówiłam sobie wejścia do jeziora. Marzyłam o tym od drugiego punktu :)

Rezultat: 11 godzin, 17 minut, 52 sekundy. 
Stan: ogólny opłakany, ale nogom nic nie jest. Po prostu się zmęczyłam :)
Wrócę tu za rok, a Wam polecam ten bieg, pod każdym względem :)






czwartek, 27 lipca 2017

Lęk wysokości, czy też przestrzeni... czyli co mnie ogranicza (wpis osobisty).


Lęk wysokości. Ile razy słyszę, że ktoś nie skoczy na bungee, bo "ma lęk wysokosci", a jednocześnie wchodzi na most, jeżdzi kolejką górską... myślę, "ja mam LEPSZY lęk wysokości!". Jak to Polak, każdy się ściga na LEPSZE nieszczęście. Ale to nie jest tak.
Wiele lat nie wiedziałam, że mam lęk wysokości. Skąd? Żyłam całą młodość blisko ziemi :) Na nizinach mazurskich. Nie latałam samolotem, nie było u nas gór, przepaści, kładek dla pieszych, ruchomych schodów... nie będę uprzedzać... tylko, karuzel się bałam. Ale te, rzadko przyjeżdzały do naszego miasteczka wówczas.
Wszystko więc grało. Pierwszy raz zdałam sobie sprawę, że coś jest nie tak, kiedy mój wówczas jeszcze nie-mąż, narzeczony, zabrał mnie w góry. Ja, szczur nizinny, podniecony i zachwycony, zostałam mocno sprowadzona na ziemię w tamte wakacje. Pierwszy zonk - kolejka na Kasprowy. Wagonik na nitce. Całą drogę z zamknietymi oczami, kurczowo trzymający się rurki w środku, jak w tramwaju, zaraz po tym, jak zobaczyłam przez okno, że jesteśmy wyżej niż 2 metry nad ziemią. Ledwo to pamietam. Kiedy wysiedliśmy na górze, całe szczęście mimo lata, było zimno i paskudna mgła. Paskudna? Mgła zbawienie!! Nigdzie się nie ruszyłam. Po kilku krokach usiadłam przy wielkim kamieniu i płakałam, że nie idę dalej, że nie wrócę też tym wagonikiem....
Potem, niewinny spacer 10 km nad Morskie Oko. Cudownie! i oczywiście, trzeba wejść na Czarny Staw. Nie bałam się. Póki nie weszłam na ścieżkę. Tępo patrząc pod nogi, na kamienie, nie rozglądając się wokół, bo za mną inni i gęsiego, weszłam. Zeszłam też. Foty mam stamtąd piękne, ale już moje osobiste wspomnienia...
I, kulminacja, kolejka z Gubałówki, krzesełka. Pogoda się psuła, ja umarłam zaraz po ruszeniu. Za wysoko!! Nie patrzyłam, a jeszcze... zatrzymano kolejkę, bo wiatr silny, puszczano co jakiś czas.... A na słupkach info, żeby spokojnie czekać, jak się kolejka zatrzyma, na dalszą jazdę. Spokojnie!!!

To był rok 2002. Wówczas zdałam sobie sprawę, że coś jest nie tak.

Wszystko zaczęło pasować...

Potem, nasi znajomi kupili mieszkanie na 8. piętrze. Na Żoliborzu, a balkon mieli taki malutki, metr na metr, w zasadzie rzygownik. Byłam tam raz, na tym balkonie i myslałam, że zlecę....

Potem, poleciałam samolotem, pierwszy raz, do Anglii. Nie siedziałam przy oknie, ale widziałam, chwilę. Moi współpasażerowie musieli znieść mój żelazny uścisk dłoni, kolo do mnie, "chyba Pani pierwszy raz, widać..." a ja umierałam. Potem, leciałam jeszcze, ale już wiedziałaml, że mam udawać przed sobą, że to nie samolot...

Potem, znów byliśmy w górach. Z dwuletnią Dagmarą. Nie było żadnych kolejek, wierchów.... była za to wycieczka objazdowa, tak sobie wymyśliłam, bo bliżej ziemi.... Bliżej?? Serpentyny dróg górskich po polskiej i słowackiej stronie, kiedy umierałam siedząc w aucie od strony przepaści!! A ja, kurczowo trzymająca się uchwytu drzwi...

Jak wytrzymać to, że na schodach ruchomych z metro centrum patrzę tępo pod nogi, a nigdy nie podniosę wzroku na bok, a już nigdy nie spojrzę w tył. I wciąż to jest... Na kładce dla pieszych nad Puławską przy Jagielskiej, kiedy biegałam z Michałem, szłam środkiem, patrząc centralnie pod nogi, bo bałam się spojrzeć w bok. Kiedy jeżdziłam z Marcinem rowerem, skończyła się droga pod wałem i pozostała droga na wale.... jechałam środkiem na rowerze, patrząc na ścieżkę i starając się nie spaść z roweru... i przeżyć... nie spaść...

Kiedy biegałam cudowną moją Czantorię, myslałam, że bliżej ziemi nie da się być, że to dla mnie. Bieg górski! Po czym, kiedy nastał świt (bieg zaczął się o 5:00 pod koniec listopada), zobaczyłam, że biegnę wąską ścieżką, na zboczu góry. Z lewej był stromy stok, który mogłam dotknąć ręką. Potem pod nogami ścieżka, wąska i śliska, a po prawej... stroma przepaść i otchłań. I ja tam, walcząca z moimi lękami, patrząca znów tępo pod nogi, nigdy w bok. Ja na mecie, gdy jedyna droga na dół prowadziła kolejką krzesełkową i ja po 10 godzinach znoju, z zamkniętymi oczami, kurczowo trzymająca się Krzysztofa, który przyjechał mnie zholować, umierałam po raz kolejny...

Śmieszne? Czuliście kiedyś strach, takie prawdziwy strach, że zaraz zginiecie? Kiedy liczycie ułamki sekund... Kiedy macie życie przed oczami... Kiedy dochodzi lęk o najbliższych, co z nimi!
Takie myśli mam, kiedy jestem wysoko.
Nie jestem tchórzem, staram się stąpać mocno po ziemi. Boję się. Boję się być wysoko. Boję się, że spadnę. A inni śmieją się....
To jest takie.... wkurzające! Ja wiem, że nie spadnę z kładki nad Puławską!!! ale jak tam jestem.... jak wszędzie indziej, panikuję.

Ostatnio, na wesołym miasteczku, w Szczytnie, wsiadłam z córką na karuzelę. Ot, taka płaska, okrągła platforma, na niej okragłe mniejsze platformy a na każdej mniejszej 4 koszyki dwuosobowe. Taka ośmiornica. I to się kręci. Duża się kręci, małe się kręcą i dodatkowo, koszyki się kręcą. Masakra. Wsiadłam, ruszyło. To było kilka dni temu. Zamkniete oczy, dłoń córki prawie zmiażdżona przez moją, dostałam paniki, a tu córka obok, a ja, sparaliżowana strachem....

Lęk wysokości, nadużywany często, jako wymówka, dla mnie walka o życie. Bo tak to czuję, walka o zycie. Oddech zanika, ciśnienie rośnie, pojawiają się skurcze mięśni, i za chwilę mogę paść nieprzytomna.
Chciałabym tyle rzeczy zrobić, skoczyć ze spadochronem, na bungeee... pojechać kolejką w lunaparku. Chcę! ale nie mogę.
Nawet czytałam, czy to da się wyleczyć. Pokonać. Piszą, że trzeba pokonać lęk. Super.
Ale ja okien nie myję w mieszkaniu na 2 pietrze, bo o mało nie wyleciałam, jak spojrzałam w dół....

Jest nadzieja?
Drugi raz jechałam wałem z Marcinem. Dalej się bałam, ale jechałam dużo szybciej. Ostatnio pojechałam do sądu i musiałam przejść kładkę nad Czerniakowską. Zatrzymałam się i spojrzałam na ulicę pode mną. Może to jest metoda, nie wiem.

