Bo zarżnięcie się, szczególnie jak zaczyna się biegać, demotywuje. Początkujacy powinni zaczynać w strefie komfortu, bezwzględnie, by poczuć względne zmęczenie, ale żeby nie płakać na drugi dzień.
Ta cudowna teoria, praktykowana przeze mnie, wraz ze wzrostem moich możliwości, nie straciła na aktualnosci. I chociaż złamałam dychę, potem 14, 15, potem 13 to już lajcik i gadu gadu.... I dwie dyszki, i pólmaraton z uśmiechem i 25 co jakiś czas... wciąż komfort. Zmęczenie, bol nóg, ale wciąż komfort.
Aż poszłam na dwa treningi. Takie nie gadu gadu. Najpierw przegonił mnie Mikołaj, potem Michał.
I odpłakałam swoje, zakwasy, brak tchu. I... zachciałam jeszcze. Tych zakwasów i tego bezdechu!
Dzisiaj zebrały sie biegowo dziewczyny, Asia i Beata, przyznam, ze byłam bliska czasowo do zdążenia na bieganie, w sumie na upartego, pół godziny póżniej mogłabym być na zbiórce. Beata nawet chciała na mnie poczekać. Ale miałam z tyłu głowy to, że powinnam iść nie na przemiłe biegowe spotkanie, a na trening. Odpuścilam więc, mimo, że bardzo chciałam, strefa komfortu i wspaniałe towarzystwo!
Bo chciałam się zarżnąć! Chciałam krwi :)
Mój wspaniały Tomtomek oferuje taką funkcję jak interwały. Ustawia się czas lub odległość dla rozgrzewki, właściwych interwałów i wyciszenia. I ilość interwalów.
Wygodnie na kanapie zaprogramowałam 2 km rozgrzewki, 8x100 metrów szybko z 8x 100 metrów oddechu i kolejne 2 km wyciszenia.
I poszłam. Pobiegłam :)
Zaplanowałam, że interwały wypadna na prostej, pod szkoła w Mysiadle, droga donikąd, pusta o tej porze, asfalt, nie las, Michał... :) oświetlona. Ładnie wyliczyłam, na Kwiatowej zegarek dobijał do 2 km i za chwilę wibra i każe mi biec pierwszy interwał! Lecę! 100 metrów, niby malo, ale mialam w pamieci, że po treningu z Michałem sądzilam, ze interwały kazał mi robic na odcinkach 500, nie 100 metrów...
Kiedy się biegnie szybko, zmusza sie do wysiłku, 100 metrów okazuje się być strasznie wielka odległością. Wibra, mam 100 metrów na oddech! zwalniam i zerkam, rany jak te 100 metrów odpoczynku szybko sie kończy! Mogłam zaprogramować 200!!! I znów wibra, zapieprzaj! No to pobiegłam znów!
Trener jest fajny, zywy, zegarek też jest fajny, ale nie krzyczy na mnie.... przestałam liczyc po 4 interwale. Potem, nie wiedziałam już, który mam za sobą, ale wydawało mi się, że jeszcze dwa, po czym zegarek pokazał, że już został mi tylko jeden! O dzięki!
No i zostały mi dwa kilometry wyciszenia, odpoczynku czy cokolwiek to miało być, ale nie było już interwałem!
Mniej wiecej obmyslilam powrót, by "zarobić" te dwa km. staralam sie w miarę szybko, jak mi mój jednorazowy zywy trener kazał wczesniej... i minąwszy dom, dobiłam do dwóch km wyciszenia w tempie niewyciszającym....
Uff. Jest moc. Rozciąganie pod domem na trawce, przy ławce.... spociła mi sie nawet twarz... płynał mi po policzku pot, parowałam ciepłem i śmierdziałam potem. A co, po prostu!
Mam nadzieję, że jeszcze pale kalorie. Bo wczoraj zjadlam gofra z owocami i bitą śmietaną.
Chyba cos mi się stało. Chyba wyszłam świadomie na trening, zmierzyć się sama ze sobą i podolać zadanym sobie zadaniom. Chyba to jest jakiś kolejny etap ewolucji!!!
Jestem dumna z siebie! Pochwalił mnie Prezes klubu, a Michał ocenił mój trening na 6!
Zobaczymy co dalej. Dzisiaj bardzo chciałam się przetrenować i zrobilam to. Tylko, czy będe miała zakwasy jutro i gdzie?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz