Na szczęście dzisiaj mam umówione bieganie, pierwszy rozruch po niedzielnym wysiłku. Nie powiem, żeby mnie nie nosiło przez te 3 dni, ale mądrych ludzi słucham, każą się regenerować, to sie regeneruję :)
I zupełnie czuję sie juz wypoczeta. Jednak w obliczu świąt wielkanocnych, jak przed każdymi swietami, staję przed dylematem - biegać, nie biegać?
Jestem zupełnie uzalezniona od treningów. Czuję się źle, jezeli nie pobiegam. Czuję się fatalnie z tą trzydniową przerwą!
W związku z wyjazdem na świeta na Mazury, planuję biegać przez wszystkie świąteczne dni. A szczególnie dlatego, ze po pierwsze, mam okazję pobiegać z kumpelką, która tam mieszka, więc wspólne, a zwykle baaardzo fajne treningi, mamy okazję robić rzadko. Po drugie, perspektywa biegu po lesie, pięknym, pachnącym, cichym, bez tłumów (jak w Kabackim), każe pakować buty biegowe do bagażnika.
Niektórzy wykorzystuja ten czas na odpoczynek i spędzenie go z rodziną. I tu mam największego moralniaka, że każdego dnia planuję wykroić z tego światecznego czasu minimum godzinę na bieg. Że może nie powinnam. Że ciekawe, jaką mine zrobi moja mama, jak znów powiem, że idę biegać... bo zawsze jak odwiedzam rodziców, to biegam. Dzień w dzień.
Po co ja to w ogóle wypisuję. Przeciez nie odpuszczę! Ech!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz