Popularne posty

wtorek, 29 listopada 2016

Metody na mróz i lenia, czyli jak wyjść zimą na trening



Osobiście dla mnie zima jest najlepszą porą do biegania. Po prostu latem... jest za ciepło :) Podczas letniego biegania marzę o tym lodowatym wietrze, a już przynajmniej chłodzącym deszczu... A potem przychodzi zima.....

Rozróżniam 3 pogody zimą:
Mróz
Odwilż
Na plusie

Mróz jest dobry. O ile nie wieje jakoś szczególnie. Najmniej przyjemne jak dla mnie jest zmarznięcie twarzy, pod koniec treningu w zasadzie ciężko coś powiedzieć, ale poza tym, fajne warunki do biegania. Nawet po śniegu :)

Co innego chlapa. Chlapa jest wtedy, gdy pod stopami jest topniejący śnieg, często do tego pada deszcz, a nawet jak nie pada, bieganie oznacza w stu procentach przemoczone buty i grzęznące w brei wodno-śniegowej nogi, a do tego płynący w górę od ziemi, przejmujący ziąb, brrrr... Dla mnie, najgorsze warunki.

Na plusie jest wtedy, kiedy... jest na plusie. Ostatnie bezśnieżne zimy i temperatura około zera, to jest właśnie pogoda Na plusie. Może ew. padać, ale wówczas i tak najłatwiej wyjść z domu, najbardziej komfortowo się biega, najmniej marznie.

Bo zmierzam do tego cholernego, zimowego zimna, które blokuje trening. Kiedy siedzisz przy kupce ubrań biegowych w domu i walczysz – wyjść, nie wyjść. Bo wypada dzień treningu, a tu pogoda po prostu mega nie taka. Taka, o jakiej marzyło się podczas letniego biegu, gdy lał się żar z nieba. Ale to było dawno, i w lato, a tu i teraz coś trzeba przedsięwziąć.


Ubierz się dobrze. Jest zima, musi być zimno. Ale ubranie ocieplanej kurtki biegowej jest zupełnie niepotrzebne. Po pierwszym kilometrze, czyli kilku minutach, po ciele rozleje się przemiłe ciepło, a potem zrobi się za gorąco. Zupełnie niepotrzebnie fundować sobie upał. Moje dotychczasowe doświadczenia biegowe – zimowe – miejskie wskazują, że nawet przy temperaturze -10 stopni wystarczające są dwa długie rękawy – koszulka i bluza biegowa, plus absolutnie cienka wiatrówka na wierzch. Dzięki takiej kompozycji, człowiek jest ubrany w sposób swobodny, wygodny, a jednocześnie ciepły, mimo że dopuszcza do pewnej cyrkulacji powietrza pomiędzy warstwami ubrań. To się sprawdzi ale....

Nie wychłódź się podczas biegu, ani po!! To moja zmora. Mokre od potu ubrania i brak ruchu to natychmiastowe wychłodzenie. Tu winne są postoje (głównie na zrobienie fot). No tak. Fotę najlepiej zrobić przed, ja zawsze robię po, poza tym pogadać jeszcze chwilę się chce... Efekt jest taki, że wchodzę do domu dygocąc z zimna i długo muszę dochodzić do jakiejś ludzkiej temperatury. Dlatego tę dobrą radę dedykuję również sobie, a może przede wszystkim :) Może w tym roku się nauczę.

Umów się z kimś. Najlepsza, stara jak świat metoda motywująca. Umówisz się – pójdziesz. Nie zawiedziesz współbiegacza. On też będzie się zmagał z taką samą pogodą, razem z Tobą. Razem zmokniecie lub pobrniecie w śniegu :) Właściwie w towarzystwie ignoruje się pogodę :) Ale jaką fotę można zrobić po treningu w śnieżycę :) ;)

Nie masz się z kim umówić a pogoda taka paskudna? Nie idź biegać :) Zaskoczenie? Ano, metoda bardzo dobra. Na mnie działa. To się nazywa MORALNIAK. Jeżeli z powodu pogody nie pójdę biegać, a widzę na aplikacjach biegowych, że moi znajomi byli, jestem po prostu zła. Zła za zmarnowany czas treningu, za brak treningu. Rzadko mi się to zdarza, ale naprawdę kac jest, że głupi deszcz/śnieg/wiatr mnie zniechęcił. Zafunduj sobie moralniaka, a następnym razem wspomnienie tego uczucia skutecznie wygoni Cię na zewnątrz :)

Nie masz z kim, pogoda z tych absolutnie do niczego, a Ty masz karnet na siłownie? Już Cię tu nie ma, ćwiczyć marsz! (ale bieganie i tak Ci zalega! :) )


I co z tego, że przede mną już trzecia zima w biegu – co drugi dzień będę siadać przy tej kupce ubrań biegowych i walczyć :)

poniedziałek, 21 listopada 2016

O racjach, czworogłowych ud, czy warto mieć patyki i czym się różni wisienka od gwoździa, czyli jak przeszłam przez Piekło Czantorii.

