Popularne posty

poniedziałek, 4 maja 2015

Jak zrobiłam TO

Jeżeli czytaliście, wiecie, że nie lubie się zanadto męczyć. Faktycznie, bieganie powoduje zmęczenie, ale jesteśmy panami swojego losu, meczymy sie tyle, ile chcemy. No i męczymy się w akceptowalnym dla nas, coraz szybszym wraz z upływem czasu, ale wciąż dobieranym tempem, tak, zeby się nie zarżnąć. Przynajmniej ja tak mam.

Bo zarżnięcie się, szczególnie jak zaczyna się biegać, demotywuje. Początkujacy powinni zaczynać w strefie komfortu, bezwzględnie, by poczuć względne zmęczenie, ale żeby nie płakać na drugi dzień.

Ta cudowna teoria, praktykowana przeze mnie, wraz ze wzrostem moich możliwości, nie straciła na aktualnosci. I chociaż złamałam dychę, potem 14, 15, potem 13 to już lajcik i gadu gadu.... I dwie dyszki, i pólmaraton z uśmiechem i 25 co jakiś czas... wciąż komfort. Zmęczenie, bol nóg, ale wciąż komfort.

Aż poszłam na dwa treningi. Takie nie gadu gadu. Najpierw przegonił mnie Mikołaj, potem Michał.

I odpłakałam swoje, zakwasy, brak tchu. I... zachciałam jeszcze. Tych zakwasów i tego bezdechu!

Dzisiaj zebrały sie biegowo dziewczyny, Asia i Beata, przyznam, ze byłam bliska czasowo do zdążenia na bieganie, w sumie na upartego, pół godziny póżniej mogłabym być na zbiórce. Beata nawet chciała na mnie poczekać. Ale miałam z tyłu głowy to, że powinnam iść nie na przemiłe biegowe spotkanie, a na trening. Odpuścilam więc, mimo, że bardzo chciałam, strefa komfortu i wspaniałe towarzystwo!

Bo chciałam się zarżnąć! Chciałam krwi :)

Mój wspaniały Tomtomek oferuje taką funkcję jak interwały. Ustawia się czas lub odległość dla rozgrzewki, właściwych interwałów i wyciszenia. I ilość interwalów.
Wygodnie na kanapie zaprogramowałam 2 km rozgrzewki, 8x100 metrów szybko z 8x 100 metrów oddechu i kolejne 2 km wyciszenia.

I poszłam. Pobiegłam :)

Zaplanowałam, że interwały wypadna na prostej, pod szkoła w Mysiadle, droga donikąd, pusta o tej porze, asfalt, nie las, Michał... :) oświetlona. Ładnie wyliczyłam, na Kwiatowej zegarek dobijał do 2 km i za chwilę wibra i każe mi biec pierwszy interwał! Lecę! 100 metrów, niby malo, ale mialam w pamieci, że po treningu z Michałem sądzilam, ze interwały kazał mi robic na odcinkach 500, nie 100 metrów...

Kiedy się biegnie szybko, zmusza sie do wysiłku, 100 metrów okazuje się być strasznie wielka odległością. Wibra, mam 100 metrów na oddech! zwalniam i zerkam, rany jak te 100 metrów odpoczynku szybko sie kończy! Mogłam zaprogramować 200!!! I znów wibra, zapieprzaj! No to pobiegłam znów!

Trener jest fajny, zywy, zegarek też jest fajny, ale nie krzyczy na mnie.... przestałam liczyc po 4 interwale. Potem, nie wiedziałam już, który mam za sobą, ale wydawało mi się, że jeszcze dwa, po czym zegarek pokazał, że już został mi tylko jeden! O dzięki!

No i zostały mi dwa kilometry wyciszenia, odpoczynku czy cokolwiek to miało być, ale nie było już interwałem!

Mniej wiecej obmyslilam powrót, by "zarobić" te dwa km. staralam sie w miarę szybko, jak mi mój jednorazowy zywy trener kazał wczesniej... i minąwszy dom, dobiłam do dwóch km wyciszenia w tempie niewyciszającym....

Uff. Jest moc. Rozciąganie pod domem na trawce, przy ławce.... spociła mi sie nawet twarz... płynał mi po policzku pot, parowałam ciepłem i śmierdziałam potem. A co, po prostu!

Mam nadzieję, że jeszcze pale kalorie. Bo wczoraj zjadlam gofra z owocami i bitą śmietaną.

Chyba cos mi się stało. Chyba wyszłam świadomie na trening, zmierzyć się sama ze sobą i podolać zadanym sobie zadaniom. Chyba to jest jakiś kolejny etap ewolucji!!!

Jestem dumna z siebie! Pochwalił mnie Prezes klubu, a Michał ocenił mój trening na 6!