Dlaczego to piszę? Bo właśnie w Ohio urwało się ramię karuzeli i są ofiary. A ja, na tej karuzeli w Szczytnie, czułam i widziałam, jak za chwilę wypadniemy z tego wagonika, były mocne przeciążenia, Daga się śmiała zachwycona a ja po raz kolejny umarłam....

Nie wiem, czy mogę z tym wygrać. Ale przeraziłam się po raz kolejny, mimo, że już wszystko miałam dopracowane... gdzie patrzeć na schodach ruchomych... nie wychodzić na balkony powyżej parteru...

Nie poddam się, ale nie wiem też, ile razy można umrzeć ze strachu....



niedziela, 7 maja 2017

Czy spieprzyłam maraton?


Ano, wszystko grało. Kolana leczone, wyspana (powiedzmy), regularnie nawadniana i doładowana bananami i czekoladą.
Ale od początku.

Czułam tę moc. Plan był na średnie tempo 5.20 przez pierwsze 20 km, potem... 5.30. i czwórka moja. Tyle teorii....

Polecieliśmy dobrze, ja i Marcin, tempo dobre, zero zadyszek, moc jest, wszystko jest.
Pogoda po prostu idealna!
Wspaniała atmosfera, wspaniała organizacja! Co pare km punkty, bez braków, wszystko nalane, pokrojone... brać i pędzić!

Do mniej więcej 12 km było ekstra. Nawet Marcin mnie hamował, ale oboje czulismy, że to ten dzień! Taka trasa... potem Andrij przyznał, że Dębno sie chowa!
Kolana jak nowe, nic mnie nie bolało, kondycyjnie fantastycznie.... i przyszło. Kostka.
ok. 15 km Marcin zaczał biec z przodu, ja czułam, że jest źle. Zwolniłam go z towarzyszenia mi, Marcin, jak coś, to Cię dogonię...
Poleciał. To był jego dzień, mieliśmy łamać 4, każda zwłoka bez sensu.
A kostka napierd....
Zaczełam liczyć, mam ponad 25 km do końca, no way. Schodzę.
Lecę jeszcze, dużo wolniej, ale lecę. Zdejmuję koszulkę, wsadzam w spodenki. Mam w dupie, że biegnę w samym staniku sportowym, brzuch mi się wylewa z przodu, mam to gdzieś!!!
Ok. 17-18 km dzwoni Marcin, czy ok. Mówię, że schodzę. I konsekwentnie myslę, jak zejść. Dzwoni małż, mówię, przyjedź po mnie. Nie dam rady z tym bólem biec jeszcze ponad 20 km. Znam się, było już wiele maratonów, znam ten ból. Ból ostry, bo zmęczeniowego wcale. Małż się ma zorganizować, dzieci itd, a ja lecę. Muzę włączyłam, lecę w rytm, daję radę. Myślę, nie, nie zadzwonię do małża, jeszcze nie....
26 km, polegam. Schodzę na punkt do auta straży pożarnej. Jest ratownik. Proszę o znieczulenie, Wiem, i znam, co mi zapoda... że na chwilę, ale muszę. Bo już kuśtykam i ide co jakiś czas. Nogi miodzio , tylko ta cholerna kostka.
Ratownik zapodaje zamrażacz, pyta czy chce bandaż. Chcę. On mi owija stope,  mija mnie Paweł Wiśniewski, krzyczy powodzenia!
Ruszam. Bosko jest. Zimno w kostkę, nie boli... jakiś kilometr. Doganiam Pawła, on równo ja na zmianę, biegnę, ide. Ide, bo staję by pomasować kostkę, ide trochę i znów bieg.Wyprzedzam go a on potem mnie... Ale stwierdza, ze jak na kostkę, nieźle mi idzie :)
Za parę, 3-4 km gubi mnie ostatecznie. Ja na punkcie pytam, jak mnie moga zwieźć z trasy. okazuje sie, że jest auto i zbiera niedobitków, ale na samym końcu jedzie. Nie no, tyle czasu...
Myslę i lecę. Jak zejdę z trasy, nie będzie medalu. I znów w marsz. Masaż krótki i ruszam. Tempo spadło znacznie, bije się jeszcze z myslami, plan był, a ja tak....
No i co!
Korzystam z każdej obecnosci sanitariuszy. Oni się przemieszczają i dochodzimy do momentu, że widzą mnie i pytają, czy mrozimy kostkę :)
Mrozimy!
Poznaję biegaczkę, nie pamietam imienia, przepraszam, debiut. Mówi, że debiut. Że musi biec bez zatrzymania, bo jak stanie, nie ruszy. Zalezy jej, więc jakis czas biegniemy obie.
Tzn ja biegnę i zwalniam w marsz a potem ruszam z nią, lub staję do sanitariuszy i powoli do niej dobiegam.
Rudka już, 5 km przede mną. Dzwoni Andrij, czy zyję... już wie, ze miałam zejść z trasy. Mówię, że walczę, ze jeszcze 5 km, się doturlam. Doping super! Najbardziej zapamiętałam chłopców, ok. 8-12 lat, biegli chwile ze mną przy Bricomanie za torami i skandowali - Jesteś zwycięzcą!!
Chłopaki, jak Wam mówiłam, jesteście super!! Zostały ok. 2 km. Już nie idę, jeszcze chwila... Na głównym skrzyżowaniu czeka małż, i biegnie ze mną w dzinsach do samej mety, opuszcza mnie tuż przed, a tu... niesamowity doping!
Widzę na linii mety Renatkę, masę ludzi i komitet medalowy. Kostka.... potykam się, bo biegnę już na słowo honoru, ale bez wpadki. Meta. Medal. Małż, Marcin, znajomi, qrwa, skończyłam!
Na mecie, obowiązkowe foty, Andrij sie pojawił.
Medal... dobrze że pobiegłam jednak, że odwołałam auto. Biegacz... biegacz ma swoje priorytety. Nie poszłam na Wings for Life, bo chciałam koniecznie ten maraton, a że nie wyszedł?...
Wiem dlaczego i zamierzam to poprawić. Kostka spuchnieta lekko, boli jak szlag. ale...
Ale mam to, miała być zyciówka, nie wyszło. Nie dlatego że opierdalałam się i jestem z tego dumna!
Najbardziej jestem dumna, że dobiegłam.
Błędy treningowe, poprawię, miałam dość czasu na przemyślenia ;) w trakcie.
Dziękuję organizatorom, naprawdę bieg był pod życiówkę! Organizacja - idealna. Masa zaangażowanych służb. Policja, Wojsko, Straż, Wolo, Medyczni na rowerach i stacjonarni, patrole maratonu.... bo ruch nie był wstrzymany ogólnie, tylko np na skrzyżowaniach pilnowano, by biegacze mieli pierwszeństwo.
A sami zaangażowani... pomocni, dopingujacy! Dziękuję Wam, na punktach za troskę i pomoc!
Na medal!!!!
A trasa... płaska! Jak stół!! I atestowana, a ja z moim garminem taktowalismy równo każdą tabliczkę z oznaczeniem km :)
Moja zyciówka... wciąż przede mną :)
Na mecie miłe spotkania, uściski i gratulacje. Nawet nie wiedziałam, ze tyle osób mnie zna, bo szczerze i przepraszam, nie wszystkich Was kojarze :) Przed startem powitania z Morsami, Biegaczami, po mecie, to muszę napisać, kiedy spotkałam Józefa Zdunka, Najważniejszą osobę w klubie Jurund, a on mnie po prostu przytulił z gratulacjami, to wymiękłam :)

Dziękuję Andrij Elvis i Marcin, Paweł Wisniewski. Dziękuję Renata Przybyłowska, Grzesiu i inne Morsy! Dziękuję Jurundy za miłe spotkanie i doping.
Dziękuję Marcin Chojnacki za wiare - dzięki Tobie nie odpuściłam. Dałam 110 %, jak orzekłeś. :)
Wiecie.... takiej atmosfery nie ma nigdzie!
Za rok, wrócę. Pokonam Magdalenę Filipiak (mam nadzieję) i zrobię życiówkę (mam nadzieję). A jeśli nawet nie, wiem, ze bedę wspaniale sie bawić!


