Popularne posty

środa, 18 października 2017

Jak poznałam Łemkowynę :)



Łemkowyna to miał być mój debiut na dystansie 70 km. Wyszło inaczej, ale to już inna historia, na osobny wpis :)
Tymczasem, jadąc miałam już na koncie bieg trailowy Ultramazury, 73 km i łącznie ok. 1100 m przewyższenia.
Właśnie, 1100 metrów, a tu... 2500. Biorąc pod uwagę, że na Ultramazury ledwo zmieściłam się w limicie, nie wróżyło to najlepiej dla podobnego dystansu i ponad dwukrotnego przewyższenia...
Od sierpnia powierzyłam swoje biegowe życie Łukaszowi, który cierpliwie rozpisywał mi treningi na każdy kolejny tydzień, a ja konsekwentnie nawalałam... a to remont, a to szkoła się zaczęła... w sumie, wykonywałam ok. 50% tego, co trener mi nakazywał. I w końcu, nadszedł ten dzień. A właściwie przedddzień, bo wyjechaliśmy w piątek, w składzie ja, Ewa, Krzysztof i Artur. Humory dopisywały, więc planowana książka w aucie nie miała racji bytu :)

 


Pogoda-marzenie i wkrótce już teren stał się pofałdowany, w końcu górzysty, pomalowany kolorami jesieni. Dojeżdżając do Krosna, patrzyłam na zarys Beskidu i wiedziałam, że gdzieś tam jutro będę, w słynnym błocie Łemkowyny. O tym, że nie zdążę w limicie czasu, nie myślałam. Gdzieś tam czułam, że może zdążę :) Dużą rolę odegrał tu Marcin, który skutecznie wybijał mi z głowy myśli o porażce. Nawet używając stwierdzeń, typu "nawet na kolanach, a dojdziesz, już ja Cię znam..." :)

Tymczasem, odebraliśmy pakiety, po dokładnej kontroli wyposażenia, naprawdę, nie ma tu ściemy, wszystko trzeba mieć do okazania, wg regulaminowego spisu. Teraz przypominam sobie, że nie sprawdzono mojego kubka :) Ale był ofkors. Utyskiwałam na długie spodnie i czołówkę, ale ostatecznie... to potem.
Zakwaterowanie mieliśmy w miejscowości Polana, mała wieś, tak głęboko ukryta gdzieś w lesie, że nie mieliśmy.... zasięgu telefonicznego. Nikt, w żadnej sieci. Najpierw nas to rozbawiło, potem pojawiła się lekka panika, ale ostatecznie właściciele mieli internet, a jak już jest internet, do można również dzwonić :)
Tego wieczoru dość wcześnie poszliśmy spać. Ja jeszcze poczytałam horror, co skończyło się dość marnie, bo miałam w nocy głupie, straszne sny, żywcem wyjęte ze słabych horrorów o opuszczonych motelach :) :)
O 5:30 czekało na nas królewskie śniadanie - jajecznica, miód, konfitury, kawa inka, pyszny chleb, naprawdę, dzień zaczynał się bardzo dobrze. Na starcie stawiliśmy się ok. 15 minut wcześniej, gotowi :)

I okazało się, że zapomniałam mp3. Wizja samotnego biegu bez możliwości włączenia muzyki trochę mnie przerażała, ale nie było odwrotu. Odliczanie, start i zaczęła się przygoda. Chwila asfaltu i pierwsze podejście, trawiaste. Krzyśka nie widziałam już od startu, na tym podejściu uciekła mi Ewa z Arturem i zostałam sama. A właściwie, w korowodzie innych biegaczy, zdecydowanie w końcówce.

Dzień wcześniej dokonaliśmy dokładnej analizy trasy, pod kątem limitów czasu i przewyższeń oraz odległości. Do pierwszego punktu na 20 km, należało dotrzeć w 3,5 godziny. Dużo czasu? No niby tak, ale w tym odcinku mieliśmy do czynienia z podejściem pod Cergową. Po przebiegnięciu przez drogę E371 zaczynał się znój i niespodzianka - spotkałam Oliwię :)
Zaczęłyśmy wspólną wędrówkę, która miała się zakończyć na mecie :)


Pierwszy punkt osiągnęłyśmy z ponad godzinnym zapasem. Punkt wypasiony, zarówno pod kątem różnorodności posiłków jak i troski i pomocy wolontariuszy. Tu szybko zdjęłam buty i poprawiłam mocowanie plastrów, które już miałam założone przed biegiem oraz przymocowałam nowe w miejscach, gdzie czułam dyskomfort. Od razu napiszę, że po całej trasie nie miałam ani jednego otarcia czy pęcherza!!!

