Popularne posty

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Jak trafiłam do bajki

Za górami, za lasami... :) Tam się zwykle dzieją bajki. I jeszcze dawno, dawno temu.

Tymczasem wcale niedaleko i wcale niedawno, była sobie bajka.

Była sobie Kamila i Marta, które postanowiły pobiec w niedzielę na 20 km. Dzień rozpoczał się bez słońca, ale za to ciepło, więc o 7.10 pod szkołą, jak zwykle :)
Ja zabrałam swój bukłaczek, Marta butelkę, więc wiadomo było, że będziemy piły. Plan był bez planu, czyli droga na Zabiele tam i z powrotem.
Świeżo po BBL, ale nastawione na pełen relaks, nie spieszyłyśmy się. Troche obgadałyśmy poniktórych znajomych, trochę o bieganiu, trochę o dzieciach - jak to matki równolatek.
W pewnym momencie Marta stwierdziła, że ona to w ogóle nie lubi takich tras, gdy biegnie do punktu i z powrotem ta samą drogą :) Oooo, w sumie, pusta ta droga, asfalt, poza przyjemnoscia biegu emocji brak... No to ok. Mamy GPS, mamy komórki z internetem, mapami, cuda, więc szybko
określiłyśmy ogólną trasę i wbiegłyśmy w las. Po prostu. No przecież się nie zgubimy!

Pierwsza część lasu, do drogi 57, była znaczona robotą drwali, leśników - porządki, porządki, wycinki, składy drewna. Zapach świeżego drewna. Pieńki, przecinki. I strumyk. Tu krótki postój i kontrola trasy, jest ok.
Drogę "warszawską" przebiegłyśmy tylko i od razu zanurzyłyśmy się w drugi las. Ten już nie był tak uporządkowany, zapracowany, ten był dziczą! Początkowo dość ciemny, gęsty, przeszedł w jasny liściasty, bo biegłyśmy wśród torów kolejowych, nieużywanych od lat. To był jedyny moment
cywilizacji, na który sobie pozwoliłyśmy. Minęłyśmy miejscowość Siódmak, zrezygnowałyśmy z dalszego biegu przy torach i wbiegłyśmy w taką mocno leśną drogę, zarośniętą trawą i kwiatkami, nieużywaną przez samochody od bardzo dawna. wydawało się, że biegnąc ta drogą dobiegniemy do
kolejnego asfaltu, w miejscu, gdzie asfaltowa droga mocno się wznosi w stronę miasta. Tak, miał być szybki podbieg!

I właśnie wtedy wyszło słońce. Las zajaśniał przesianymi między jasnozielonymi liśćmi promykami słońca, zabielał morzem kwiatów wiosennych, białych dzwonków, które było po prostu wszędzie. I uderzający zapach tych kwiatów. No i nas zatkało. Ja to nawet przestałam uważać na nogi na tej ścieżynce, bo nie miałam czasu patrzeć w dół. Bo już nie pamietam, kiedy ostatni raz widziałam coś równie pięknego :) Tylko czekać, aż pojawi się faun jakiś, naprawdę wierzyłam wówczas, że możemy spotkać leśnego stwora z bajki!

I tak biegłyśmy, i co chwila wypuszczałyśmy ochy i achy, teraz jak sobie przypomnę, to śmiać mi się chce, wyobrażając sobie, że mówimy to wszystko w innej scenerii.... :) Ale pięknie! Patrz tam! O matko! Jak cudownie! - ot tak mnie więcej wyglądała nasza rozmowa w lesie :)
Było też bliskie spotkanie...sarna, stała na polanie, tyłem-bokiem do nas, a my byłyśmy już bardzo blisko. Kiedy sięgnęłam po komórkę (fota!), ona zauważyła nas kątem oka i zwiała, tylko ogon nam mignał. Tym razem to nie było jak zwykle, kiedy widzi się przebiegające sarny. Tym razem
ona czuła się super spokojna i bezpieczna, a my ją zaskoczyłyśmy swoją obecnością w środku lasu, z dala od dróg :)

Mroczną częścią bajki jest to, że trochę oprzytomniałysmy z tego zauroczenia, przecież skoro o mało nie zdeptałyśmy sarny, to nie wiadomo czy nie nastąpimy na dzika... :)
Zgodnie z ponurym proroctwem Marty, wybiegłyśmy na asfalt tuż przed wzniesieniem. Ale, nie wiadomo, czy dlatego, że nam się nie chciało tego podbiegu, czy dlatego, że trochę zaczęło nam brakować km do tych 20, asfaltem biegłyśmy może 200 metrów i... znów nura w las :) A tu choć początkowo miło, las zemścił się za lenistwo podbiegowe na asfalcie swoimi podbiegami, na dużo mniej wygodnej nawierzchni. Ależ było mocno! Marta przy kolejnym podbiegu sprytnie zwolniła, udając, że widzi wiewiórkę wspinającą się na drzewo... ja tam nic nie widziałam, ale zwolniłam, pilnie jej wypatrując. Ach, lenistwo! :)

Jeszcze jedna kontrola trasy na rozstajach, chodziło o to, by nie zapuścić się tak daleko w las, żebyśmy nie miały potem zbyt daleko, by wrócić o własnych siłach :) Wybiegłyśmy planowo, od zachodniej strony miasta. Mi się picie dawno skończyło, Marta miała dwa razy tyle co ja,  więc
biegłam i marzyłam o ogólnodostępnym kranie, zastanawiałam się, jak łatwo odkręcić hydrant p.poż. i takie tam, w słońcu i cieple. Wodopój znalazłam w całodobowej przychodni, jaką mijaliśmy po drodze. Jeden bukłak kranówki wypiłam na poczekaniu, drugi wzięłam ze sobą :)

Dalej nie ma co opowiadać, bajka skończyła się w momencie wyjścia z lasu. I mimo, ze często wracam myślami do tych widoków i tego zapachu, długo nie miałam w ogóle koncepcji, jak zacząć ten opis. Właściwie już go napisałam, ale wiem, że w żaden, nawet najmniejszy sposób nie pokażę nikomu tego cudu lasu. Inaczej mogę pokazać - zaprosić TAM na bieg :)

Wiecie co? Zrobiłam masę zdjęć, ale nie mogę ich tu umieścić. Bo ani na gram nie oddają tego uroku, jaki mogę spróbować tu opisać :)

Nie byłyśmy zasapane, tylko miło zmęczone, i chyba myślami wciąż w tym lesie :)

Marta piękne 19, ja 21,wybiegane, zauroczone - tak się powinno zaczynać niedzielę :)