Czy to znaczy, że spieprzyłam?...

środa, 1 lutego 2017

Never Ending Story

Zaczynam pisać i myślę, że będzie długo. Ale, muszę to opisać. Jak doszło do Lodowatej Niedzieli dla Alicji. Postaram się streszczać.... Jeżeli ktoś przebrnie przez ten tekst, będzie wiedział bardzo dużo. Nie wszystko, ale większość.

Całkiem niedawno temu, pewnego dnia.....

NA MORSOWANIE PRZYSZEDŁ TOMEK

Tomek -debiutant. I nic w tym nadzwyczajnego, gdyby nie to, że okazało się, że Tomek biega :) No więc ustaliliśmy, że skoro my też biegamy, znaczy Ewelina, Michał i ja, to będziemy dawać Tomkowi info, kiedy jest plan na bieg, by mógł dołączyć.
Biegaliśmy wspólnie kilka razy, kilka razy Tomek odmówił. Któregoś razu na bieżni stadionowej biegliśmy trochę obok siebie i Tomek wówczas powiedział, że nie zawsze ma czas biegać z nami, bo ma córkę, która wymaga szczególnej opieki.
Nie zapytałam wówczas - a co jej jest? - jakoś było mi niezręcznie, sądziłam, że Tomek może to uznać za wścibstwo.
A z Tomkiem biegaliśmy nadal, kiedy mu czas pozwolił, dbaliśmy o jego obecność, bo okazał się miłym, pogodnym, bezkonfliktowym kolegą i gdyby mi wówczas nie wspomniał o córce, nigdy bym nie przypuściła, że coś gdzieś może mącić jego spokój.



Wieści same do mnie przyszły. Ewelina któregoś wieczoru przysłała mi link, a tam

POST ŻANETY

#postbardzoosobisty

Przeczytałam. Żaneta, żona Tomka napisała na swoim profilu FB, jak to jest ze stanem zdrowia małej Alicji. Jak to było, kiedy się urodziła. Co się działo. Jak się czuła, jak się czuli.... sami POCZYTAJCIE ....
Płakałam. Zatrzęsło mną. Poczułam się taka mała, taka egoistyczna, taka roszczeniowa, taka wygodna.... Jak to? Córka Tomka? Naszego Tomka? Tomek ma takie kłopoty a ja nic nie wiem? No i oczywiscie, jak on może być taki.... pogodny, uśmiechnięty, normalny??? W takiej sytuacji????
Przegadałyśmy na gorąco temat z Eweliną. Ona też wyła i też nie mieściło jej się w głowie, że nie wiedziałyśmy. wiedziałyśmy, że musimy coś zrobić. Zebrać pieniądze, tylko jak? w głowach miałyśmy kilka pomysłów, ustaliłyśmy, że prześpimy się z tematem. Ale wówczas powiedziałyśmy sobie, że zrobimy absolutnie wszystko, będziemy chodzić, prosić, szukać, pukać, co tylko będzie potrzebne, żeby pomóc.
A Tomek jeszcze nic nie wiedział.
Wkrótce było wiadomo, że Tomek z Żanetą starają się o opiekę fundacji. Czekaliśmy z niecierpliwością na to i na numer konta, żeby rozsyłam prośby o wpłaty. Doczekaliśmy się i zaczęliśmy rozsyłaś informację przez FB.
Na którymś kolejnym bieganiu Ewelina stwierdziła, że możemy zrobić zrzutkę wśród morsów, na coniedzielnym morsowaniu i pieniądze przekazać Tomkowi.
Powiedziałyśmy teraz Tomkowi :)
Powstało wydarzenie Lodowata Niedziela dla Alicji, dla morsów z naszej morsowej grupy Morsy z Piassecziussets. W wydarzeniu była informacja o zbiórce na rzecz Tomka. Do słoika. Miał być słoik z dziurką i tyle w zasadzie.
Pojawiły się głosy o legalności zbiórki. Dodatkowo, zasady współpracy rodziny z fundacją określały sposoby prowadzenia zbiórki. Pogrzebaliśmy w przepisach i stanęło na tym, że ja i Ewelina robimy zbiórkę prywatną, która nie wymaga pozwoleń i zgłoszeń. Całą energię włożyliśmy chwilowo w zapraszanie ludzi do wydarzenia, żeby tych datków zebrało się jak najwięcej. W głowie, nie było żadnych kwot. Tylko chęć pomocy.

