Popularne posty

wtorek, 26 maja 2015

O tym jak biegałam głową

O bieganiu głową słyszałam... czytałam :)

Pierwszy raz tak naprawdę pobiegłam w ten sposób podczas biegu na 30 km. To już na końcu, ok. 28 km, kiedy dość szybkie tempo i odległość zrobiły swoje, poczułam, że nie dam rady. A właściwie nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Przełączyłam się wówczas na myślenie, musiałam bardzo mocno się skupić nad utrzymaniem równowagi i tempa. Przekonałam siebie, że dobiegnę :)

Potem... potem były rozmowy o szybkim bieganiu. Tomasz przekonywał, że na pewno mogę biegać szybciej, jeżeli w to uwierzę :) Znów ta głowa. Wiara to nie siła mięśni! Aż spróbowałam....

Plan był na dychę, szybciej. Wcześniej polecono mi zrobić sobie taki trening, niekomfortowa dycha. Czyli, 10 kilometrów w niesprzyjającym tempie :) Zbierałam się na to wczoraj, nawet umówiłam się z Tomaszem, który w momencie gdy ja jestem w niekomfortowym tempie, biegnie zupełnie komfortowo.

Ale spadł deszcz. Padało i padało dość intensywnie. Tomasz stwierdził, że bieg po zalanych ulicach niewiele ma wspólnego z biegiem i zaproponował przełożenie tej strasznej dychy. Zgodziłam się z jego argumentacją.... i pobiegłam sama :)

Właściwie to miał rację, i mój bieg to miała być zwykła przebieżka, bo wtorek to mój dzień biegania. Miała być... w domu. Bo jak wyszłam, zaczęłam kombinować. Najpierw szło powoli, tempo ok. 5,50, skakanie po kałużach... Jednak pusto dość już o tej godzinie, więc mniej więcej po 500 metrach zeszłam na jezdnię i pomyślałam, że spróbuję szybciej. I tak mi już zostało.

5,16...5,07...4,57...4,52...o wow. Faktycznie, z komfortem to tempo nie miało wiele wspólnego. Wysokie tętno, ale pilnowałam, żeby nie było zadyszki. Fajny, przyczepny, mokry asfalt, muzyka :) Zerkałam na zegarek. Bo na początku myślałam, że jakiś zryw mi pokazuje, że zaraz okaże się, że biegnę 5,30... bo przed samym treningiem to już się strasznie wahałam, biegać, czy iść spac... zmęczona byłam. Ale nie. 4,52 cały czas! Na Kieleckiej, 2,8 km - tempo 4,52... Stara Iwiczna, tempo 4,52... Sękocińska, już mam 4,6 km w nogach i.... nie ma jak biec! ogromne rozlewisko! No to w bok, przez Syrenki do Puławskiej próbuję... nie da się! wielka kaluża po kolana, ech!

A ja już naprawdę mam dość tego nie komfortu! Jednak... szkoda mi było, skoro już tyle biegłam...., zawrotka i Syrenki z powrotem do Mleczarskiej. Wciąż to tempo... Mleczarska to było wyzwanie! Wiało z północy, prosto w twarz, więc żeby utrzymać tempo, musiałam się jeszcze bardziej spiąć! Tory i odcinek remontowanej drogi, na szczęście chodniki już są... chodnik śliski, posypany piaskiem, co rusz kończy się i znów zaczyna, krawężniki po kolana jeszcze... aby do Decathlonu, uff...

Rondo przecięłam po prostu środkiem jezdni, już ostatnia prosta, szybciej, szybciej! Świadomosć, że męka już zaraz się skończy, naprawdę pozwala coś jeszcze z siebie wykrzesać! Na tyle byłam zmotywowana tym tempem, że minęłam dom i pobiegłam dalej :) Żeby dobiec do 7 km, a nie tam, 6 z ogonkiem :)

Wspaniałe samopoczucie zaczęło się natychmiast po biegu. To właśnie tak działa. Bieg był walką z siłą woli. Dasz radę, dasz radę! Nie, no może zwolnić, źle się oddycha.... Nie, dasz radę! To tylko 5 km (bo tyle miało być, gdyby nie ta kałuża...).

Wszystkie inne okoliczności zeszły na dalszy plan. Deszcz, wiatr, nieważne. Byłam tylko ja ze swoją głową i swoimi myślami. I wewnętrzna walka, o przekonanie się, że dam radę szybciej. Bo przecież nie bolały mnie nogi, nic mi fizycznie nie było... poza paskudnym brakiem komfortu na wysokim tętnie!

Jest lepszy czas na 5 km. Jest bieg poniżej 5,00/km..
Uwierzyłam już, ze mogę. Biegłam głową, a reszta mnie po prostu słuchała! :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz