Popularne posty

czwartek, 15 grudnia 2016

Tyle się działo, czyli trofea 2016

Tak mnie wzięło na podsumowanie, bo też już nie będzie zawodów w tym roku :)

W 2016 roku wzięłam udział w 16 zawodach sportowych.

Warto wspomnieć sztafetę maratońską :) Biegłam na 5 km, wspaniała zabawa :) Chętnie znów pobiegnę, jeżeli będzie kolejna edycja Maratonu Powiatu Piaseczyńskiego :)


Na 5 km.
Piaseczyńska Piątka....  i Cross Mikołajkowy (brrr!) :)
Piątka to zawsze znój – trzeba się zmęczyć, bo też biegnie się szybko. Piątka asfaltowa, Cross przełajowy. Zawsze po takim biegu mówię, że nigdy więcej. Nie będę wyrokować, czy pobiegnę w 2017, zobaczymy.



Na 6 km - Runmageddon - nigdy więcej :) Przygoda fajna, ale domyć się nie mogłam :) Ubrania długo czuć było błotem, syfem, fuj! Jestem Rekrutem i tak niech zostanie :)



Na 10 km, mój ulubiony dystans.... 3 biegi z cyklu BBL Lasy :) Tropem Wilczym - Bieg Pamięci Żołnierzy Wyklętych (gdzie mam koszulkę??)
Podobno impreza BBL Lasy nie będzie organizowana w 2017 roku. Bardziej spotkanie towarzyskie, niż zawody, nie ma pełnych 10 km trasy. Ale zawsze świetna atmosfera i tłumy znajomych. Chętnie bym pobiegała jeszcze.
Tropem Wilczym – spontan był, 4 pętle po 2,5 km, asfalt. Dopiero zdałam sobie sprawę, że to luty był, bo pamiętam, że było ciepło :) pętli nie lubię, wydawało się, że pyk pyk, po 2,5 km, ale już na trzecim okrążeniu znałam każdą nierówność trasy.... zdecydowanie nie chcę znów.





11 km - II Szczycieńska Dycha Jurunda - to był dramat, pobiegłam w tych zawodach dzień po....maratonie :) Bieg w rodzinnym mieście, raczej lesie – super impreza. Niełatwe, leśne ścieżki, ale płasko, za to piaszczyście. Pomyślę :)


12 km, Men Expert Survival Race - kolega mnie namówił, ale chwała mu za to, bo przynajmniej na crossfit poszłam ćwiczyć. Miało być 12, wyszło prawie 15... Bieg przeszkodowy, więc też błoto w zębach. Już nie :)


Półmaratony mam dwa. Półmaraton Praski oraz Ukiel Olsztyn Półmaraton.
Praski źle wspominam, było strasznie gorąco. Podobno to tradycja tego biegu i podobno w terminie Praskiego można śmiało planować weekend nad wodą. Bo na pewno będzie upał :) Masowy, asfaltowy – nie powtórzę :)
Olsztyn za to.... trudny i dwie pętle. Ale ciekawy :) Pomyślę o tym biegu :)



Maratony mam..... 4 :)
Najpierw Maraton Mazury (43 km), na pewno tam wrócę. Świetne wspomnienia, trudna trasa. Wspaniała organizacja. No i okoliczności przyrody nie do opisania :) Pudło - 3 miejsce :)
Puchar Gór Świętokrzyskich (45km) - też wrócę :) Trasę znam już, znojna ale ma takie przyjemne odcinki :) Pudło było – 3 miejsce. Jak sił starczy to powtórzę, bo te dwa pierwsze maratony przebiegłam w ciągu dwóch tygodni.
Potem Maraton Warszawski PZU - never :P Mam uraz, bo schrzaniłam... Chociaż podobno muszę biec Orlen :P Masowy bieg asfaltowy
No i moja Czantoria, 43 km, wracam!!! Najznojniejszy bieg ever. Wykańczający. Tu byłam prawie 10 godzin na trasie....  I najwspanialej wspominam :)






Bardzo ostrożnie planuję biegi w 2017 roku, chciałabym i tu i tu.... Mam w tej chwili opłacone 3 starty – kwietniową Czantorię 50 km, majowy Maraton Juranda i październikową Łemkowynę 70 km. I mocno się zastanowię, zanim zapiszę się na cokolwiek innego, dłuższego niż 10 km. Bardzo mocno :)


środa, 14 grudnia 2016

O uciekającym szczycie, świętej wodzie, czy łatwo przekroczyć trzydziestkę i gdzie się podziała mina czyli relacja z wycieczki biegowej w Górach Świętokrzyskich :)

Nie mogłam się doczekać tej wycieczki :) Góry Świętokrzyskie darzę szczególnym sentymentem. Najpierw w maju tam właśnie zasmakowałam górskiego biegania, a potem w czerwcu wzięłam udział w zawodach biegowych. Strasznie ciągnęło mnie tam, znów pobiegać, wśród skałek, strumyków, w majestatycznym lesie :)
Na wycieczkę zdecydowali się również Michał z Eweliną, oraz Krzysztof i kilkoro znajomych, w sumie dziesięcioro nas było. I pies :)

                                                      Tuż przed startem, foto: Ewelina

Start zaplanowaliśmy na 9:30, z podnóża Łysicy, a więc wyjazd o 7 z Piaseczna. Humory nam dopisywały, fota w aucie, żarciki, prawie śpiewaliśmy :P