Wszystko się zmieniło, kiedy za sprawą Michała o sprawie dowiedział się....

MGOPS

Miejsko-Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej, a właściwie nie Ośrodek, a dwie dziewczyny z Ośrodka. Ewa i Wiola. Na początku za pośrednictwem Michała, a wkrótce już bezpośrednio na specjalnym internetowym czacie, wraz z rodzicami Alicji, rozmawialiśmy, co mozemy razem zrobić.
Okazało się, ze dziewczyny mają doświadczenie w organizacji imprez. Wiedziały jak szybko uporać się z niezbędnymi pozwoleniami, wiedziały, co jest potrzebne.
Wiedziały, do których drzwi zapukać, w zalezności od potrzeb. Wiedziały po prostu wszystko!
Pamiętam na pierwszym spotkaniu, tylko już nie wiem, czy Wiola czy Ewa, jedna z nich powiedziała coś takiego - mamy bardzo, ale to bardzo mało czasu. Ale damy radę :)
Co damy radę? Ano, szybko okazało się, że jedno morsowanie to za mało. Więc ustalamy, że morsujemy cały dzień. Co godzina! Potem okazało się, że morsy mają rodziny. Więc stanęło na pikniku rodzinnym, więc musimy mieć zgode na imprezę i atrakcje. Bo musimy ludzi w zimę zwabić do zabawy :)
Zaczęły sypać się tematy, muzyka, jedzenie, sauna, prowadzący, kiermasz, aaaaaa!! Jakiś szał.
Dziewczyny ogarniały w tempie ekspresowym formalności i podstawowe zaplecze imprezy. My ogarniałyśmy atrakcje, szukałyśmy drewna, jedzenia, muzyki, pisałyśmy maile.....


Natychmiast zwróciłyśmy się do Morsów z prośbą o dary, vouchery i przedmioty od firm. Nie uwierzycie, ale wówczas....

LAWINA RUSZYŁA

A mi zaczęło brakować czasu. Na wszystko. Odzew Morsów był porażający. W ilościach hurtowych pojawiły się vouchery, przedmioty, gadżety. Wszystko. Od bransoletek, przez obrazy, od smyczy, po ramy, rękodzieła, poduszki, maskotki, czapki, a nawet nowe rowery. Kiedy w wydarzeniu zaczęłam wpisywać informacje o kolejnych podarunkach, zrobiło się jeszcze gorzej... ;) Firmy zaczęły same się zgłaszać, bałam się otwierać FB. Zbieralismy, zwoziliśmy, planowaliśmy. Prosiliśmy firmy o atrakcje, nikt nam nie odmówił, wiec mieliśmy juz w zanadrzu zarys tego, co się będzie działo. Konie, treningi, muzyka.... Rozesłaliśmy zaproszenia do grup morsowych w okolicach Warszawy...

I nagłaśnialismy, nagłaśnialiśmy, nagłaśniali znajomi, znajomi znajomych...



