No więc, wczoraj późno sie połozyłam, mlody w nocy gorączkował... Dzisiaj masakra, spałam na stojąco! ale ponieważ wprosiłam sie na bieg z Mikołajem, honor nie pozwolił mi odpuścić. Jeszcze godzine przed biegiem byłam na chwile u siąsiadki, która stwierdzila, ze kiepsko wyglądam, chyba jestem przemęczona....
Oj tak!
Minę miałam nietęgą, kiedy ruszylismy 5.30, jak zapowiadałam. Na Mikołaju nie bardzo robiło to tempo wrażenie, na mnie dzisiaj zdecydowanie tak. Trasa nasza zwykła, plan na 15 km (a ja jeszcze planowałam dobiec i wrócić biegiem z miejsca spotkania do domu, he he, całe szczęśnie skapitulowałam na rzecz auta).
Pogoda idealna, nie za zimno, tempo nie bardzo konwersacyjne jak dla mnie dzisiaj, ale 4 kilometr zrobił sie milszy, wolniejszy i nawet cos tam zaczęłam więcej mówić... Na moje nieszczęście Mikołaj miał zegarek i zakomunikował mi, że takie tempo (6.0) nie wchodzi w grę.... Więc nogi za pas, i lecimy!
O czym było? Mimo mojej niedyspozycji w gadaniu, jednak rozmawialismy cały bieg. O bieganiu naturalnie, potem znów o bieganiu a na koncu jeszcze troche o bieganiu... no i o koszulkach było też :) A więcej nie powiem :) Sprzedałam też Mikołajowi plan biegów lesnych, jak zrobi już sie dostatecznie widno o porze czwartkowych biegów i poparł pomysł.
Cudowne było to, że przez długi czas biegu było jeszcze dość widno. Mikołaj nie użył czolówki, chociaż był przygotowany. Ja nie zabrałam latarki, ale nie była potrzebna. Poswiata zachodu długo nam towarzyszyła, za Jazgarzew i znów mój ulubiony odcinek wzdluż toru kolejki.
Nie odpuszczał mi. Widział, że wkładam dużo wysiłku, zreszta na starcie zakomunikowałam, ze czuje się mniej więcej na 6.30.... Ale widział że zyję, więc popedzał. A wyglądało to tak, że biegłam pół kroku za nim. A on, opowiadał o różnych rzeczach, jak gdyby nigdy nic. Jakbym zwolniła, za daleko by odbiegł, zebym mogla w rozsądnym tempie go gonić :)
Lekko zmodyfikowalismy trasę, na małe uliczki, zeby dodać dystansu, spokojnie, bez ruchu. TZN na ulicach bez ruchu, bo my, cóż :)
Masa biegaczy. Wszedzie. Potencjalni uczestnicy czwartkowego biegu. Pozdro, pozdro, i dalej, ja pół kroku za Mikołajem...
Wiadukt, uff, uwielbiam go. Z górki szybko, lekko, zegarek pokazał mi moment 4.07, poczułam sie mocna! Dalej zreszta tez w dół, w stronę stadionu, wszystko zaczynało byc piekne i proste, kiedy kolejna w miarę płaska uliczka w lewo umknęła, a Mikołaj zakomunikował mi, że trening, to trening i polega na zmęczeniu się.
No i mój swiat się zawalił.
Broniłam się rekami i nogami, przed interwałami, podbiegami, wykonywanymi celowo, zeby się sponiewierać. Chciałam i bałam się. Moje dotychczasowe biegania, zmęczenie po nich polegało głównie na: a) spoceniu się i lekkiej zadyszce, b) bólu nóg spowodowanym długim kilometrazem (zadyszka i pocenie oczywiste).
A tu okazało się, że dla swojego dobra, mam sie dodatkowo umęczac, wybierając odcinki pod górę i przyspieszając....
No to Mikołaj wybrał uliczkę pnąca sie w górę. To mogę zrozumieć, trasa etc. Ale do tego narzucił tempo (albo dorównam, albo hańba będzie :) )... wyszło 5.30 na tym podbiegu, szczytowałam ledwo zyjąc. A jeszcze Mikołaj zafundował mi ostatni kilometr na 5.16 (dane z mojego Tomtomka), więc niewiele z tego odcinka pamietam, tylko plecy Mikołaja....
Ostatnie dwa kilometry spędziłam w ciszy. Tzn, ja nie gadałam. Mikołaj w miarę kontrolował, czy zyję i raczej nie dodawał mi otuchy, a pognębiał pomysłami na zmęczenie się.
Nowe słowo, tylko błagam Mikołaj, nie smiej się, które zaczęło miec dla mnie wymiar fizyczny to TRENING. Nie bieganie, tylko bieganie w celu wykonania konkretnych zadań. Żeby się zmęczyć inaczej. I nawet nie bola mnie nogi.
Czy bieganie męczy? Po tym, jak sie czułam PRZED biegiem, kiedy naprawdę czułam, że będzie źle, okazało się, że nie tylko było całkiem nieżle (dzięki !), ale po biegu po prostu zniknęło zmęczenie po nieprzespanej nocy, senność i ogólna bylejakość.
Pojawiła się energia i zadowolenie!
Mikołaj zrobił mi fotkę na koncu, bieg bez foty wiadomo, niewazny. Nawet sie załapał w kadr, całkiem fajnie to wyszło.
Dziekuję Mikolajowi za bieg, za przypilnowanie, żeby był to dla mnie trening.