                                                      Jeszcze wesoło :), foto: Ewelina

Im bliżej celu, tym spokojniej :)
Z tyłu auta Joanna, Ewelina i ja, ja coraz bardziej myślałam o tym, jak mnie będą bolały nogi. Ewelina zaczęła mieć coraz bardziej niepewny wyraz twarzy. I co jakiś czas przeszukiwała auto w poszukiwaniu czapki, która nie wiedzieć, jakim sposobem, wciąż migrowała z jej rąk w jakieś zakamarki :)

Na szczęście, albo nieszczęście, w górach panowała mgła. Więc ci, co to pierwszy raz, nie widzieli, gdzie będziemy biegali :)
A Ewelina, Joanna i Michał biegli tu pierwszy raz. No i Ewelina miała na koncie jedynie półmaraton. Płaski.

Na parkingu szybko, sprawnie, bukłaki, plecaki, pierwsza i ostatnia fota w komplecie i ruszamy :)
Na Łysicę podejście, jak dla mnie, najtrudniejszy odcinek, bo skała na skale. Czołówka, czyli wszyscy poza nami trzema, szybko znikła nam z oczu. Podłoże - mokre, miejscami zlodowaciałe, błotne i śliskie. Las wilgotny, mglisty i zalewający nas kroplami wody z drzew przy każdym podmuchu wiatru.

Bliżej szczytu zbiegł do nas Krzysiek, sprawdzić, czy żyjemy, po czym popędził na górę, a na szczycie było miejsce zbiórki.

Zbieg z Łysicy jest dla mnie najfajniejszy. Dziewczyny zadowolone, lecimy. Tu się można rozpędzić, o ile się nieustannie patrzy pod nogi. Więc rozpędzam się ja, na zmianę z Asią, Ewelina też się rozpędza, ale rozsądnie, z zegarmistrzowską precyzją patrząc pod nogi. No tak, tyle jej nagadałam o tych wystających kamieniach, o uważaniu.... ale faktycznie do szybkiego zbiegu trzeba złapać rytm... i liczyć na szczęście :)

Znów spotkanie grupy, przy letnim barze, teraz pustki poza sezonem, wiadomo.

Odcinek asfaltowy potem, my w tych bieżnikach traktorowych, ale przynajmniej błoto się wytrzepało :) Na krótko. Znów las i zaczęliśmy obiegać wzgórze. Tu lekko w górę lub lekko w dół, skałek mało, znów po czołówce ani śladu, paru turystów, Ewelina zaczyna powątpiewać, czy da radę. Dasz! :) Zmieniamy się z Asią, raz ona wybiega do przodu, raz ja, widzę, że ma apetyt, wskazuję jej oznaczenia szlaku – pędź Asia, spotkamy się na wyjściu z lasu :) Pod górę idziemy, w dół truchtamy :) Pilnuję, że jak płasko albo w dół, nie idziemy – czeka nas jeszcze droga powrotna. Szukam u Eweliny miny, tej zabójczej miny, która oznacza ogromną nienawiść do tego, co akurat robi i wielki zagrożenie dla otoczenia. Miała ją na runmageddonie i na pierwszym treningu górkowym w Zalesiu. Oj znam tę minę,  przyjęłam za pewnik, że tym razem również się pojawi, pytanie tylko, kiedy?
Na razie miny brak, trochę bolą nogi, wybiegamy z lasu już we trzy, a zaraz we wsi spotykamy część ekipy, Michała, Krzyśka, Andrzeja, Artura, Ewę i Neo :) Krótki spacer asfaltem i zdobywamy klasztor :)

Kawałek pobiegłam pod górę z Michałem i Andrzejem, namawiali na wspólny bieg do końca, ale chciałam wrócić do Eweliny. Jeszcze chwila.... mocno już zasapana rzuciłam, że tu, te dwa km na samą górę to da się pobiec, bo już biegłam....i zawróciłam w dół :) Ciekawe, czy maszerowali, czy wciąż biegli do samego końca, zapomniałam spytać :)

                                             Taki klimat mokrego lasu ustrzeliła Ewelina :)

Pojawiły się dziewczyny, skonsumowałyśmy na podejściu trochę kalorii i truchtomarszem dotarłyśmy do klasztoru. A na górze – zimno, wieje, mgła lodowata. Czołówka grupy w klasztorze, ciepło miło, toalety.... Uzupełniłam odpadający plaster z kostki (a co mi się ręce trzęsły!), skorzystaliśmy z cywilizowanych toalet i co, i ruszamy!
 Czekała nas droga powrotna, w dół od klasztoru Oblatów, potem obiegnięcie góry i podbieg pod Łysicę. I koniec :)

W dół sfrunęliśmy :) Wieś, polna droga i las. W lesie, korzystając z tego, że Ewelinie asystował Krzysiek, pobiegłam z czołówką :) ależ miałam energii!! Ten przyjemny odcinek, długi, mało skałek, kładki nad strumykami... dotrzymałam kroku biegnącym na czele Michałowi i Andrzejowi, a potem ich.... wyprzedziłam i popędziłam! Jakie to było przyjemne, tak pędzić :)

                               Dowód, że wyprzedziłam chłopaków! Musiałam to uwiecznić :P

Nieżle się zasapałam, więc zrobiłam krótką przerwę i wkrótce dobiegła Joasia i Ewelina z Krzyśkiem :) Ewelina była już cała obolała, ja zresztą też :) We czwórkę okrążyliśmy do końca tę górę i rozpoczęliśmy mozolną końcówkę – wejście na Lysicę.