WOLOMORSY

Do tworzenia wydarzenia zaprosiliśmy chętne Morsy. Zgłosiło sie kilka osób, które były gotowe pomóc we wszystkim. Okazało się, że tak naprawdę niewiele wiedziałam o niektórych osobach. Niektóre wcześniej źle oceniłam, albo raczej nijak oceniałam. Tu niespodziewanie niektóre osoby, których nie posądziłabym o to, że im się będzie chciało pomóc, bardzo mnie zaskoczyły. Przyznaję to publicznie, bez skrupułów. Wątpiłam i teraz mogę się w piersi bić i kajać.
Nikt nie rzucił słów na wiatr, więc pracy robilo się coraz więcej. I więcej.


OSTATNIE DNI

Tempo pracy zawrotne. Modlitwy o pogodę. W zasadzie ustalenia i załatwianie trwały jedynie z przerwami na sen. Kolejne spotkania, Wiola i Ewa z listami, gdzie systematycznie dopisywały pozycje i odhaczały te już załatwione.... Niedzielny późny wieczór tydzień przed zakończył się projektem plakatu, który wreszcie mogliśmy porozwieszać, gdzie się da. W szkołach, na poczcie, w centrum handlowym, w szkole policji.... :) Dorobilismy się minutowego rozkładu imprezy, dzięki Agnieszce, która z każdą z zaproszonych firm ustaliła plan działania, godzinę wejścia itd.. :)  A licznik wydarzenia bił, zaczęło być już głośno o imprezie, wychodziliśmy zapowiedzi w lokalnej prasie i portalach informacyjnych... przeddzien akcji, do wydarzenia zapisanych było ponad 600 osób, ale wiedzielismy, że to jest wierzchołek góry lodowej....

LODOWATA NIEDZIELA DLA ALICJI

Zaczęła się od soboty. Tego dnia Morsy wycięły wielki przerębel w kształcie serca. To był hit - pomysł Rafała. Absolutnie wielki i absolutnie perfekcyjny. Ogrom pracy, wiele minut spędzonych przez kilka Morsów na zmianę w lodowatej wodzie, by wpychać pod tafle pływające lodowe kawały z wycięcia przerębla....Było widowiskowo :)  Nie wiem jak, natenczas na morsowisku pojawił się Paweł, który miał ze sobą przypadkiem kolegę w specjalnej piance, dzięki któremu oczyściliśmy ostatecznie przerębel z ogromnych kawałków lodu. Przypadkiem też zapewne miał drona w walizce, który zrobił taką fotę przerębla, ze wieczorem w sobotę zapanował istny szał w internecie :)



Co było w niedzielę, wiecie :) Widzieliście, czytaliście...
Rano od 6:00 trwało rozstawianie, rozpakowywanie, rozgrzewanie.... GMOPS stawił się z rzeszą młodych wolontariuszy. Z ramienia Morsów także nie zabrakło chętnych. A było co robić, obsługa stoisk, atrakcji, ogniska, grilla, szykowanie jedzenia, prowadzenie kiermaszu, licytacji, koksowników kwestowanie, pilnowanie porzadku i w końcu, na końcu, zwijanie całego sprzętu :)

Czułam się jak w bajce. Ludzie sami domagali się puszek do wrzucenia datków. Sauna, bania, konie, treningi, tańce, gastronomia a nawet lody cieszyły się ogromnym powodzeniem. Stały kolejki. Ludzie przybyli tłumnie. Setki, a tak naprawdę tysiące. Wspaniała kąpiel zaprzyjaźnionych morsów. Wielu znajomych, wielu debiutantów w przeręblu :) Telewizje, drony... Słońce świeciło, było KOLOROWO. Gorąco! I wszedzie panowały uśmiechy! I to wszystko, w środku zimy i na świezym powietrzu :)



Wielki sukces, ogromna praca nagrodzona wspaniałym piknikiem. Dla mnie, wspaniałe doświadczenie :)
Ogrom dobra, jaki spłynął do nas, a właściwie do Alicji, od firm, instytucji, ale przede wszystkim od zupełnie zwyczajnych ludzi, jest nie do zmierzenia. Czuję, jakbym ich wszystkich znała od lat :)

Ta historia, nie ma końca. Alicja poruszyła ludzkie serca, poruszyła nas. Będziemy dalej walczyć o jej jutro. Bo kto, jak nie my?