Teraz czekały nas trzy "górki", 20km i do 15:00 powinnyśmy zgłosić się w punkcie w Puławach. Duuużo czasu było ;) Przy takim dystansie jest wiadomym, że czas płynie bardzo szybko. Idąc pod górę i zawsze biegnąc w dół, chłonęłyśmy cudowną beskidzką jesień. Kolory i zapachy i nie było błota :) Sucho, przyjemnie, a cola, którą dźwigała Oliwia była słodką nagrodą na końcu każdego podejścia :)

W południe osiągnęłyśmy 30 km, czyli po 5 godzinach. Nie wróżyło to najlepiej, szczególnie że u mnie powoli pojawiał się ból nóg. Na 31 km przegonił nas pierwszy zawodnik z dystansu 150 km. Akurat na podejściu. Po prostu nas dogonił, był bez kijów, podejście pokonał truchtem i tyle go było widać :) Zdążyłam pogratulować i spytałam o nazwisko, odkrzyknął, ale dalej nie wiedziałyśmy, kto to :)

Najmniej przyjemna część trasy zaczęła się ok. 35 km. Asfalt. Bite 5 km asfaltu do punktu w Puławach. W moich salomonach cudownie biega się po terenie, ale na asfalcie każdy krok dudni aż w biodrach. Po tym odcinku byłam zła, cały mój zachwyt uleciał na rzecz obolałych nóg. Okazało się też, że nasze zegarki zupełnie inaczej mierzą przebytą trasę. Wg mnie, byłyśmy dalej, wg Oliwii, bliżej :) Początku trasy :P Na tym asfalcie odbyłyśmy wiele konsultacji z innymi biegaczami, by utwierdzić się w przekonaniu, że Oliwii zegarek jest bliżej prawdy :)
Na drugim punkcie odżywczym była pyszna zupa dyniowa! Prawdziwe toalety i tam dogonił nas drugi zawodnik z dystansu 150 km :)


Przed nami 15 km z podejściem pod Skibce, w Przybyszowie miałyśmy zameldować się najpóźniej o 17:15. Jedno podejście, i "tylko" 15 km, na punkcie w Puławach godzina zapasu... wyglądało to znów bardzo optymistycznie :)

Zaraz po wyjściu z Puław, poznałyśmy Szymona. Szymon miał chyba dość samotnej wędrówki, w każdym razie od tej pory trzymaliśmy się razem. Szymon kalkulował. Kalkulował tempo, dystans, popędzał i motywował. Mało czasu, mało czasu! Jak to mało, to tylko 15 km.... Ano, mało. Bo tu w końcu było błoto :) błoto dość fajne, gęste, takie gliniaste bym powiedziała, ale skutecznie spowalniające. Nie obyło się bez wpadek, zamoczenia stóp, poślizgów... Jakoś strasznie wolno zaczęło być, a czas leciał i leciał... Pilnowaliśmy się, wykorzystując każdy pochyły odcinek na bieg, a podejścia robiliśmy jak najdynamiczniej można było. Do naszej grupy dołączyła Asia ze swoim partnerem biegowym - nie pamiętam imienia, niestety, i nasza grupa przetrwania zwiększyła się do 5 osób :)

Na podejściach chłopaki i Asia byli raczej górą, za to na zbiegach ja i Oliwia zostawiałyśmy ich daleko z tyłu :) Niemniej wciąż gdzieś wokół siebie krążyliśmy :)
Do Przybyszowa mieliśmy wielki zbieg, długi i trawiasty. Taki, że aż nogi się gubiło :) Uwielbiam to! Na samym dole czekał punkt, na którym były... kiszone ogórki, o których na ostatnich 15 km krążyły legendy :)

Ogórki zagryzałam ciastkiem kakaowym a wolontariusze patrzyli na to wielkimi oczami. Litry coli i już, już lecimy, bo mamy tylko 15 minut zapasu....
A tu, niespodzianka, na punkcie pojawił się nikt inny, tylko sam Marcin Świerc :) Nie mogłyśmy odmówić sobie zdjęcia z mistrzem, a on chętnie z nami pozował.


