Popularne posty

czwartek, 2 kwietnia 2015

Dziś będzie o dzisiejszym bieganiu. Krótko, zwięźle i na temat!


Żartowałam :)

Z tym krótko i zwięźle.

No bo tyle się dzieje na tych biegach czwartkowych... Dzisiaj okazało się, że Michał jest, a nie ma Kokosa. Misiek też cos nie teges, ale o tym za chwilę. Przewodnim motywem dzisiejszego biegu były wspominki polmaratonu i łydki Michała.

Jako niekwestionowane bohaterki, w glorii chwały, ja i Kasia podzieliłysmy się wrażeniami z niedzielnej połówki. Wiadomo, że moze nie bardzo juz inni chcieli słuchać, ale średnio nas to obchodziło, w koncu byłysmy jeszcze pełne wrażeń. A i Kasia była przywiązana do Miśka, który dzisiaj nie miał na nas ochoty. Michał przezornie zostawił Kokosa w domu, podobno leżał na kanapie i na hasło wyjscia i smycz w dłoni Pana... zupełnie nie zareagował. Chyba dzisiaj nie był psi dzień.



No to start, nie za ciepło, trzeba sie ruszyć. Od razu na początku Beata przypomniała (tzn. twierdzi, ze była o tym mowa poprzednio, ale nikt jej nie przyklasnął), ze dzisiaj ma być dłuzej. Milczeniem zbylismy dalsza dyskusję, licząc po cichu na Prezesa, ze nie będzie szalał z dystansem :) No bo tez dzisiaj źle się oddychało, jakaś taka wilgoć ciężka była w powietrzu, i nasze konwersacyjne 6,00 sprawiało zadyszkę.

Jak zawsze stadion i aleja Kalin. Ja w ostatniej parze z Joanną, z pieknym widokiem na grupę, gadu, gadu, czasem Mikołaj wpadł. Za mostkiem zostalismy zaatakowani przez psa masci mi nie znanej, ale niewielkiej i nędznej postury, za to z głosem piskliwym i donośnym. Majac Miśka, który chciał pokazać ziomalowi, gdzie raki zimują, uleglismy lekkiemu zamieszaniu, ale Mikołaj, jakby nic innego w zyciu nie robił, fachowo zagadał przybłędę ( nie wiem, czy z kijem, nie oglądałam się), dając nam czas się ewakuować, a Kasi zabrać walecznego Miśka.

O tych łydkach będzie dalej, bo tymczasem ciemnosci Żabieńca, trójka z przodu, trójka z tyłu i ci z przodu przebiegli przez tory, a nam się włączył sygnalizator pociągu. No przyznam, przebieglismy, spoglądając w lewo i w prawo, pociąg całkiem szybko jak na te tory, na szczęście tu nie jeżdżą pendoliny.

Ruch całkiem znosny, Jazgarzew, cos tam potem - Gołków lub Głosków, nie pamietam. No i mały postój, musielismy ustalić adres do nawigacji, gdzie odstawimy Miska, który dzisiaj nie był w formie i nie zapowiadało się, ze chce biec do końca.


Po oddaniu Miska do domu, zrobiła nas sie szóstka, w tym dwóch facetów (ciekawe czemu w polmaratonie bylo 10 tys facetów a 3 tys bab? ). I Michał. Michał nalezy do osób obdarzonych wyższym wzrostem od przeciętnego, a co za tym idzie, dłuższymi nogami. Dzisiaj lubiłam biegac za Michałem, który robił tuuuup tuuup, na moje tuptuptuptuptup :) Chciałabym mieć takie nogi na zawodach. Nie mogłam się napatrzeć. Ostatecznie mogłabym biec za takim zawodnikiem, co by mi dodawało tempa. Ale oczywiście tempo Michała byłoby absolutnie poza moim zasiegiem!

Wbieglismy do miasta, i o ile juz jakis czas stanowilismy zwarta grupę, to najpierw pobiegłam z Kasią z wiaduktu... jak łanie gnałysmy, wybiegac emocje. Potem jeszcze chwila gadu gadu, ten transport wody w letnie bieganie, który mnie męczy, Mikołaj pare pomysłów podał.

Na ostatniej prostej zrobiło się szybko. Była moc! Ruszylismy z Mikołajem na finisz, ostatnie kilkaset metrów. Był z nami i Michał, tylko na chwilę, przez przyzwoitość i kulturę, po czym po prostu pomknał jak torpeda. Ja i Mikołaj, jak torpedy mniejszego zasiegu, ale przynajmniej udało się razem skonczyć. Mam naprawdę ogromną satysfakcję z tych ostatnich metrów!

Było gorąco nam już i wszyscy mieli naprawdę zadowolone miny. Zdjęcie tym razem zrobila jakaś miła przygodna dziewczyna, bo Dorota juz czuwała nad Miskiem.

Dziękuję Wam za miły bieg!


Lezec, czy nie leżeć?

No dobrze, po półmaratonie odpoczywam już 3 dzień. Dość!

Na szczęście dzisiaj mam umówione bieganie, pierwszy rozruch po niedzielnym wysiłku. Nie powiem, żeby mnie nie nosiło przez te 3 dni, ale mądrych ludzi słucham, każą się regenerować, to sie regeneruję :)
I zupełnie czuję sie juz wypoczeta. Jednak w obliczu świąt wielkanocnych, jak przed każdymi swietami, staję przed dylematem - biegać, nie biegać?
Jestem zupełnie uzalezniona od treningów. Czuję się źle, jezeli nie pobiegam. Czuję się fatalnie z tą trzydniową przerwą!
W związku z wyjazdem na świeta na Mazury, planuję biegać przez wszystkie świąteczne dni. A szczególnie dlatego, ze po pierwsze, mam okazję pobiegać z kumpelką, która tam mieszka, więc wspólne, a zwykle baaardzo fajne treningi, mamy okazję robić rzadko. Po drugie, perspektywa biegu po lesie, pięknym, pachnącym, cichym, bez tłumów (jak w Kabackim), każe pakować buty biegowe do bagażnika.

Niektórzy wykorzystuja ten czas na odpoczynek i spędzenie go z rodziną. I tu mam największego moralniaka, że każdego dnia planuję wykroić z tego światecznego czasu minimum godzinę na bieg. Że może nie powinnam. Że ciekawe, jaką mine zrobi moja mama, jak znów powiem, że idę biegać... bo zawsze jak odwiedzam rodziców, to biegam. Dzień w dzień.

Po co ja to w ogóle wypisuję. Przeciez nie odpuszczę! Ech!