Zasiadam do pisania wciąż obolała, ale dumna, że z tarczą, a nie na tarczy, ukończyłam ten cholerny bieg...
Bieg, napisałam bieg, ale to nie był bieg. Tylko znój, wspinaczka, samobójstwo, sadyzm organizatora....

Ale po kolei. Zafascynowana bieganiem po Górach Świętokrzyskich, usłyszałam od Krzyśka - chcesz pobiec w prawdziwych górach, prawdziwie trudny górski bieg? No jasne! To się zapisz na Czantorię. To się zapisałam :)
Długo by pisać o panice przedstartowej, nie ma sensu, w piątek popołudniu pojechaliśmy, ja, Tamara i Krzysiek - do Ustronia. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, było już ciemno, ale bezchmurne niebo, w świetle księżyca widać było wielki masyw - co to pytam. No, Czantoria, mówią. To chyba jakiś żart!!
Strach osiągnął zenit, szczególnie, że mam cholerny lęk wysokości. Już się widziałam na tym szczycie gdzieś tam, a wokół przepaście. Nie, nie i nie.

Na razie, było ciemno. I ciepło - termometr pokazywał 13 stopni. Rozlokowaliśmy się w schronisku, z którego był idealny widok na tę straszną górę.  Staraliśmy się jak najbardziej wykorzystać resztki czasu na odpoczynek. O północy startowała Tamara, bieg ultra 63 km. Krzysiek zawiózł ją na start, a ja wciąż nie spałam.
Budzik zadzwonił o 3:00. Góra była tam, gdzie wieczorem, z tą różnicą, że było widać na jej zboczach migające czołówki biegaczy z pierwszego startu. Tam gdzieś Tamara biegła, wyglądało to niesamowicie! Herbata, śniadanie, ekwipunek i pojechaliśmy na dolną stację kolejki. Odprawa techniczna, na której został Krzysiek, wystraszyła mnie do końca. Organizator powiedział, że warunki trudne, bo bo roztopach jest błoto, żeby uważać, opisał trasę, przypomniał o ekwipunku i roamingu, punktach żywieniowych i niedźwiedziach.


Foto Beskidzka160 na raty

Wciąż ciemno. Nie widziałam więc, co mnie czeka. Jeszcze chwila, punktualnie o 5:00 wystartowaliśmy.
Foto Beskidzka 16 na raty

Kawałek płasko, może ze 300 metrów i skręcamy i pod górę. Miałam patyki, Krzysiek stwierdził, że powinnam mieć. Ja nigdy nie używałam tego sprzętu, ale uznałam, że on zna się lepiej, więc wzięłam. Miał rację, o wiele lepiej się wchodziło do góry, kiedy część ciężaru przenosiłam na ręce.


No więc, pierwsza góra, końca nie widać. Biegacze przede mną szybko znikali, za mną może 2-3 światełka czołówek.... Ale nie dałam się ponieść, szłam rytmicznie, natychmiast zlana potem. Miałam przed sobą dwa okrążenia, po ok. 20 km. Na każdym - 5 "górek". Aby dojść do góry i zbieg. Pierwszy zbieg - trudny. Ciemno, chociaż czołówka dawała radę. Organizator mówił o przepaści na tym zbiegu, teraz rozciągała się tam ciemność, więc skupiłam się maksymalnie na patrzeniu pod nogi, tylko myślałam, czy ja dam radę tędy się poruszać, jak już tę przepaść zobaczę w świetle dnia.
Podłoże mnie nie zaskoczyło. Po Górach Świętokrzyskich wiedziałam, jak wyglądają górskie ścieżki, tu doszły tony liści, które skrywały kamienia i patyki i błoto. Już na tym pierwszym zbiegu skąpałam buty w błocie do wewnątrz. Ale, siła była. Drugie podejście, trzecie i faaajny zbieg. Podobało mi się :) Na 8 km zmieniłam kurtkę na przeciwdeszczową, bo zaczęło padać, niby nie mocno, ale nie chciałam przemoknąć.

