Zasiadam do pisania wciąż obolała, ale dumna, że z tarczą, a nie na tarczy, ukończyłam ten cholerny bieg...
Bieg, napisałam bieg, ale to nie był bieg. Tylko znój, wspinaczka, samobójstwo, sadyzm organizatora....
Ale po kolei. Zafascynowana bieganiem po Górach Świętokrzyskich, usłyszałam od Krzyśka - chcesz pobiec w prawdziwych górach, prawdziwie trudny górski bieg? No jasne! To się zapisz na Czantorię. To się zapisałam :)
Długo by pisać o panice przedstartowej, nie ma sensu, w piątek popołudniu pojechaliśmy, ja, Tamara i Krzysiek - do Ustronia. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, było już ciemno, ale bezchmurne niebo, w świetle księżyca widać było wielki masyw - co to pytam. No, Czantoria, mówią. To chyba jakiś żart!!
Strach osiągnął zenit, szczególnie, że mam cholerny lęk wysokości. Już się widziałam na tym szczycie gdzieś tam, a wokół przepaście. Nie, nie i nie.
Na razie, było ciemno. I ciepło - termometr pokazywał 13 stopni. Rozlokowaliśmy się w schronisku, z którego był idealny widok na tę straszną górę. Staraliśmy się jak najbardziej wykorzystać resztki czasu na odpoczynek. O północy startowała Tamara, bieg ultra 63 km. Krzysiek zawiózł ją na start, a ja wciąż nie spałam.
Budzik zadzwonił o 3:00. Góra była tam, gdzie wieczorem, z tą różnicą, że było widać na jej zboczach migające czołówki biegaczy z pierwszego startu. Tam gdzieś Tamara biegła, wyglądało to niesamowicie! Herbata, śniadanie, ekwipunek i pojechaliśmy na dolną stację kolejki. Odprawa techniczna, na której został Krzysiek, wystraszyła mnie do końca. Organizator powiedział, że warunki trudne, bo bo roztopach jest błoto, żeby uważać, opisał trasę, przypomniał o ekwipunku i roamingu, punktach żywieniowych i niedźwiedziach.
Foto Beskidzka160 na raty
Wciąż ciemno. Nie widziałam więc, co mnie czeka. Jeszcze chwila, punktualnie o 5:00 wystartowaliśmy.
Foto Beskidzka 16 na raty
Kawałek płasko, może ze 300 metrów i skręcamy i pod górę. Miałam patyki, Krzysiek stwierdził, że powinnam mieć. Ja nigdy nie używałam tego sprzętu, ale uznałam, że on zna się lepiej, więc wzięłam. Miał rację, o wiele lepiej się wchodziło do góry, kiedy część ciężaru przenosiłam na ręce.
No więc, pierwsza góra, końca nie widać. Biegacze przede mną szybko znikali, za mną może 2-3 światełka czołówek.... Ale nie dałam się ponieść, szłam rytmicznie, natychmiast zlana potem. Miałam przed sobą dwa okrążenia, po ok. 20 km. Na każdym - 5 "górek". Aby dojść do góry i zbieg. Pierwszy zbieg - trudny. Ciemno, chociaż czołówka dawała radę. Organizator mówił o przepaści na tym zbiegu, teraz rozciągała się tam ciemność, więc skupiłam się maksymalnie na patrzeniu pod nogi, tylko myślałam, czy ja dam radę tędy się poruszać, jak już tę przepaść zobaczę w świetle dnia.
Podłoże mnie nie zaskoczyło. Po Górach Świętokrzyskich wiedziałam, jak wyglądają górskie ścieżki, tu doszły tony liści, które skrywały kamienia i patyki i błoto. Już na tym pierwszym zbiegu skąpałam buty w błocie do wewnątrz. Ale, siła była. Drugie podejście, trzecie i faaajny zbieg. Podobało mi się :) Na 8 km zmieniłam kurtkę na przeciwdeszczową, bo zaczęło padać, niby nie mocno, ale nie chciałam przemoknąć.
Tylko czemu nikt mi nie mówił, że będzie aż tak stromo? Stromo pod górę, stromo w dół. Niby wszystko miałam, nawet dokładny profil trasy na numerze startowym... ale jak ktoś nigdy po górach nie biegał, nie chodził, to co mu mówi nachylenie 24, 36%??? NIC!!
No, to się właśnie dowiedziałam :) Na 12 km punkt żywieniowy, rzuciłam się na cytrynę :P I podejście stokiem narciarskim w górę. Te podejścia, poza tym, że były strome, były cholernie długie. Bez końca! Jak iść 1,5-2 km w górę??? Jakie szczęście, że miałam te patyki!!
Jako pojętna uczennica Krzyśka, maksymalnie wykorzystywałam zbiegi - pędziłam wręcz, na ile pozwalał rozsądek, bo jednak strome zbocza są bardzo trudne do zbiegania, szczególnie, że trzeba dodatkowo kluczyć stopami między nierównościami, kamieniami. Miałam limit czasu na pierwsze 20 km - 4,5 godziny. I szło dobrze. Tak dobrze, że sądziłam, że uda mi się spotkać Krzyska na końcu pętli, który startował o 9:00. Wpadłam na start minutę po tym, jak grupa półmaratończyków ruszyła na swoje okrążenie. Krzyśka widziałam dalej hen! już na pierwszym podejściu.
