Popularne posty

niedziela, 26 kwietnia 2015

Jak biegłam bez koszulki

Na BBL w Nowym Gizewie szykowałam się od dawna. Był cień nadziei na koszulke klubową Piaseczno Running, zamówienie wyszło kilka dni wczesniej. Mimo, że organizator nakazywał bieg w koszulkach BBL, miałam plan na wyłamianie się, słuszny zreszta, jak okazało sie potem.

Wyjazd piatkowy determinowało oczekiwanie na koszulkę. Ostatecznie skonsultowałam z Prezesem, że na koszulki nie ma szans w tym dniu. Więc ruszyłam niezmiernie niepocieszona.... W miedzyczasie okazało sie, że koszulki jednak przyszły! A ja już byłam na obwodnicy...

Żal, żal! Gdybym wiedziała, poczekałabym!


No więc już wiedziałam, że nie mam szans na publikacje swoich fot w galerii Piaseczno Running :(

Bieg o 11:00, wcześniej miałam załatwić z mama zakupy i inne takie. Koło 9 stawiłam sie w biurze zawodów. A nie!, jeszcze wczesniej, gdy dojeżdzałam do biura zawodów, zostałam zatrzymana przez policję :) Miły policjant zhaltował mnie, więc pytam grzecznie, jak do biura zawodów dojechać. A on mi wyciąga instrument i mówi "kontrola trzeźwosci!" :)

Dmuchnęłam. Powiedzialam mu, że kiepskie miejsce wybrał i że niech idzie dmuchać prawdziwych pijaków! :) Posmiał posmiał, wskazał drogę.

Biuro na łące, obok kort, boisko do siatkówki, plac zabaw, miejsce na ognisko, pasza.... super! Panienki w Biurze wydały mi na moja prośbę koszulkę S, która miałam do kolan.... zrozumiałe, w końcu masa studentów szkółki policji się zapisała....



Koszulka ładna, chociaż 100% Cotton, numer wydrukowany na gumie i 3 (trzy!) agrafki :)

Pojechałam do domu, przebrać się i zabrać familię. Oczywiście wracajac juz dzwoniłam do Marty, że rozmiarówka duża.... Mimo, że pamietałam o tym policjancie i zapięłam wyjątkowo pasy, to zapomniałam, ze telefon w czasie jazdy też jest karalny..... :) Pomachał mi tylko, zagadany z lesnikami, ładne lesne chłopaki obsługiwały imprezę :)

Na polane dotarłam po 10. ruch, zawodnicy i rodziny, ogień sie pali, dzieci szalone na placu, Renata przyszła, mimo, że nie mogła biec, w córkami, Marta z córką, zrobił się tłum dzieci. Anna kontuzjowana, jednak postanowiła spróbować. Wiec jest nas 4, w tym 3 biegną, jest moc!

Rozglądałam sie za Prezesem AKB Szczytno, mieliśmy się sfocić i pogadać, ale wciąż go nie było. Zarządzono rozgrzewkę. dzieci zostały pod opieką dziadków, Renaty i Janusza, a my szykowałysmy sie na bieg.

Pogoda cudna. Słońce, ciepło, koło 20 stopni. Zieleń buchneła, no po prostu idealnie na rodzinny piknik i na wrazenia biegowe!

Start mieścił się kawałek dalej, więc poszlismy oznaczonym przejściem przez las. Oczywiście wbiłysmy się przed linia startu, coby nas było na fotach widać... Tym razem nie łamiąc reguł, bieg był bez pomiaru czasu! No to wypas! A na starcie niespodzianka, pojawił się Krzysztof. Został mi pokazany, bo nie zgadłabym... chociaz powinnam, w koncu to Wilczek!


Wstega jalowcowo i szyszkowo przystrojona została oficjalnie przecieta sekatorami (szkoda, myslałam, że my, piersiami rozerwiemy.....) i start!

Anna bardzo chciała, ale jednak jej noga niekoniecznie. Więc zostawiłysmy ja z Marta po mniej więcej kilometrze z wolo na rowerze, zamykająca peleton.

Rozbujałysmy się na miłe, konwersacyjne tempo, bez pomiaru czasu. Przed nami plecy tych, co to zapomnieli, że pomiaru nie ma, za nami Wilk Wilczek i jeszcze pare osób, a na trasie lesnicy. Lesnicy mieli funkcje - robili foty, dopingowali, pokazywali, gdzie skrecić, mimo powieszonych taśm na zakrętach.... Widac było, że sa z nami całym sercem!

Na tyle, ze na ok. 4 km pojawiła sie woda. Woda! naprawde pogoda domagała sie dla nas wody. Łyczek tu, łyczek tam i dalej!

Drogi lesne, las budził się do zycia, my pełne wigoru i potu masa.... dogoniłysmy na tresie Beatę z klubu Jurund i juz we trzy, gadu gadu, parłyśmy do mety. Na kolejnym wodopoju pobrałysmy butelki 0,5L, ja gazowaną, i fachowo oblałysmy się, nie bacząc na bawełniastość naszych koszulek. Było gorąco! Starczyło nam tyle przyzwoitości, że zamiast mokrych podkoszulek z przodu, oblałysmy sobie karki i plecy. Chłód, alleluja!

Dystans 7500 m, jednak koło 7800, na mecie tłum dobiegnetych i doping! Beata wyrwała, żeby wpaśc zziajana, my wolałysmy mniej, ale z fasonem, bez zadyszki, tych, co to robią 8 km nawet we śnie... z klasa, wyprostowane i już meta!

Medal, drewniany, ładny, staranny, powiesił mi na szyi nieletni, pryszczaty wolo z aparatem na zebach... Będzie ładny chłopak, tylko czemu wciąż medale wręczaja mi chłopcy w widocznym okresie dojrzewania??? Ja sie pytam!

fota, fota, i poszłysmy do naszych rodzinek :)


A tam, sodoma..... wielkie bańki, szczudła, rower cyrkowy.... Dzieci oszalałe z radosci, babcie i dziadek zhasani.... więc była pyszna grochówka, picie, kiełbaska na ogień. Renata chodziła na szczudłach w objeciach animatora... Tym puszczał wielkie bańki za pomoca patyczków i sznurków... Ja, ja pojechałam na rowerku cyrkowym, i niestety, mimo bardzo dobrej asekuracji animatora, wylozyłam sie jak długa. Musze nad tym popracować!

Nie będę tu opisywać jak jadłyśmy kiełbaski, ale muszę przyznać, że impreza bardzo udana! Mam piekne foto z Wilczkiem!


Mam satysfakcje z biegu i piekny medal. Mam za soba piekne drogi lesne i to co kocham - bieg!

Mam mały żal do twórców strony FB Biegam bo Lubie Lasy, za przemilczenie naszej imprezy. Szkoda. Bo brak pomiaru czasu nie oznacza, ze biegaja tu gorsi. Patronat główny objeło Nadleśnictwo Szczytno, dzieki i czekamy na więcej.

Bo tez nie ma lepszej atmosfery do biegu niż zapach mazurskiego lasu!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz