Plan na Święta, oprócz oczywistej oczywistości, że będą spotkania rodzinne i mnóstwo pyszności, zakładał również bieganie. Już w Wielka Sobotę, po poświęceniu jajek i po obiedzie, wybraliśmy się z Marcinem na przebieżkę. Chciało mi się tego lasu pachnącego :) Pogoda wyjątkowo niekorzystna, cały dzień na zmianę wychodziło słońce, a potem pojawiały się czarne chmury z których dowolnie, raz śnieg, raz deszcz.
No i zimno jak szlag.
Mając jeszcze w głowach wspólny, udany bieg na półmaratonie w Warszawie, ruszylismy szybko. Jak na zawodach w zasadzie, chociac miał to być relaksujący trening. Ale z Marcinem sie nie da wolno! Jeszcze w tamtą strone bylo w miarę, bo z górki. Więc trzymałam fason i te 5.20 szło, chociaż było coraz ciężej.
Drogę na Struge znam od dziecka, bo to w poblizu domu. Nieraz jeździlismy tam rowerami, jako dzieci. Wydawało mi się wówczas, że jest to taka straszna odległość, czasem było ciężko z powrotem, bylismy mega zmęczeni. Na rowerach :) Odkad zaczełam biegać ta trasą, po pierwsze, wydaje mi się być mega krótka. Tylko ledwo ponad 5 km w jedną stronę. A więc koło pół godziny biegu. Co to jest pół godziny! :) Po drugie, zaczełam właściwie odkrywać tę droge na nowo. Biegnąc mam czas rozejrzeć się, wszelkie szczegóły które rowerzyście po prostu umykają w pędzie :)
Jak na te drogę, ruch samochodowy był. Nawet jeden idiota trąbił na nas. Nie rozumiem, jak może takiemu kierowcy brakować miejsca, jezeli normalnie na drodze mijają się dwa samochody, a my biegnąc albo schodzimy na pobocze, albo biegniemy gęsiego krawędzią jezdni, jak nadjeżdża auto. To chyba jakis objaw nerwówki światecznej, może chleba w piekarni zabrakło, czy coś.
No więc Struga. Zwykle jest tu sporo wędkarzy, dzisiaj ani zywej duszy :)
Oczywiście pamiatkowe foty...
Z powrotem już nie było tak różowo. Nagle się schłodziło i zaczęlismy puszczać parę z ust :) Marcin oczywiście, jak gdyby nigdy nic, pełen sił. Ja już miałam dość. I jeszcze ten cholerny podbieg - o, próbowałam zrobić fotkę w biegu (aparat w telefonie, cudowny wynalazek) :)
No, nie widać tu stromizny, ale wierzcie mi, to cieżkie 500 metrów.
Cały bieg czułam, że się męczę, to najwyraźniej nie był mój dzień. Nie było formy. Ale oczywiście po biegu czułam się super. Od razu zapomniałam, że powietrze ciężkie do oddychania. Że zimno paskudnie i mokro. Bo to bieganie tak już ma, nawet jak trening cięzki, to i tak daje radość.