Tak mi się wydawało, że to tylko mozolna końcówka... Ten cudny odcinek zbiegu z Łysicy, który minął jak błyskawica w przeciwnym kierunku, teraz okazał się....stromy. No, może nie jakoś szczególnie, ale było już dobrze ponad 20 km w nogach, paręset metrów przewyższenia w udach i tyłku, więc to taki everest się zrobił. Krzysiek obliczył, że jakieś niewiele koło 3 km chyba nas czeka. On sam w pewnym momencie pobiegł do przodu, by sprawdzić, jak reszta, której już dawno nie widzieliśmy.
A my stękałyśmy.

Mimo całego bólu i narzekań, dziewczyny nie odmawiały truchtu na tych płaskich odcinkach. Protestowały i biegły. Pomyślałam sobie, że robią tylko po to, żeby jak najszybciej się ta droga skończyła :) Jeszcze tylko do szczytu a potem już tylko w dół.

I nie mogłyśmy dotrzeć. Droga zmieniała się, raz pod górkę, raz płasko. Raz błoto, raz kamienie, powalone drzewa, woda. Tak, to wszystko mijaliśmy zbiegając....zaraz jeszcze to? Jeszcze to?
Szczytu jak nie było, tak nie było. Każde przejaśnienie w dali, każdy powiew wiatru, każdy charakterystyczny fragment drogi powodował, że któraś mówiła – A, to już zaraz powinien być szczyt.
A szczytu nie było.
Miałam wrażenie, że godzinami się wspinamy. Myślałam, że zaraz Krzysiek wróci sprawdzić, skoro nas tyle nie ma. Oni pewnie dawno już przebrani w autach, a my tu po prostu tkwimy w miejscu. Gdzie koniec tej cholernej góry?

W końcu zostało wyrażone wspólne zaniepokojenie – a może to nie ta droga??? Ze zmęczenia człowiek głupieje :) Ta, ta, nie ma innej. A tu się jakoś ściemnia... Powiało w końcu lodowatym wiatrem i zagęściła się zimna mgła. Byłyśmy na szczycie!

                                                                       Ten szczyt....


                                                                      A na szczycie my.....

Nawet fot mi się już nie chciało, ale humory cudowne. Oto, pozostał tylko cudowny, szybki, lekki zbieg, krótki jak uzgodniłyśmy i zaraz u stóp góry czeka auto. Ciasto. Ciepło.

Zbieg okazał się w większej części zejściem. Bardzo bolesnym i trudnym. I długim. Zapomniałyśmy, że tam wielkie skałki. Zapomniałyśmy, że przy zejściu tak uda i kolana bolą, że nogi odmawiają posłuszeństwa. Zaliczyłam jedną niegroźną przewrotkę i szukałam wciąż źródła. Źródła Św. Franciszka, żeby wody się napić :)



Dziewczyny za mną, konkretnie już rozgadane, spokój zapanował, wiadomo, już końcówka. Ale, dłużyło się to zejście. Skończyły się skałki, to jeszcze schody, a jeszcze kładki, a jeszcze progi z bali. Na 30 km odbyły się uroczyste gratulacje dla Eweliny z okazji przekroczenia trzydziestki. Jeszcze fota tu i tam i jest! W końcu źródło. Woda, zimna :)
I wyjście przy tym źródle.

Najpierw na parking miałyśmy wbiec z fasonem. Lekko jak górskie kozice. Nawet zaczęłyśmy, ale szybko nam się odechciało. A z parkingu właśnie odjeżdżało auto z częścią ekipy, a nasze chłopaki..... dopiero się przebierali :)
Okazało się, że przybyli na miejsce parę minut przed nami. A nam się wydawało, że na pewno pobiegli jak łanie i już wygodnie odpoczywają, conajmniej od pół godziny :) Bardzo nam to poprawiło nastroje, a więc, mamy też moc!
Szybkie przebieranie, byliśmy obłoceni jak nieboskie stworzenia. Wszystko z siebie, suche ubrania, wskoczyliśmy do auta, wbiliśmy zęby w ciasto, Andrzej włączył ogrzewanie i zaczęło być bosko :)
Przyznam, że Mc Donalds zaliczyliśmy z Radomiu. Ale to już chyba tradycja po tym biegu.
Miny Eweliny się nie doczekałam. Wszyscy byli zadowoleni. My, obolałe, oni twierdzili, że nie, ale jak wysiadaliśmy z auta na fast food, to wydaje się, że panom gorzej wyszły pierwsze kroki niż nam :)
Minęło już kilka dni, wiadomo, że wrócimy tam, czy gdzie indziej, gdzie można w górę i w dół i długo. Zresztą, Ewelina oszukiwała z tym nigdy więcej, zmieniła zdanie jak tylko usiadła w aucie :)

Nie wiem, czy to kwestia świętej wody, ale nie cierpiałam na drugi dzień :)
A wyszło 5 godzin i 32 km miłego pobytu :P


wtorek, 29 listopada 2016

Metody na mróz i lenia, czyli jak wyjść zimą na trening



Osobiście dla mnie zima jest najlepszą porą do biegania. Po prostu latem... jest za ciepło :) Podczas letniego biegania marzę o tym lodowatym wietrze, a już przynajmniej chłodzącym deszczu... A potem przychodzi zima.....