Zobaczymy co dalej. Dzisiaj bardzo chciałam się przetrenować i zrobilam to. Tylko, czy będe miała zakwasy jutro i gdzie?



Niedzielne wybiegania to zwyczaj, jaki sprzedał mi Paweł, jako trening wytrzymalosciowy. Od wielu tygodni trzymam sie tego planu i musze przyznać, z tygodnia na tydzień jestem w lepszej kondycji PO biegu.
Pomysł padł podczas biegu niedzielnego z Beatą, zeby zaproponowac klubowiczom niedzielne biegi. Taki był plan na 3. maja. Ale wiadomo, plan planem...
Utworzylam wydarzenie w grupie. Niedzielne wybieganie! 25 km, powolutku. I okazało się, że Beata nie moze. Inni też nie, z róznych powodów. Bardzo wstępnie zdeklarował się Mikolaj i Michał. Czekałam. Powodzenie mojego pierwszego wydarzenia wisiało na włosku....
Bieg 2 maja, Mikołaj startował, Michał miał swoje sprawy, cisza. Właściwie w sobotę byłam juz pewna, ze biegne sama, szczególnie ze zaproponowałam 7:00 rano Emotikon smile
Ale nie. Mikołaj potwierdził. Póżniej Michał. Mam kompanów! No to co, budzik na 6. O 5.55 obudził mnie mój niezawodny syn Emotikon smile Kawka, nutella, wiadomo. O 6:50 juz byłam na rynku. Pierwszy Michał, potem Mikołaj. Obaj na długo, góra, ja na krótko, zmarźlaki....
No i ja w klubowej koszulce Emotikon smile
Plan był taki, że po lasach Chojnowa. Nawet upatrzyłam sobie trasę, ale zamiast ja jakoś bardziej zmaterializować, poprzestałam na przekonaniu, że Michał tereny zna, więc zrobimy te planowane 25 km według jego wskazówek.
Jednak okazało się, juz po starcie, że Michał lasów nie zna, a w zasadzie chłopaki przekazuja mi prowadzenie, skoro ja zorganizowałam bieg. No pięknie....
Postanowiłam stanąć na wysokosci zadania i próbowałam odtworzyć w głowie tę trasę. Nic z tego. Chwile na nia patrzyłam w kompie i tyle. No to improwizacja.
Stała trasa do Żabieńca, w las. Nastroje przednie, staram się kontrolować tempo, Michał co jakiś czas żartuje z moich interwałów... a w zasadzie z mojego samopoczucia PO Emotikon smile Kolejne skrzyżowanie prosto, chociaż cos tam miało być w lewo, pamietałam. Ale chłopaki rozgadali się o zegarkach do biegania, więc szło prosto i prosto.... No dobra, ogranełam sie w koncu i skierowałam nas w lewo. Taka piękna lesna ścieżka. Nawet przez chwilę milczaco było, bo naprawdę fajny klimat. A potem sciezka przeszła w ściezynkę, potem zniknęła... nie wiem, jak sie to fachowo nazywa, ale lecielismy po prostu po lesie Emotikon smile Michał postanowił nad tym zapanować i powoli, przez chaszcze, wyprowadził nas na drogę. Żwirówka w środku lasu. A nawet nie w srodku, bo widać było drogę 79. Auta, auta... Mając 6 km na liczniku, przekroczylismy drogę krajową i zapuscilismy sie w kolejny las.
A tu było całkiem inaczej. Droga szeroka, ale nie uczęszczana raczej przez auta. Leśna. Prosta dokąd oczy siegały. I wiosennie zielona, zewsząd. Zapadła przemiła cisza, słychac było tylko nasze kroki, póki oczywiscie jej nie przerwałam. Ale był powód. W lesie mignął mi jakiś kształt. wbiegłam tam, panowie też. To było miejsce pamieci. Pieknie utrzymane, pomnik, ogrodzony, ku pamieci rozstrzelanych zołnierzy. Zatrzymalismy sie tu chwilę, popatrzylismy.
Dalej w nasza nowa piekna drogę, i... skonczyła się. Zaczeła sie normalna wioska. Rzut oka na GPS, jest Czarnów, za nim kolejny las. Pobieglismy.
Świetne było to, że nie było do końca wiadomo, gdzie, jak wybiegniemy, a za kazdym razem Michal mówił "pobiegnijmy, zobaczymy" Emotikon smile Ot tak Emotikon smile No to bieglismy i patrzylismy. Wieś, kolejny las, potem mega pole.... Na polu odezwała sie w Mikołaju jego artystyczna część duszy - zwrócił nam uwagę na samotne drzewo na polu, faktycznie wspaniały temat do foty! Odpowiednio samotne i odpowiednio krzywe, na innych odpowiedniosciach sie nie znam Emotikon smile