Życzył nam powodzenia, dodał otuchy, mnie osobiście tak nakręcił, że gdy ruszyliśmy z punktu, grupa zaczęła mnie powstrzymywać, bo zaczynałam biec pod górę :) ;)
Ostatni odcinek, kalkulacja Szymona: mamy 15 km, 3 godziny czasu. Mało, mało!Tak naprawdę przed nami było już tylko niewielkie podejście, ale zmęczenie dawało o sobie znać, co przekładało się wprost na powolne tempo, w okolicach 10 minut na km. Na płaskim :P



Czas leciał jak szalony. Parę minut po 18:00 konieczne okazały się czołówki. Tak, te czołówki, na które narzekałam, a jednak! Pooświetlani, "pędziliśmy" w zapadającym zmroku. Aż zrobiło się zupełnie ciemno. Kiedy zostało ok. 5 km i wpadliśmy w las, zaczął się dramat. Długi zbieg się skończył i zaczęło się.... błoto. Znowu cholerne błoto. Okazało się, że moja czołówka nie daje rady... Świeciła dobrze, ale punktowo. Jak biec, gdy widzisz tylko krążek światła? albo świeciłam tuż pod nogi, by się nie przewrócić, ale wtedy nie widziałam, co parę metrów dalej i wpadałam w błotne koleiny, mimo, że obok była suchsza ścieżka. Jak patrzyłam przed siebie, wyszukując lepszej drogi, wpadałam w błoto pod nogami, którego nie widziałam.

Zostałam sama. Szymon konsekwentnie oddalał się. Oliwię i resztę grupy zostawiłam na zbiegu na tyle daleko, że nie widziałam nawet ich czołówek. Tylko ja, obrzydliwe, śliskie błoto, ciemność, głucha cisza i las. I wtedy przypomniały mi się niedźwiedzie.... Pomyślałam, że one może nie atakują, jak się ma czołówkę, raczej się może boją... tego się trzymałam. Na 67 km dogonił mnie kolejny zawodnik z dystansu 150 km. Okazało się, stary znajomy, Rafał Kot :) Mówi, jeszcze 3,5 km, Kama dasz radę!! Tak, 3,5 km, jest 19:20 czy coś i jest błoto. Rafał poleciał, a ja zastanawiałam się, co jest ze mną nie tak. Jak można w tym błocie tak szybko się przesuwać. On tup tup tup i już go nie było. Ja na czterech, z kijami i rozjeżdżającymi się stopami w błocie b r n ę ł a m, nie szłam nawet. I tu zaliczyłam jedyną wywrotkę tego biegu :)
Niedługo przed opuszczeniem lasu dogonił mnie zawodnik z siedemdziesiątki, który... poczekał na mnie zaraz za lasem :) Miałam dylemat, czy czekać na Oliwię i resztę, ale wciąż nie widziałam ich czołówek, a czasu... już nie było. Po wyjściu z lasu, z zawodnikiem rozpoczęliśmy finisz! :P Czyli, marszobieg, ale ustaliliśmy, że na samą metę wbiegamy :) Asfalt, potem chodnik, gdzie ta meta? On szedł, ja podbiegałam, bo nie mogłam za nim nadążyć :) Ostatecznie, wbiegliśmy na metę krokiem startującego :)

Na mecie czekali moi towarzysze podróży, wykąpani i świezi :) Oliwia wpadła na metę niespełna minutę później, nie powiem, ulżyło mi, że zdążyła, bo miałam moralniaka za to niepoczekanie na nią.
Fota na ściance, kąpiel i bus. I medal, krowi dzwonek :)
Okazało się, że dałam radę. Myślę, że to w największej części zasługa Łukasza, który uporządkował moje bieganie i wprowadził odpowiednie jednostki treningowe, wiedząc, gdzie mam zamiar biec. W dalszej kolejności Marcina, który wierzył, że to, że dobiegnę, to oczywista oczywistość i wbił mi to skutecznie do głowy. Dalej, towarzystwo biegowe, nie wiem, jakbym sama miała dość samozaparcia i skutecznej motywacji. :) No i w końcu, pogoda. Cudowna, złota polska jesień i wyjątkowo mało błota, jak na tę trasę, o czym wciąż słyszałam od zawodników, którzy w poprzednim roku biegli łemko.
Mój stan na biegu mogę określić jako: zachwycona :) Było po prostu cudownie i bajecznie, klęłam jedynie na asfalt, ale teraz, po kilku dniach, już o nim nie pamiętam :)
Od tego startu uzależniałam swój kolejny udział w Łemkowynie. Wiem już, że pobiegnę znów. Znów na tej trasie. :)
Czy mogłam coś zrobić lepiej? Nie :) Wszystko było zrobione najlepiej, jak mogło. Nie byłabym w stanie pobiec szybciej, zresztą, skoro zdążyłam, to po co? Prawie 13 godzin cudownej, beskidzkiej przygody.
I wcale nie bolą mnie nogi, no, może trochę, ale zupełnie nie tak, jak się spodziewałam :)