Tylko czemu nikt mi nie mówił, że będzie aż tak stromo? Stromo pod górę, stromo w dół. Niby wszystko miałam, nawet dokładny profil trasy na numerze startowym... ale jak ktoś nigdy po górach nie biegał, nie chodził, to co mu mówi nachylenie 24, 36%??? NIC!!

No, to się właśnie dowiedziałam :) Na 12 km punkt żywieniowy, rzuciłam się na cytrynę :P I podejście stokiem narciarskim w górę. Te podejścia, poza tym, że były strome, były cholernie długie. Bez końca! Jak iść 1,5-2 km w górę??? Jakie szczęście, że miałam te patyki!!
Jako pojętna uczennica Krzyśka, maksymalnie wykorzystywałam zbiegi - pędziłam wręcz, na ile pozwalał rozsądek, bo jednak strome zbocza są bardzo trudne do zbiegania, szczególnie, że trzeba dodatkowo kluczyć stopami między nierównościami, kamieniami. Miałam limit czasu na pierwsze 20 km - 4,5 godziny. I szło dobrze. Tak dobrze, że sądziłam, że uda mi się spotkać Krzyska na końcu pętli, który startował o 9:00. Wpadłam na start minutę po tym, jak grupa półmaratończyków ruszyła na swoje okrążenie. Krzyśka widziałam dalej hen! już na pierwszym podejściu.

Pełna werwy i energii, skorzystałam z bananów, masy wody i rozpoczęłam powtórkę z rozrywki. Było dobrze. Pierwsze podejście, pierwszy zbieg..... Ta przepaść, w dole strumień, pełno drzew - nie miałam czasu na strach... Pojawiła się dodatkowa trudność - rozjeżdżone przez tłum biegaczy błoto. I zaczęły się schody, często podczas zbiegu zjeżdżałam, ślizgałam się po błocie, a pod górkę nieraz uciekała stopa w tył. Wymiękać zaczęłam na ok. 27 km. Zatrzymałam się, zrobiłam foty. Wiedziałam, że teraz będę wspinać się lasem, gdzie biegnie się wąską ścieżynką na boku stoku, oczywiście, ścieżynka biegnie pod górę :)

Na boku widać było kilka miejsc, gdzie ktoś się zsunął, wyorane w liściach zjazdy, komuś musiała się noga poślizgnąć i spadł ze ścieżki. Zresztą, niektóre osoby miały obłocone tyłki, najpewniej po śliskim upadku.

Biegaczy na drugim okrążeniu spotykałam już wielu, przeważnie ich doganiałam, ale były też dziewczyny, które na zbiegach po prostu mijały mnie w pędzie. Bo na drugim okrążeniu wyszły moje szalone zbiegi z pierwszej części. Bolały mnie uda i lewe kolano. Już mocno ostrożniej zbiegałam, już z użyciem kijów, a uda wyły...

Tym razem wolałam podejścia, chociaż o wiele bardziej męczące, były dużo mniej bolesne. Ale tempo spadło drastycznie, byłam mega wyczerpana. Liczyłam, że drugie okrążenie, skoro pierwsze zrobiłam w 4 godziny, uda mi się maksymalnie do 5 godzin zaliczyć. Jakże się myliłam!! Wspinałam się, biegłam, niby na maksa, a czas pędził jak szalony!!



Atrakcją biegu, jak to mówili, wisienką na torcie, jest podejście do mety. 1400 metrów, nachylenie 36%, droga prowadzi przy słupach kolejki górskiej. Stanęłam tam u podnóża o 14:10, wolontariusz mówi - masz 50 minut, dasz radę!!! Spojrzałam w górę, nie lekko w górę, tylko zadarłam głowę, hen w niebo, bo tam się ciągnął sznurek zawodników, pokonujących ten ostatni, morderczy odcinek.
Wisienka na torcie?? Raczej gwóźdź do trumny. Najbardziej stromy odcinek, mniej kamieni, więcej trawy i błota. Patyki, cudowne patyki i ja, wbijająca je systematycznie i wciągająca swoje stopy kroczkami długości stopy, wisząca na patykach, gdy nogi zjeżdżały w błocie, mozolnie czołgająca się ku górze.
A czas leci....