Przy okazji było trochę o zdjęciach i sprzęcie Mikołaja... i coraz węższa ściezka w las. Michał ogólnie był dość małomówny dzisiaj, ale chyba nam wszystkim było dzisiaj mniej do gadania...
Taki był klimat biegu. Spokojny i ciepły. Ja tylko pilnowałam tempa, które co jakiś czas niebezpiecznie rosło, grożąc wszystkim, poza Michałem, na którym nie robiło ono wrażenia, padnieciem na pysk po jakimś czasie.
Znów ten Czarnów, krążymy, więc znów w inna stronę. Klucząc, wpadlismy w małe ciche uliczki Konstancina i zrobiło się pięknie. Stare/nowe domy, kompletny brak aut i cisza - wspaniały klimat. Nogi znów niosły, ja znów stopowałam.... Wypadlismy na drogę Od Lasu, oniemiałam i zatrzymałam się. No to bylismy na ok. 14 kilometrze, przy miejscu, gdzie startuje zwykle mój sobotni parkrun Emotikon smile Parę koncepcji na powrót i Michał zarządził jego samochodową trasę z basenu. Główniejsza ulica, dwa ronda... Emotikon smile
Wciąż nie bylismy zmęczeni. Wyraziłam obawy, czy aby wszyscy w Konstancinie na pewno widzieli moją klubową koszulkę. Chłopaki doradzili mi zakup butów, ktore mi sie spodobały. Mikołaj zdradził że jego myśli krażą wokół sformalizowania pewnych kwestii klubowych, szczególnie kar, ale szczególów nie znam jeszcze.... Emotikon smile
Ustalona samochodowa trasa powrotna robiła sie podejrzanie krótka. Więc podejmując róbę nadrobienia kilku km, wbieglismy w kolejną uliczkę, Leśna w Konstancinie, znów zatapiając sie w sennosci prowincji. (Że minęlismy drogowskaz na Czarnów, nie wspomnę...) I znów hamowałam tempo. I zaczęłam myśleć o fontannach Emotikon smile
Niespodziewanie szybko, pomiedzy stawami, gdzie nigdy nie bylam, wylądowalismy przy Sand Tower, oj szkoda, już za chwilę rynek. Michał jeszcze na chwilę poprowadził nas do parku, gdzie jest zbudowany taki drabinkowy małpi gaj dla dorosłych... Nawet zaproponował cwiczenia, ale nie rzucilismy sie z Mikołajem na te drążki Emotikon smile Emotikon smile
Po parku właściwie już nic nie było, tylko fontanny, czyli koniec.
Na liczniku koło 23 km. Na rynku przygotowania do obchodów świeta, harcerze w rynsztunku i my w spodenkach... Emotikon smile Miła Pani nas sfocila, fota musze przyznać, super!
Tak, chciało mi się.
Po pierwsze, bo uwielbiam długo biegać
Po drugie, bo się umówiłam. A jak widziałam że o 7 rano w niedzielę przyszedł Michał i Mikołaj, poczułam, że nie jestem odosobnionym przypadkiem tych, co to im się "że też chce".
Po trzecie, miałam wyjątkowe towarzystwo. Nikt nie jęczał i nie narzekał, że chaszcze, że trzeba było w prawo, że daleko, że niewiadomo dokąd... A co dla mnie najważniejsze, powiedzieli, każdy z osobna i za siebie :)- że są zadowoleni że biegną, ze dobrze, że wstali Emotikon smile
Po czwarte, bo po zakonczeniu biegu czułam się bardzo zadowolona, kilometry zrobiły swoje. Jak to powiedział Michał, kapały (tryskaly?) ze mnie endorfiny Emotikon smile
Michał się wybiegał, jak twierdzi, wiadomo, że pewnie chciałby szybciej... jego nogi (wiadomo, jakie) przez koncową część biegu stanowiły dla mnie punkt odniesienia, więc nie czułam za mocno tempa, nawet jesli bywało szybsze. Nie mówił za wiele, chyba miał sporo do pogadania ze sobą, ale z pewnością miał dobry nastrój.
Mikołaj chociaż odgrażał się, że dawno nie biegł daleko, jako jedyny zrobił 25 km, znalazł siłę uzupełnić kilometraż po rozstaniu się już grupy. Mikołaj miał nastrój do rozmowy, chociaż nie do gadania i ochotę na każde "pobiegniemy, zobaczymy" Michała. I nawet był często uśmiechnięty 
Emotikon smile
Dziekuję panowie za bieg, za przemiłe, niedzielne, poranne 2,5 godziny, które dały mi wspaniały nastrój i energię na cały dzień.