Pełna werwy i energii, skorzystałam z bananów, masy wody i rozpoczęłam powtórkę z rozrywki. Było dobrze. Pierwsze podejście, pierwszy zbieg..... Ta przepaść, w dole strumień, pełno drzew - nie miałam czasu na strach... Pojawiła się dodatkowa trudność - rozjeżdżone przez tłum biegaczy błoto. I zaczęły się schody, często podczas zbiegu zjeżdżałam, ślizgałam się po błocie, a pod górkę nieraz uciekała stopa w tył. Wymiękać zaczęłam na ok. 27 km. Zatrzymałam się, zrobiłam foty. Wiedziałam, że teraz będę wspinać się lasem, gdzie biegnie się wąską ścieżynką na boku stoku, oczywiście, ścieżynka biegnie pod górę :)
Na boku widać było kilka miejsc, gdzie ktoś się zsunął, wyorane w liściach zjazdy, komuś musiała się noga poślizgnąć i spadł ze ścieżki. Zresztą, niektóre osoby miały obłocone tyłki, najpewniej po śliskim upadku.
Biegaczy na drugim okrążeniu spotykałam już wielu, przeważnie ich doganiałam, ale były też dziewczyny, które na zbiegach po prostu mijały mnie w pędzie. Bo na drugim okrążeniu wyszły moje szalone zbiegi z pierwszej części. Bolały mnie uda i lewe kolano. Już mocno ostrożniej zbiegałam, już z użyciem kijów, a uda wyły...
Tym razem wolałam podejścia, chociaż o wiele bardziej męczące, były dużo mniej bolesne. Ale tempo spadło drastycznie, byłam mega wyczerpana. Liczyłam, że drugie okrążenie, skoro pierwsze zrobiłam w 4 godziny, uda mi się maksymalnie do 5 godzin zaliczyć. Jakże się myliłam!! Wspinałam się, biegłam, niby na maksa, a czas pędził jak szalony!!
Atrakcją biegu, jak to mówili, wisienką na torcie, jest podejście do mety. 1400 metrów, nachylenie 36%, droga prowadzi przy słupach kolejki górskiej. Stanęłam tam u podnóża o 14:10, wolontariusz mówi - masz 50 minut, dasz radę!!! Spojrzałam w górę, nie lekko w górę, tylko zadarłam głowę, hen w niebo, bo tam się ciągnął sznurek zawodników, pokonujących ten ostatni, morderczy odcinek.
Wisienka na torcie?? Raczej gwóźdź do trumny. Najbardziej stromy odcinek, mniej kamieni, więcej trawy i błota. Patyki, cudowne patyki i ja, wbijająca je systematycznie i wciągająca swoje stopy kroczkami długości stopy, wisząca na patykach, gdy nogi zjeżdżały w błocie, mozolnie czołgająca się ku górze.
A czas leci....
O 15:00 koniec, zamykają metę. 14:30, a ja mniej więcej w połowie stoku. Serce wali, oddechu brak, woda się skończyła.
Qrwa Kamila, musisz!
Starałam się nie zatrzymywać, starałam się nie najszybciej, ale nieustannie podciągać się w górę, jakto, być tu i nie zdążyć? Coraz bardziej realne to było. Koło mnie podobni, zmasakrowani zawodnicy, ale wyprzedzałam. Omijałam i już ostatni metr i lina, nie miałam siły się na tej linie podciągnąć... Wygramoliłam się w końcu.... Gdzie meta?????
Nie opiszę bluźnierstw, jakie wówczas chciałam temu, stojącemu tam wolo wykrzyczeć. Do mety jeszcze nie wiem, 100-200 metrów trawką, łączką zieloną.... oczywiście POD GÓRKĘ!!!
14:43 czy coś. Idę, po prostu wlokę swoje zwłoki za kijami. Kije idą same, ciągną mnie, długość kroku wynosi nawet nie stopę. Pół stopy.
Meta.
Medal.
Nie ma wody, ale są pączki. I piwo.
Żrę pączki, piję piwo, ręce mi się trzęsą. Trzęsie mnie zimno, jakaś dziewczyna z obsługi pyta, czy aby na pewno wszystko ok. Jasne, qrwa, nie widać!!!!
Zadzwoniłam do Krzyśka i powiedziałam, że nie chcę go widzieć. Nigdy!!!
Przyjechał na górę, kolejką linową. Chciałam schodzić w dół, od samego patrzenia na te krzesełka kręciło mi się w głowie....
Wsadził mnie na te krzesełko, kurczowo trzymając się Krzyśka jedną ręką, a drugą zasłaniając oczy, wyobrażałam sobie, że jadę pociągiem czy czymś. Nawet nie spojrzałam w dół.
Oficjalnie 9:50:38. Wg Tamary i Krzyśka, mój sukces :) Wg mnie - też. Najpierw co prawda byłam zła, ze ledwo się zmieściłam w limicie. Ale zdałam sobie sprawę, że popełniłam coś niesamowitego, zrobiłam 11 długich i stromych podejść w niespełna 10 godzin, pokonując 42 kilometry!
Uznaję wszystkie racje Krzyśka.
1 Racja. Będzie bolało. Bolało, boli jeszcze!!! Tak cholernie boli!!
2 Racja. Patyki się przydadzą. Krzyśku, bez patyków nie ukończyłabym tego biegu.
3 Racja. To trudny bieg. Tak, rozumiem już, co znaczy trudny, jak Ty coś tak nazywasz.
4 Racja. Z mety trzeba będzie zjechać kolejką. Zjechałam.....
5 Racja. Będzie Pani zadowolona.
Jestem :) :) :)
To kiedy jedziemy znów??