Rozróżniam 3 pogody zimą:
Mróz
Odwilż
Na plusie

Mróz jest dobry. O ile nie wieje jakoś szczególnie. Najmniej przyjemne jak dla mnie jest zmarznięcie twarzy, pod koniec treningu w zasadzie ciężko coś powiedzieć, ale poza tym, fajne warunki do biegania. Nawet po śniegu :)

Co innego chlapa. Chlapa jest wtedy, gdy pod stopami jest topniejący śnieg, często do tego pada deszcz, a nawet jak nie pada, bieganie oznacza w stu procentach przemoczone buty i grzęznące w brei wodno-śniegowej nogi, a do tego płynący w górę od ziemi, przejmujący ziąb, brrrr... Dla mnie, najgorsze warunki.

Na plusie jest wtedy, kiedy... jest na plusie. Ostatnie bezśnieżne zimy i temperatura około zera, to jest właśnie pogoda Na plusie. Może ew. padać, ale wówczas i tak najłatwiej wyjść z domu, najbardziej komfortowo się biega, najmniej marznie.

Bo zmierzam do tego cholernego, zimowego zimna, które blokuje trening. Kiedy siedzisz przy kupce ubrań biegowych w domu i walczysz – wyjść, nie wyjść. Bo wypada dzień treningu, a tu pogoda po prostu mega nie taka. Taka, o jakiej marzyło się podczas letniego biegu, gdy lał się żar z nieba. Ale to było dawno, i w lato, a tu i teraz coś trzeba przedsięwziąć.


Ubierz się dobrze. Jest zima, musi być zimno. Ale ubranie ocieplanej kurtki biegowej jest zupełnie niepotrzebne. Po pierwszym kilometrze, czyli kilku minutach, po ciele rozleje się przemiłe ciepło, a potem zrobi się za gorąco. Zupełnie niepotrzebnie fundować sobie upał. Moje dotychczasowe doświadczenia biegowe – zimowe – miejskie wskazują, że nawet przy temperaturze -10 stopni wystarczające są dwa długie rękawy – koszulka i bluza biegowa, plus absolutnie cienka wiatrówka na wierzch. Dzięki takiej kompozycji, człowiek jest ubrany w sposób swobodny, wygodny, a jednocześnie ciepły, mimo że dopuszcza do pewnej cyrkulacji powietrza pomiędzy warstwami ubrań. To się sprawdzi ale....

Nie wychłódź się podczas biegu, ani po!! To moja zmora. Mokre od potu ubrania i brak ruchu to natychmiastowe wychłodzenie. Tu winne są postoje (głównie na zrobienie fot). No tak. Fotę najlepiej zrobić przed, ja zawsze robię po, poza tym pogadać jeszcze chwilę się chce... Efekt jest taki, że wchodzę do domu dygocąc z zimna i długo muszę dochodzić do jakiejś ludzkiej temperatury. Dlatego tę dobrą radę dedykuję również sobie, a może przede wszystkim :) Może w tym roku się nauczę.

Umów się z kimś. Najlepsza, stara jak świat metoda motywująca. Umówisz się – pójdziesz. Nie zawiedziesz współbiegacza. On też będzie się zmagał z taką samą pogodą, razem z Tobą. Razem zmokniecie lub pobrniecie w śniegu :) Właściwie w towarzystwie ignoruje się pogodę :) Ale jaką fotę można zrobić po treningu w śnieżycę :) ;)

Nie masz się z kim umówić a pogoda taka paskudna? Nie idź biegać :) Zaskoczenie? Ano, metoda bardzo dobra. Na mnie działa. To się nazywa MORALNIAK. Jeżeli z powodu pogody nie pójdę biegać, a widzę na aplikacjach biegowych, że moi znajomi byli, jestem po prostu zła. Zła za zmarnowany czas treningu, za brak treningu. Rzadko mi się to zdarza, ale naprawdę kac jest, że głupi deszcz/śnieg/wiatr mnie zniechęcił. Zafunduj sobie moralniaka, a następnym razem wspomnienie tego uczucia skutecznie wygoni Cię na zewnątrz :)

Nie masz z kim, pogoda z tych absolutnie do niczego, a Ty masz karnet na siłownie? Już Cię tu nie ma, ćwiczyć marsz! (ale bieganie i tak Ci zalega! :) )


I co z tego, że przede mną już trzecia zima w biegu – co drugi dzień będę siadać przy tej kupce ubrań biegowych i walczyć :)

poniedziałek, 21 listopada 2016

O racjach, czworogłowych ud, czy warto mieć patyki i czym się różni wisienka od gwoździa, czyli jak przeszłam przez Piekło Czantorii.

Zasiadam do pisania wciąż obolała, ale dumna, że z tarczą, a nie na tarczy, ukończyłam ten cholerny bieg...
Bieg, napisałam bieg, ale to nie był bieg. Tylko znój, wspinaczka, samobójstwo, sadyzm organizatora....

