Zaczynam pisać i myślę, że będzie długo. Ale, muszę to opisać. Jak doszło do Lodowatej Niedzieli dla Alicji. Postaram się streszczać.... Jeżeli ktoś przebrnie przez ten tekst, będzie wiedział bardzo dużo. Nie wszystko, ale większość.
Całkiem niedawno temu, pewnego dnia.....
NA MORSOWANIE PRZYSZEDŁ TOMEK
Tomek -debiutant. I nic w tym nadzwyczajnego, gdyby nie to, że okazało się, że Tomek biega :) No więc ustaliliśmy, że skoro my też biegamy, znaczy Ewelina, Michał i ja, to będziemy dawać Tomkowi info, kiedy jest plan na bieg, by mógł dołączyć.
Biegaliśmy wspólnie kilka razy, kilka razy Tomek odmówił. Któregoś razu na bieżni stadionowej biegliśmy trochę obok siebie i Tomek wówczas powiedział, że nie zawsze ma czas biegać z nami, bo ma córkę, która wymaga szczególnej opieki.
Nie zapytałam wówczas - a co jej jest? - jakoś było mi niezręcznie, sądziłam, że Tomek może to uznać za wścibstwo.
A z Tomkiem biegaliśmy nadal, kiedy mu czas pozwolił, dbaliśmy o jego obecność, bo okazał się miłym, pogodnym, bezkonfliktowym kolegą i gdyby mi wówczas nie wspomniał o córce, nigdy bym nie przypuściła, że coś gdzieś może mącić jego spokój.
Wieści same do mnie przyszły. Ewelina któregoś wieczoru przysłała mi link, a tam
POST ŻANETY
#postbardzoosobisty
Przeczytałam. Żaneta, żona Tomka napisała na swoim profilu FB, jak to jest ze stanem zdrowia małej Alicji. Jak to było, kiedy się urodziła. Co się działo. Jak się czuła, jak się czuli.... sami POCZYTAJCIE ....
Płakałam. Zatrzęsło mną. Poczułam się taka mała, taka egoistyczna, taka roszczeniowa, taka wygodna.... Jak to? Córka Tomka? Naszego Tomka? Tomek ma takie kłopoty a ja nic nie wiem? No i oczywiscie, jak on może być taki.... pogodny, uśmiechnięty, normalny??? W takiej sytuacji????
Przegadałyśmy na gorąco temat z Eweliną. Ona też wyła i też nie mieściło jej się w głowie, że nie wiedziałyśmy. wiedziałyśmy, że musimy coś zrobić. Zebrać pieniądze, tylko jak? w głowach miałyśmy kilka pomysłów, ustaliłyśmy, że prześpimy się z tematem. Ale wówczas powiedziałyśmy sobie, że zrobimy absolutnie wszystko, będziemy chodzić, prosić, szukać, pukać, co tylko będzie potrzebne, żeby pomóc.
A Tomek jeszcze nic nie wiedział.
Wkrótce było wiadomo, że Tomek z Żanetą starają się o opiekę fundacji. Czekaliśmy z niecierpliwością na to i na numer konta, żeby rozsyłam prośby o wpłaty. Doczekaliśmy się i zaczęliśmy rozsyłaś informację przez FB.
Na którymś kolejnym bieganiu Ewelina stwierdziła, że możemy zrobić zrzutkę wśród morsów, na coniedzielnym morsowaniu i pieniądze przekazać Tomkowi.
Powiedziałyśmy teraz Tomkowi :)
Powstało wydarzenie Lodowata Niedziela dla Alicji, dla morsów z naszej morsowej grupy Morsy z Piassecziussets. W wydarzeniu była informacja o zbiórce na rzecz Tomka. Do słoika. Miał być słoik z dziurką i tyle w zasadzie.
Pojawiły się głosy o legalności zbiórki. Dodatkowo, zasady współpracy rodziny z fundacją określały sposoby prowadzenia zbiórki. Pogrzebaliśmy w przepisach i stanęło na tym, że ja i Ewelina robimy zbiórkę prywatną, która nie wymaga pozwoleń i zgłoszeń. Całą energię włożyliśmy chwilowo w zapraszanie ludzi do wydarzenia, żeby tych datków zebrało się jak najwięcej. W głowie, nie było żadnych kwot. Tylko chęć pomocy.
Wszystko się zmieniło, kiedy za sprawą Michała o sprawie dowiedział się....
MGOPS
Miejsko-Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej, a właściwie nie Ośrodek, a dwie dziewczyny z Ośrodka. Ewa i Wiola. Na początku za pośrednictwem Michała, a wkrótce już bezpośrednio na specjalnym internetowym czacie, wraz z rodzicami Alicji, rozmawialiśmy, co mozemy razem zrobić.
Okazało się, ze dziewczyny mają doświadczenie w organizacji imprez. Wiedziały jak szybko uporać się z niezbędnymi pozwoleniami, wiedziały, co jest potrzebne.
Wiedziały, do których drzwi zapukać, w zalezności od potrzeb. Wiedziały po prostu wszystko!
Pamiętam na pierwszym spotkaniu, tylko już nie wiem, czy Wiola czy Ewa, jedna z nich powiedziała coś takiego - mamy bardzo, ale to bardzo mało czasu. Ale damy radę :)
Co damy radę? Ano, szybko okazało się, że jedno morsowanie to za mało. Więc ustalamy, że morsujemy cały dzień. Co godzina! Potem okazało się, że morsy mają rodziny. Więc stanęło na pikniku rodzinnym, więc musimy mieć zgode na imprezę i atrakcje. Bo musimy ludzi w zimę zwabić do zabawy :)
Zaczęły sypać się tematy, muzyka, jedzenie, sauna, prowadzący, kiermasz, aaaaaa!! Jakiś szał.