O 15:00 koniec, zamykają metę. 14:30, a ja mniej więcej w połowie stoku. Serce wali, oddechu brak, woda się skończyła.
Qrwa Kamila, musisz!
Starałam się nie zatrzymywać, starałam się nie najszybciej, ale nieustannie podciągać się w górę, jakto, być tu i nie zdążyć? Coraz bardziej realne to było. Koło mnie podobni, zmasakrowani zawodnicy, ale wyprzedzałam. Omijałam i już ostatni metr i lina, nie miałam siły się na tej linie podciągnąć... Wygramoliłam się w końcu.... Gdzie meta?????
Nie opiszę bluźnierstw, jakie wówczas chciałam temu, stojącemu tam wolo wykrzyczeć. Do mety jeszcze nie wiem, 100-200 metrów trawką, łączką zieloną.... oczywiście POD GÓRKĘ!!!

14:43 czy coś. Idę, po prostu wlokę swoje zwłoki za kijami. Kije idą same, ciągną mnie, długość kroku wynosi nawet nie stopę. Pół stopy.
Meta.
Medal.

Nie ma wody, ale są pączki. I piwo.
Żrę pączki, piję piwo, ręce mi się trzęsą. Trzęsie mnie zimno, jakaś dziewczyna z obsługi pyta, czy aby na pewno wszystko ok. Jasne, qrwa, nie widać!!!!

Zadzwoniłam do Krzyśka i powiedziałam, że nie chcę go widzieć. Nigdy!!!
Przyjechał na górę, kolejką linową. Chciałam schodzić w dół, od samego patrzenia na te krzesełka kręciło mi się w głowie....
Wsadził mnie na te krzesełko, kurczowo trzymając się Krzyśka jedną ręką, a drugą zasłaniając oczy, wyobrażałam sobie, że jadę pociągiem czy czymś. Nawet nie spojrzałam w dół.

Oficjalnie 9:50:38. Wg Tamary i Krzyśka, mój sukces :) Wg mnie - też. Najpierw co prawda byłam zła, ze ledwo się zmieściłam w limicie. Ale zdałam sobie sprawę, że popełniłam coś niesamowitego, zrobiłam 11 długich i stromych podejść w niespełna 10 godzin, pokonując 42 kilometry!

Uznaję wszystkie racje Krzyśka.
1 Racja. Będzie bolało. Bolało, boli jeszcze!!! Tak cholernie boli!!
2 Racja. Patyki się przydadzą. Krzyśku, bez patyków nie ukończyłabym tego biegu.
3 Racja. To trudny bieg. Tak, rozumiem już, co znaczy trudny, jak Ty coś tak nazywasz.
4 Racja. Z mety trzeba będzie zjechać kolejką. Zjechałam.....
5 Racja. Będzie Pani zadowolona.
Jestem :) :) :)

To kiedy jedziemy znów??



poniedziałek, 14 listopada 2016

Dlaczego morsowanie jest fajne?

Dlaczego, no właśnie. Zimno przecież...a do tego trzeba się zmoczyć!


A wszystko dlatego, że rok temu chlapnełam buzią Maćkowi, który chwalił się morsowaniem z kilkoma kolegami, że następnym razem ja też. No i przyszedł następny raz, a ja nie bardzo miałam wymówkę....
No bo po tym następnym razie znów przyszedłby kolejny następny - uznałam, że raz i koniec, w koncu ostatecznie się przeziębię.
Wówczas nie było przerębla jeszcze, więc trzeba się było zsunąć z trawiastego brzegu do wody, dla mnie nieco ponad kolana. Maciej popędzał, jak wejdziesz to od razu wchodzisz dalej, raz, raz!
Weszłam i mnie zatkało :) W wodzie byłam ok. 20 sekund jak sądzę, czyli weszłam i... zwiałam :)



Ale spodobało mi się. Oczywiście żadnego przeziębienia nie było :)
Przyszedł kolejny raz... i kolejny....a wciąż byłam jedyną dziewczyną wśród piaseczyńskich morsów, zresztą w sumie naraz przychodziło nas 3-7 osób.



Potem przyszedł czas na wydarzenia na FB. I lawina ruszyła. Pojawiły się kolejne osoby, w końcu dziewczyny! Iwonka absolutnie pierwsza, a tydzień później, już do przerębla wskoczyła Ewelina, która jest najaktywniejszą Foką Piaseczna :)

Kolejnym trudnym doświadczeniem był przerębel właśnie. Chłopaki wykuwali otwór w lodzie, i juz nie było wejścia do wody, od brzegu, tylko od razu trzeba było wskoczyć po pierś w ciemny otwór, prosto z lodu :)

Pierwszy raz znów trudny, wskoczyć... nie wskoczyć.... Tu nie da się wycofać. Albo się od razu jest w głębokiej wodzie, albo trzeba się ubierać.