Ale po kolei. Zafascynowana bieganiem po Górach Świętokrzyskich, usłyszałam od Krzyśka - chcesz pobiec w prawdziwych górach, prawdziwie trudny górski bieg? No jasne! To się zapisz na Czantorię. To się zapisałam :)
Długo by pisać o panice przedstartowej, nie ma sensu, w piątek popołudniu pojechaliśmy, ja, Tamara i Krzysiek - do Ustronia. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, było już ciemno, ale bezchmurne niebo, w świetle księżyca widać było wielki masyw - co to pytam. No, Czantoria, mówią. To chyba jakiś żart!!
Strach osiągnął zenit, szczególnie, że mam cholerny lęk wysokości. Już się widziałam na tym szczycie gdzieś tam, a wokół przepaście. Nie, nie i nie.

Na razie, było ciemno. I ciepło - termometr pokazywał 13 stopni. Rozlokowaliśmy się w schronisku, z którego był idealny widok na tę straszną górę.  Staraliśmy się jak najbardziej wykorzystać resztki czasu na odpoczynek. O północy startowała Tamara, bieg ultra 63 km. Krzysiek zawiózł ją na start, a ja wciąż nie spałam.
Budzik zadzwonił o 3:00. Góra była tam, gdzie wieczorem, z tą różnicą, że było widać na jej zboczach migające czołówki biegaczy z pierwszego startu. Tam gdzieś Tamara biegła, wyglądało to niesamowicie! Herbata, śniadanie, ekwipunek i pojechaliśmy na dolną stację kolejki. Odprawa techniczna, na której został Krzysiek, wystraszyła mnie do końca. Organizator powiedział, że warunki trudne, bo bo roztopach jest błoto, żeby uważać, opisał trasę, przypomniał o ekwipunku i roamingu, punktach żywieniowych i niedźwiedziach.


Foto Beskidzka160 na raty

Wciąż ciemno. Nie widziałam więc, co mnie czeka. Jeszcze chwila, punktualnie o 5:00 wystartowaliśmy.
Foto Beskidzka 16 na raty

Kawałek płasko, może ze 300 metrów i skręcamy i pod górę. Miałam patyki, Krzysiek stwierdził, że powinnam mieć. Ja nigdy nie używałam tego sprzętu, ale uznałam, że on zna się lepiej, więc wzięłam. Miał rację, o wiele lepiej się wchodziło do góry, kiedy część ciężaru przenosiłam na ręce.


No więc, pierwsza góra, końca nie widać. Biegacze przede mną szybko znikali, za mną może 2-3 światełka czołówek.... Ale nie dałam się ponieść, szłam rytmicznie, natychmiast zlana potem. Miałam przed sobą dwa okrążenia, po ok. 20 km. Na każdym - 5 "górek". Aby dojść do góry i zbieg. Pierwszy zbieg - trudny. Ciemno, chociaż czołówka dawała radę. Organizator mówił o przepaści na tym zbiegu, teraz rozciągała się tam ciemność, więc skupiłam się maksymalnie na patrzeniu pod nogi, tylko myślałam, czy ja dam radę tędy się poruszać, jak już tę przepaść zobaczę w świetle dnia.
Podłoże mnie nie zaskoczyło. Po Górach Świętokrzyskich wiedziałam, jak wyglądają górskie ścieżki, tu doszły tony liści, które skrywały kamienia i patyki i błoto. Już na tym pierwszym zbiegu skąpałam buty w błocie do wewnątrz. Ale, siła była. Drugie podejście, trzecie i faaajny zbieg. Podobało mi się :) Na 8 km zmieniłam kurtkę na przeciwdeszczową, bo zaczęło padać, niby nie mocno, ale nie chciałam przemoknąć.

Tylko czemu nikt mi nie mówił, że będzie aż tak stromo? Stromo pod górę, stromo w dół. Niby wszystko miałam, nawet dokładny profil trasy na numerze startowym... ale jak ktoś nigdy po górach nie biegał, nie chodził, to co mu mówi nachylenie 24, 36%??? NIC!!

No, to się właśnie dowiedziałam :) Na 12 km punkt żywieniowy, rzuciłam się na cytrynę :P I podejście stokiem narciarskim w górę. Te podejścia, poza tym, że były strome, były cholernie długie. Bez końca! Jak iść 1,5-2 km w górę??? Jakie szczęście, że miałam te patyki!!
Jako pojętna uczennica Krzyśka, maksymalnie wykorzystywałam zbiegi - pędziłam wręcz, na ile pozwalał rozsądek, bo jednak strome zbocza są bardzo trudne do zbiegania, szczególnie, że trzeba dodatkowo kluczyć stopami między nierównościami, kamieniami. Miałam limit czasu na pierwsze 20 km - 4,5 godziny. I szło dobrze. Tak dobrze, że sądziłam, że uda mi się spotkać Krzyska na końcu pętli, który startował o 9:00. Wpadłam na start minutę po tym, jak grupa półmaratończyków ruszyła na swoje okrążenie. Krzyśka widziałam dalej hen! już na pierwszym podejściu.

Pełna werwy i energii, skorzystałam z bananów, masy wody i rozpoczęłam powtórkę z rozrywki. Było dobrze. Pierwsze podejście, pierwszy zbieg..... Ta przepaść, w dole strumień, pełno drzew - nie miałam czasu na strach... Pojawiła się dodatkowa trudność - rozjeżdżone przez tłum biegaczy błoto. I zaczęły się schody, często podczas zbiegu zjeżdżałam, ślizgałam się po błocie, a pod górkę nieraz uciekała stopa w tył. Wymiękać zaczęłam na ok. 27 km. Zatrzymałam się, zrobiłam foty. Wiedziałam, że teraz będę wspinać się lasem, gdzie biegnie się wąską ścieżynką na boku stoku, oczywiście, ścieżynka biegnie pod górę :)

Na boku widać było kilka miejsc, gdzie ktoś się zsunął, wyorane w liściach zjazdy, komuś musiała się noga poślizgnąć i spadł ze ścieżki. Zresztą, niektóre osoby miały obłocone tyłki, najpewniej po śliskim upadku.

Biegaczy na drugim okrążeniu spotykałam już wielu, przeważnie ich doganiałam, ale były też dziewczyny, które na zbiegach po prostu mijały mnie w pędzie. Bo na drugim okrążeniu wyszły moje szalone zbiegi z pierwszej części. Bolały mnie uda i lewe kolano. Już mocno ostrożniej zbiegałam, już z użyciem kijów, a uda wyły...

Tym razem wolałam podejścia, chociaż o wiele bardziej męczące, były dużo mniej bolesne. Ale tempo spadło drastycznie, byłam mega wyczerpana. Liczyłam, że drugie okrążenie, skoro pierwsze zrobiłam w 4 godziny, uda mi się maksymalnie do 5 godzin zaliczyć. Jakże się myliłam!! Wspinałam się, biegłam, niby na maksa, a czas pędził jak szalony!!



Atrakcją biegu, jak to mówili, wisienką na torcie, jest podejście do mety. 1400 metrów, nachylenie 36%, droga prowadzi przy słupach kolejki górskiej. Stanęłam tam u podnóża o 14:10, wolontariusz mówi - masz 50 minut, dasz radę!!! Spojrzałam w górę, nie lekko w górę, tylko zadarłam głowę, hen w niebo, bo tam się ciągnął sznurek zawodników, pokonujących ten ostatni, morderczy odcinek.
Wisienka na torcie?? Raczej gwóźdź do trumny. Najbardziej stromy odcinek, mniej kamieni, więcej trawy i błota. Patyki, cudowne patyki i ja, wbijająca je systematycznie i wciągająca swoje stopy kroczkami długości stopy, wisząca na patykach, gdy nogi zjeżdżały w błocie, mozolnie czołgająca się ku górze.
A czas leci....

O 15:00 koniec, zamykają metę. 14:30, a ja mniej więcej w połowie stoku. Serce wali, oddechu brak, woda się skończyła.
Qrwa Kamila, musisz!
Starałam się nie zatrzymywać, starałam się nie najszybciej, ale nieustannie podciągać się w górę, jakto, być tu i nie zdążyć? Coraz bardziej realne to było. Koło mnie podobni, zmasakrowani zawodnicy, ale wyprzedzałam. Omijałam i już ostatni metr i lina, nie miałam siły się na tej linie podciągnąć... Wygramoliłam się w końcu.... Gdzie meta?????
Nie opiszę bluźnierstw, jakie wówczas chciałam temu, stojącemu tam wolo wykrzyczeć. Do mety jeszcze nie wiem, 100-200 metrów trawką, łączką zieloną.... oczywiście POD GÓRKĘ!!!

14:43 czy coś. Idę, po prostu wlokę swoje zwłoki za kijami. Kije idą same, ciągną mnie, długość kroku wynosi nawet nie stopę. Pół stopy.
Meta.
Medal.

Nie ma wody, ale są pączki. I piwo.
Żrę pączki, piję piwo, ręce mi się trzęsą. Trzęsie mnie zimno, jakaś dziewczyna z obsługi pyta, czy aby na pewno wszystko ok. Jasne, qrwa, nie widać!!!!

Zadzwoniłam do Krzyśka i powiedziałam, że nie chcę go widzieć. Nigdy!!!
Przyjechał na górę, kolejką linową. Chciałam schodzić w dół, od samego patrzenia na te krzesełka kręciło mi się w głowie....
Wsadził mnie na te krzesełko, kurczowo trzymając się Krzyśka jedną ręką, a drugą zasłaniając oczy, wyobrażałam sobie, że jadę pociągiem czy czymś. Nawet nie spojrzałam w dół.

Oficjalnie 9:50:38. Wg Tamary i Krzyśka, mój sukces :) Wg mnie - też. Najpierw co prawda byłam zła, ze ledwo się zmieściłam w limicie. Ale zdałam sobie sprawę, że popełniłam coś niesamowitego, zrobiłam 11 długich i stromych podejść w niespełna 10 godzin, pokonując 42 kilometry!

Uznaję wszystkie racje Krzyśka.
1 Racja. Będzie bolało. Bolało, boli jeszcze!!! Tak cholernie boli!!
2 Racja. Patyki się przydadzą. Krzyśku, bez patyków nie ukończyłabym tego biegu.
3 Racja. To trudny bieg. Tak, rozumiem już, co znaczy trudny, jak Ty coś tak nazywasz.
4 Racja. Z mety trzeba będzie zjechać kolejką. Zjechałam.....
5 Racja. Będzie Pani zadowolona.
Jestem :) :) :)

To kiedy jedziemy znów??



poniedziałek, 14 listopada 2016

Dlaczego morsowanie jest fajne?