Dziewczyny ogarniały w tempie ekspresowym formalności i podstawowe zaplecze imprezy. My ogarniałyśmy atrakcje, szukałyśmy drewna, jedzenia, muzyki, pisałyśmy maile.....
Natychmiast zwróciłyśmy się do Morsów z prośbą o dary, vouchery i przedmioty od firm. Nie uwierzycie, ale wówczas....
LAWINA RUSZYŁA
A mi zaczęło brakować czasu. Na wszystko. Odzew Morsów był porażający. W ilościach hurtowych pojawiły się vouchery, przedmioty, gadżety. Wszystko. Od bransoletek, przez obrazy, od smyczy, po ramy, rękodzieła, poduszki, maskotki, czapki, a nawet nowe rowery. Kiedy w wydarzeniu zaczęłam wpisywać informacje o kolejnych podarunkach, zrobiło się jeszcze gorzej... ;) Firmy zaczęły same się zgłaszać, bałam się otwierać FB. Zbieralismy, zwoziliśmy, planowaliśmy. Prosiliśmy firmy o atrakcje, nikt nam nie odmówił, wiec mieliśmy juz w zanadrzu zarys tego, co się będzie działo. Konie, treningi, muzyka.... Rozesłaliśmy zaproszenia do grup morsowych w okolicach Warszawy...
I nagłaśnialismy, nagłaśnialiśmy, nagłaśniali znajomi, znajomi znajomych...
WOLOMORSY
Do tworzenia wydarzenia zaprosiliśmy chętne Morsy. Zgłosiło sie kilka osób, które były gotowe pomóc we wszystkim. Okazało się, że tak naprawdę niewiele wiedziałam o niektórych osobach. Niektóre wcześniej źle oceniłam, albo raczej nijak oceniałam. Tu niespodziewanie niektóre osoby, których nie posądziłabym o to, że im się będzie chciało pomóc, bardzo mnie zaskoczyły. Przyznaję to publicznie, bez skrupułów. Wątpiłam i teraz mogę się w piersi bić i kajać.
Nikt nie rzucił słów na wiatr, więc pracy robilo się coraz więcej. I więcej.
OSTATNIE DNI
Tempo pracy zawrotne. Modlitwy o pogodę. W zasadzie ustalenia i załatwianie trwały jedynie z przerwami na sen. Kolejne spotkania, Wiola i Ewa z listami, gdzie systematycznie dopisywały pozycje i odhaczały te już załatwione.... Niedzielny późny wieczór tydzień przed zakończył się projektem plakatu, który wreszcie mogliśmy porozwieszać, gdzie się da. W szkołach, na poczcie, w centrum handlowym, w szkole policji.... :) Dorobilismy się minutowego rozkładu imprezy, dzięki Agnieszce, która z każdą z zaproszonych firm ustaliła plan działania, godzinę wejścia itd.. :) A licznik wydarzenia bił, zaczęło być już głośno o imprezie, wychodziliśmy zapowiedzi w lokalnej prasie i portalach informacyjnych... przeddzien akcji, do wydarzenia zapisanych było ponad 600 osób, ale wiedzielismy, że to jest wierzchołek góry lodowej....
LODOWATA NIEDZIELA DLA ALICJI
Zaczęła się od soboty. Tego dnia Morsy wycięły wielki przerębel w kształcie serca. To był hit - pomysł Rafała. Absolutnie wielki i absolutnie perfekcyjny. Ogrom pracy, wiele minut spędzonych przez kilka Morsów na zmianę w lodowatej wodzie, by wpychać pod tafle pływające lodowe kawały z wycięcia przerębla....Było widowiskowo :) Nie wiem jak, natenczas na morsowisku pojawił się Paweł, który miał ze sobą przypadkiem kolegę w specjalnej piance, dzięki któremu oczyściliśmy ostatecznie przerębel z ogromnych kawałków lodu. Przypadkiem też zapewne miał drona w walizce, który zrobił taką fotę przerębla, ze wieczorem w sobotę zapanował istny szał w internecie :)
Co było w niedzielę, wiecie :) Widzieliście, czytaliście...
Rano od 6:00 trwało rozstawianie, rozpakowywanie, rozgrzewanie.... GMOPS stawił się z rzeszą młodych wolontariuszy. Z ramienia Morsów także nie zabrakło chętnych. A było co robić, obsługa stoisk, atrakcji, ogniska, grilla, szykowanie jedzenia, prowadzenie kiermaszu, licytacji, koksowników kwestowanie, pilnowanie porzadku i w końcu, na końcu, zwijanie całego sprzętu :)
Czułam się jak w bajce. Ludzie sami domagali się puszek do wrzucenia datków. Sauna, bania, konie, treningi, tańce, gastronomia a nawet lody cieszyły się ogromnym powodzeniem. Stały kolejki. Ludzie przybyli tłumnie. Setki, a tak naprawdę tysiące. Wspaniała kąpiel zaprzyjaźnionych morsów. Wielu znajomych, wielu debiutantów w przeręblu :) Telewizje, drony... Słońce świeciło, było KOLOROWO. Gorąco! I wszedzie panowały uśmiechy! I to wszystko, w środku zimy i na świezym powietrzu :)
Wielki sukces, ogromna praca nagrodzona wspaniałym piknikiem. Dla mnie, wspaniałe doświadczenie :)
Ogrom dobra, jaki spłynął do nas, a właściwie do Alicji, od firm, instytucji, ale przede wszystkim od zupełnie zwyczajnych ludzi, jest nie do zmierzenia. Czuję, jakbym ich wszystkich znała od lat :)
Ta historia, nie ma końca. Alicja poruszyła ludzkie serca, poruszyła nas. Będziemy dalej walczyć o jej jutro. Bo kto, jak nie my?