A nie-morsy, albo potencjalne morsy pytają: a nie zimno Wam? A nie przeziębiacie się? Tak, zimno nam! O to właśnie chodzi w morsowaniu, że schładzamy się celowo, krótko, a porządnie, po rozgrzewce. Dlatego też, nie chorujemy! A morsowanie.... uzależnia :) Co niedziela myślę, rany, nie chce mi się, znowu zmarznę.... i jadę i marznę i cieszę się, że nie zostałam w domu :)

A do tego należy dołożyć wspaniałą atmosferę wspólnych kapieli :) Ludzie, którzy przychodzą na Lodowatą Niedzielę, są podobni - odważni, lubiący przygody, z poczuciem humoru, wybierający zamiast ciepłego łózka zimne doznania i świetny nastrój. I nie ma tu znaczenia wiek ani płeć - absolutnie nie ma żadnych ograniczeń, poza tymi, które siedzą w głowie.


Kolejny sezon rozpoczęty. I już jest nas bardzo dużo, od pierwszego morsowania przybywa każdorazowo przynajmniej kilkanaście osób, wciąż debiutują kolejne i.... zostają z nami :)
Warto spróbować, co niedziela na Górkach Szymona, o 9:15 wędkarze klną, gapie nie mogą się nadziwić, a morsy świetnie się bawią :)

piątek, 11 listopada 2016

Czy aby nie wyszłam z wprawy?

Skandal! Ostatni mój blogowy post z września 2015 :)
A tyle się działo.... Nie tylko dobrych rzeczy, chyba w pewnym momencie trudno mi było pisać tu....
A dzisiaj Michał pyta: Masz pół godziny czasu? No, mam! To napisz jakąś relację!
Właściwie, czemu nie? Jak pozbierałam, pobieżnie, wydarzenia, okazało się, że uzupełnienie historii jest niemożliwe. Ale możliwe jest napisanie o tym, co jest teraz :)

A jest... Święto Niepodległości! I oczywiście, biegi okolicznościowe w wielu miastach, w tym w Warszawie. A najwcześniej.... w Piasecznie :) Z okazji święta, a raczej dnia wolnego, zdecydowaliśmy się pobiegać dłużej. Długie, wolne wybieganie.... Wczoraj do późna trwały targi, co to znaczy wolne... Ja twierdziłam, że tempo 6 jest wolne. Michał uważał, że 5. Można powiedzieć, że osiągnęliśmy pełen kompromis, stanęło na 5:30, chociaż byłam pewna podejrzeń i nieufności w stosunku do Michała, który zwykle powoduje, że planowane tempo rośnie przynajmniej o 20 sekund na kilometr.

Rano klęłam, znów, jak wolne, ja sobie wymyślam atrakcje skoro świt. O 8:00 miał być bieg. A sen? Zaparkowałam grzecznie pod Biedronką i zanurzyłam się w telefonie. Na chwilę. Łomotem w szybę, który poderwał mnie, rzekłabym na równe nogi, ale jednak siedziałam w aucie, raczej porządnie wystraszył, Michał oznajmił swoją obecność ZA PIĘĆ.

Jaki był rześki... wesoło oznajmił, że w taki wolny dzień możemy sobie śmigać ulicami, bo mały ruch będzie.... a śnieg sypał dzisiaj porządnie. Chwilę Dworcową i musieliśmy spadać na śliski chodnik, bo ZTM nadjeżdżał.... ale faktycznie zaraz za torami, zrobiło się miło, pusto i spokojnie. Cały czas było spokojnie, chociaż jak to na początku biegu, póki się nie rozgrzeję, raczej się zasapałam. Nie szkodzi, Michał miał wenę na rozmowę, a ja reagowałam podniesieniem kciuka, sapnięciem, krótkim tak lub nie, albo hihi lub haha :)

Pogoda na bieg - idealna. Chodnikiem się nie dało, ale rozjeżdżona ulica była fajnie przyczepna, więc biegło się super. Ja bez rękawiczek, ale zupełnie nie marzłam.