Dlaczego, no właśnie. Zimno przecież...a do tego trzeba się zmoczyć!


A wszystko dlatego, że rok temu chlapnełam buzią Maćkowi, który chwalił się morsowaniem z kilkoma kolegami, że następnym razem ja też. No i przyszedł następny raz, a ja nie bardzo miałam wymówkę....
No bo po tym następnym razie znów przyszedłby kolejny następny - uznałam, że raz i koniec, w koncu ostatecznie się przeziębię.
Wówczas nie było przerębla jeszcze, więc trzeba się było zsunąć z trawiastego brzegu do wody, dla mnie nieco ponad kolana. Maciej popędzał, jak wejdziesz to od razu wchodzisz dalej, raz, raz!
Weszłam i mnie zatkało :) W wodzie byłam ok. 20 sekund jak sądzę, czyli weszłam i... zwiałam :)



Ale spodobało mi się. Oczywiście żadnego przeziębienia nie było :)
Przyszedł kolejny raz... i kolejny....a wciąż byłam jedyną dziewczyną wśród piaseczyńskich morsów, zresztą w sumie naraz przychodziło nas 3-7 osób.



Potem przyszedł czas na wydarzenia na FB. I lawina ruszyła. Pojawiły się kolejne osoby, w końcu dziewczyny! Iwonka absolutnie pierwsza, a tydzień później, już do przerębla wskoczyła Ewelina, która jest najaktywniejszą Foką Piaseczna :)

Kolejnym trudnym doświadczeniem był przerębel właśnie. Chłopaki wykuwali otwór w lodzie, i juz nie było wejścia do wody, od brzegu, tylko od razu trzeba było wskoczyć po pierś w ciemny otwór, prosto z lodu :)

Pierwszy raz znów trudny, wskoczyć... nie wskoczyć.... Tu nie da się wycofać. Albo się od razu jest w głębokiej wodzie, albo trzeba się ubierać.


A nie-morsy, albo potencjalne morsy pytają: a nie zimno Wam? A nie przeziębiacie się? Tak, zimno nam! O to właśnie chodzi w morsowaniu, że schładzamy się celowo, krótko, a porządnie, po rozgrzewce. Dlatego też, nie chorujemy! A morsowanie.... uzależnia :) Co niedziela myślę, rany, nie chce mi się, znowu zmarznę.... i jadę i marznę i cieszę się, że nie zostałam w domu :)

A do tego należy dołożyć wspaniałą atmosferę wspólnych kapieli :) Ludzie, którzy przychodzą na Lodowatą Niedzielę, są podobni - odważni, lubiący przygody, z poczuciem humoru, wybierający zamiast ciepłego łózka zimne doznania i świetny nastrój. I nie ma tu znaczenia wiek ani płeć - absolutnie nie ma żadnych ograniczeń, poza tymi, które siedzą w głowie.


Kolejny sezon rozpoczęty. I już jest nas bardzo dużo, od pierwszego morsowania przybywa każdorazowo przynajmniej kilkanaście osób, wciąż debiutują kolejne i.... zostają z nami :)
Warto spróbować, co niedziela na Górkach Szymona, o 9:15 wędkarze klną, gapie nie mogą się nadziwić, a morsy świetnie się bawią :)

piątek, 11 listopada 2016

Czy aby nie wyszłam z wprawy?

Skandal! Ostatni mój blogowy post z września 2015 :)
A tyle się działo.... Nie tylko dobrych rzeczy, chyba w pewnym momencie trudno mi było pisać tu....
A dzisiaj Michał pyta: Masz pół godziny czasu? No, mam! To napisz jakąś relację!
Właściwie, czemu nie? Jak pozbierałam, pobieżnie, wydarzenia, okazało się, że uzupełnienie historii jest niemożliwe. Ale możliwe jest napisanie o tym, co jest teraz :)

A jest... Święto Niepodległości! I oczywiście, biegi okolicznościowe w wielu miastach, w tym w Warszawie. A najwcześniej.... w Piasecznie :) Z okazji święta, a raczej dnia wolnego, zdecydowaliśmy się pobiegać dłużej. Długie, wolne wybieganie.... Wczoraj do późna trwały targi, co to znaczy wolne... Ja twierdziłam, że tempo 6 jest wolne. Michał uważał, że 5. Można powiedzieć, że osiągnęliśmy pełen kompromis, stanęło na 5:30, chociaż byłam pewna podejrzeń i nieufności w stosunku do Michała, który zwykle powoduje, że planowane tempo rośnie przynajmniej o 20 sekund na kilometr.

Rano klęłam, znów, jak wolne, ja sobie wymyślam atrakcje skoro świt. O 8:00 miał być bieg. A sen? Zaparkowałam grzecznie pod Biedronką i zanurzyłam się w telefonie. Na chwilę. Łomotem w szybę, który poderwał mnie, rzekłabym na równe nogi, ale jednak siedziałam w aucie, raczej porządnie wystraszył, Michał oznajmił swoją obecność ZA PIĘĆ.

Jaki był rześki... wesoło oznajmił, że w taki wolny dzień możemy sobie śmigać ulicami, bo mały ruch będzie.... a śnieg sypał dzisiaj porządnie. Chwilę Dworcową i musieliśmy spadać na śliski chodnik, bo ZTM nadjeżdżał.... ale faktycznie zaraz za torami, zrobiło się miło, pusto i spokojnie. Cały czas było spokojnie, chociaż jak to na początku biegu, póki się nie rozgrzeję, raczej się zasapałam. Nie szkodzi, Michał miał wenę na rozmowę, a ja reagowałam podniesieniem kciuka, sapnięciem, krótkim tak lub nie, albo hihi lub haha :)

Pogoda na bieg - idealna. Chodnikiem się nie dało, ale rozjeżdżona ulica była fajnie przyczepna, więc biegło się super. Ja bez rękawiczek, ale zupełnie nie marzłam.

Najpierw mi się dostało za brak flagi, wszak święto. A przynajmniej jakiegoś transparentu. No i poszło gładko.... o stopniach wojskowych było, o wymiarze czasu pracy, o mundurach i brakach, o magazynach, o roli policji w święta narodowe i inne, o dwudziestu złotych.... to do skrzyżowania. Michał oznajmił, że w zależności od sił, mogę zdecydować o długości biegu w kilku miejscach, on wskaże kiedy, a ja mam mówić czy już, czy jeszcze nie :)

No więc, pierwsze skrzyżowanie, 12 km czy więcej. Więcej! :) Pobiegliśmy prosto, zamiast w lewo, tam jest potem taki odcinek gruntowy, ale w zasadzie ja już miałam wodę w butach, więc wszystko jedno.

Znów cudny asfalt, nieliczne auta, śnieg sypie.... wspominaliśmy jeden z ubiegłorocznych biegów - chłopaki Tomasz i Michał robili sobie foty, było chyba -14 stopni, wyglądali jak Ludzie Północy - oszronione brwi, rzęsy, zarost.... Tym razem też płatki śniegu kleiły się do twarzy, ale jednak zbyt ciepło na to, żeby być oszronionym :)

Obgadaliśmy sprawy urlopowe, ferie, gdzie co i jak najlepiej, Michał chce narty, ja się raczej bym połamała, więc nie chcę nart. Przy okazji dowiedziałam się, że kurtka narciarska Michała jest koloru zielonego, dla niewtajemniczonych to żadna informacja, aleja byłam conajmniej w szoku. Kiedyś może opowiem :)

Potem ten mój maraton.... wszystkie strachy i leki z siebie wylałam, dzięki kolego za cierpliwość ;)

Jeszcze było o luźności paska zegarka, o strefach tętna, a potem było.... cicho. Trochę odpoczęlismy od rozmów a chłonęlismy krajobraz, pierwszy taki zimowy w tym roku, cudny na drzewach i polach, mokry pod nogami. W butach mi chlupotało, Michał twierdził, że mu jeszcze nie i kolejna decyzja - 18 km czy 21.

18! Michał stwierdził, że ew. DOBIEGAMY na końcu :) wiedziałam, że ja nic nie będę dobiegiwać, ale przemilczałam :P

Na skrzyżowaniu przy torach koncertowo zostaliśmy ochlapani przez auto, nawet Michał bardziej, niż ja, no i się zaczęło. Kompletnie już mokry Michał zaczął biegać po kałużach, a raczej przestał je omijać. Jako biegnąca obok, zostałam hojnie obdarzona rozchlapywaną przez niego wodą. Potem jeszcze zaczął skakać.... Jak go uspokoić???

Już zresztą tempo spadało. Moje, żeby była jasność. Założyłam dzisiaj nieopatrznie adidasy i oczywiście pod koniec odezwały się kostki, więc biegło się coraz mniej komfortowo. Od tych torów jest najfajniejszy odcinek trasy, w zasadzie wciąż w dół, a że wolniej, znów się zaczęło gadanie. Tym razem było o podawaniu ręki, zgodziliśmy się, że jak ktoś podaje rękę bez uścisku, tzw. śledzia, czy też płetwę, to od razu jego notowania są niskie, nawet jeżeli się go nie zna. I poszło dalej, o mowie ciała, o tym, jak sposób zachowania i ruchu mówi o tym, jak się czujemy, jaki mamy stosunek do rozmówcy itd... No to za ciosem było o rowerach, szprychach plecionych na 4 i 2, ale nie wiem dokładnie o co chodzi, w każdym razie na 4 to dobre dla bmx a na 2 dla rowerów jeżdżących do przodu....

Już na Dworcowej obtrąbiła nas znajoma z auta, wyłączyłam zegarek ledwo przekroczyłam 18 kilometr. STOP!
Chwila kombinacji z fotami, ostatecznie mi wyszła jedna z samowyzwalacza, więc Michał cyknął parę z rąsi, muszę przyznać, że ładne foty robi jego złoty telefon.

Jestem w szczególnie dobrym nastroju po tym biegu, ostatnie wybiegania zwykle przebiegały.... jak zwykle, czyli szybko. Zbyt szybko na rozmowę (ale niezbyt na to, by Michał mógł mówić, nigdy :P ), zwykle bardzo wyczerpująco dla mnie. A dzisiaj miło, niezbyt ciężko, miałam czas nawet się porozglądać, m.in. zauważyłam po drodze takie auto, z mega niskim zawieszeniem, czy raczej nisko osadzoną karoserią, a Michał stwierdził, że ono "zawsze tam stoi"... :P

A tu nasze dzieła :)






A, tempo średnie biegu wyszło 5:30. Michał, mistrzowsko to rozegrałeś :P