Najpierw mi się dostało za brak flagi, wszak święto. A przynajmniej jakiegoś transparentu. No i poszło gładko.... o stopniach wojskowych było, o wymiarze czasu pracy, o mundurach i brakach, o magazynach, o roli policji w święta narodowe i inne, o dwudziestu złotych.... to do skrzyżowania. Michał oznajmił, że w zależności od sił, mogę zdecydować o długości biegu w kilku miejscach, on wskaże kiedy, a ja mam mówić czy już, czy jeszcze nie :)

No więc, pierwsze skrzyżowanie, 12 km czy więcej. Więcej! :) Pobiegliśmy prosto, zamiast w lewo, tam jest potem taki odcinek gruntowy, ale w zasadzie ja już miałam wodę w butach, więc wszystko jedno.

Znów cudny asfalt, nieliczne auta, śnieg sypie.... wspominaliśmy jeden z ubiegłorocznych biegów - chłopaki Tomasz i Michał robili sobie foty, było chyba -14 stopni, wyglądali jak Ludzie Północy - oszronione brwi, rzęsy, zarost.... Tym razem też płatki śniegu kleiły się do twarzy, ale jednak zbyt ciepło na to, żeby być oszronionym :)

Obgadaliśmy sprawy urlopowe, ferie, gdzie co i jak najlepiej, Michał chce narty, ja się raczej bym połamała, więc nie chcę nart. Przy okazji dowiedziałam się, że kurtka narciarska Michała jest koloru zielonego, dla niewtajemniczonych to żadna informacja, aleja byłam conajmniej w szoku. Kiedyś może opowiem :)

Potem ten mój maraton.... wszystkie strachy i leki z siebie wylałam, dzięki kolego za cierpliwość ;)

Jeszcze było o luźności paska zegarka, o strefach tętna, a potem było.... cicho. Trochę odpoczęlismy od rozmów a chłonęlismy krajobraz, pierwszy taki zimowy w tym roku, cudny na drzewach i polach, mokry pod nogami. W butach mi chlupotało, Michał twierdził, że mu jeszcze nie i kolejna decyzja - 18 km czy 21.

18! Michał stwierdził, że ew. DOBIEGAMY na końcu :) wiedziałam, że ja nic nie będę dobiegiwać, ale przemilczałam :P

Na skrzyżowaniu przy torach koncertowo zostaliśmy ochlapani przez auto, nawet Michał bardziej, niż ja, no i się zaczęło. Kompletnie już mokry Michał zaczął biegać po kałużach, a raczej przestał je omijać. Jako biegnąca obok, zostałam hojnie obdarzona rozchlapywaną przez niego wodą. Potem jeszcze zaczął skakać.... Jak go uspokoić???

Już zresztą tempo spadało. Moje, żeby była jasność. Założyłam dzisiaj nieopatrznie adidasy i oczywiście pod koniec odezwały się kostki, więc biegło się coraz mniej komfortowo. Od tych torów jest najfajniejszy odcinek trasy, w zasadzie wciąż w dół, a że wolniej, znów się zaczęło gadanie. Tym razem było o podawaniu ręki, zgodziliśmy się, że jak ktoś podaje rękę bez uścisku, tzw. śledzia, czy też płetwę, to od razu jego notowania są niskie, nawet jeżeli się go nie zna. I poszło dalej, o mowie ciała, o tym, jak sposób zachowania i ruchu mówi o tym, jak się czujemy, jaki mamy stosunek do rozmówcy itd... No to za ciosem było o rowerach, szprychach plecionych na 4 i 2, ale nie wiem dokładnie o co chodzi, w każdym razie na 4 to dobre dla bmx a na 2 dla rowerów jeżdżących do przodu....

Już na Dworcowej obtrąbiła nas znajoma z auta, wyłączyłam zegarek ledwo przekroczyłam 18 kilometr. STOP!
Chwila kombinacji z fotami, ostatecznie mi wyszła jedna z samowyzwalacza, więc Michał cyknął parę z rąsi, muszę przyznać, że ładne foty robi jego złoty telefon.

Jestem w szczególnie dobrym nastroju po tym biegu, ostatnie wybiegania zwykle przebiegały.... jak zwykle, czyli szybko. Zbyt szybko na rozmowę (ale niezbyt na to, by Michał mógł mówić, nigdy :P ), zwykle bardzo wyczerpująco dla mnie. A dzisiaj miło, niezbyt ciężko, miałam czas nawet się porozglądać, m.in. zauważyłam po drodze takie auto, z mega niskim zawieszeniem, czy raczej nisko osadzoną karoserią, a Michał stwierdził, że ono "zawsze tam stoi"... :P

A tu nasze dzieła :)






A, tempo średnie biegu wyszło 5:30. Michał, mistrzowsko to rozegrałeś :P