Popularne posty

niedziela, 17 maja 2015

Mam(y) tę moc!

Dzisiaj był debiut na 30 km! Nas wszystkich debiut, Michała, Tomasza i mój.
Bieg był długi, więc i relacja nie będzie w dwóch zdaniach :)
Żarciki na czacie, wino, wiśnie, kobiety i śpiew no i zdeklarowałam tempo 5:30 na dzisiejszy bieg :) Oj no co, upojona byłam niebieganiem przez 3 dni!

Wcześnie spać, budzik na 5:45, syn mnie wyręczył o 4:30.... jakoś go ululałam, ale z mojego spania pozostała taka słaba drzemka. Wstałam w końcu 5 minut przed budzikiem, wyskoczyłam na balkon - ciepło, chociaż pochmurno. Kawka, bułka z nutellą, pałaszuję, zerkam za okno.... deszcz!

Taki fatalny, smagany wiatrem! No pięknie, to ja tyle czekałam na te 30 km, a tu będzie mokro i zimno... Tomasz wrzucił na FB prognozę z radą cieplejszego odziania się. Wiadomo, że ja ciepło nie lubię. Ale wiatrówkę wzięłam.

W oczekiwaniu na chłopaków w aucie, byłam przerażona, deszcz bębnił w dach... no, trudno. 7:00, wychodzę, nie pada :) jest Michał - z piciem, jest Tomasz - bez picia. Lecimy.

Rządził Tomasz. Ustalił trasę na 30 km. Tak sobie wykombinował, że nie było opcji "nie dać rady" i skończyć wcześniej. Kończysz wczesniej, zostajesz w polu :)

Pierwsze dwa kilometry były przywoite, tempo ok. 6. Oczywiście zaraz mi wypomniano moje deklarowane 5.30, ale przypomniałam, że muszę się rozgrzać. No, to się rozgrzałam, a potem... było coraz szybciej!

Tu jeszcze była konwersacja.... o butach i amortyzacji. O modelach zeszłorocznych i butach startowych. O rozmiarach (butów). Potem o zegarkach. O garminie Mikołaja i garminach bez paska, ale nie wiem w końcu o co chodzi z tym brakiem paska, dla mnie bez paska to cebula dziadka może
być na łańcuszku, ale najwyraźniej się nie znam.

Pierwsze 5 kilometrów to nawet nie wiem, kiedy zleciało. Tempo szalone. 5.09, 5.11.... Musiałam stopować. No, bo jak zwykle, miało być 5.30, a tu... Tomasz oczywiście mnie pouczył, że ŚREDNIE.... Szybka kalkulacja... no tak, pohasamy 10 km koło 5.0, potem zakręcimy się koło 6 drugą dychę... a ostatnia, naszym nogom nieznana dycha pewnie koło 6.30 będzie... Jakże sie mylilam!!

Chylice, Od Lasu, droga do wsi Obory. Wieeelki zbieg, ale nie dalismy się ponieść, rozsądnie było, z tym że ten kilometr wyszedł coś koło 5.16....ŚREDNIO :)

Obory, stadion, zakręt i... droga. Prosta po horyzont. Taka, jak w motywatorach biegowych - "tylko Ty i droga"... "biegnij"... "Pobiegałbyś?"... Coś pieknego!
Michał upomniał się o fotę. No tak, foty powinny być, ale w tym szalonym pędzie nie bardzo wiedziałam jak sie za to zabrać :)





Jest fota. Dalej... 4 kilometry prostej, najpierw lasek, potem żółte pola, potem zaorane pola i pęd! Jest, 13 km i wał. Kawałeczek wałem, oj, nierówno, grunt, za chwilę piękna, wąska asfaltówka pod wałem. Pojawili sie biegacze, rowerzyści. Z prawej wysoki wał, z lewej pola.

Przed nami stadko dzików. Biegły dwa dorosłe z masą warchlaków! Zaczęlam wyciągać komórkę, żeby zrobić fotę! Aż stanęlismy! Nie zdążylam... Przebiegły nam drogę w przyzwoitej odległości i wbiegły na wał. Dzikie maciory z młodymi, no, niepokojące, ale jakże piekne to było! Przez chwilę.... Bo okazało się, że kolejne stadko, dwa ogromne dziki i znów z biegającym miotem lecą przez pola.... wprost na nas!!

Nie zastanawialismy się, zaczelismy po prostu biec. Żeby zejść im z drogi. A one galopowały, ja to nawet miałam wrażenie, że zaczeły na ukos na nas biec.... One biegły, i my też, alez było straszne! Jeszcze cos uciekając wspomniałam, że niczego się nie boję... Z naprzeciwka minęło nas dwóch rowerzystów, zwolniłam. Skoro oni jadą w stronę dzików, my już jesteśmy bezpieczni. A dziki sobie w koncu poleciały i rowerzyści przeżyli :)

Uff, trauma została, wybiegając zza każdej kepy drzew sprawdzaliśmy, czy z pól nie biegną dziki. Dzika fobia po prostu :)

Ciszyca i koniec drogi przy wale. Mamy 17 km w nogach, pierwsza przerwa. Na rozciąganie i picie. To znaczy Michał miał przerwę na picie :) Z tym piciem to wyszło tak, że liczylismy na rowerowy transport wody. Ostatecznie Tomasz postanowił nawodnić się na zapas, ja wziąć bukłaczek. A po drodze liczylismy na sklepy. Było ich, pełno nawet, tylko pozamykane :)

Więc ja w koncu bez wody, Tomasz też, Michał podzielił się swoim dopalaczem, skorzystałam i dalej. O, to był bolesny start. Kolana krzyczały, ale powoli rozbujalismy się, na wciąż cholernie szaleńcze na tym etapie dla mnie, tempo. No, wersja była taka, ze pomimo, ze Tomasz rządzi, bo zna trasę, tempo ustalam ja. Czyli, teoretycznie, na mnie spoczywa odpowiedzialność za wynik. A ja... marzyłam o złamaniu 3 godzin :) czyli średniej 6.0.

Dobrze się już rozpędziliśmy, zatrzymuje nas kobieta w osobówce (a my w Ciszycy, przypominam) i pyta czy dobrze jedzie na .... Tarczyn :) :) Zdębielismy. Tarczyn leży milion km stad po drodze Warszawa-Radom, a ona na wał jedzie głeboka wsią i pyta o Tarczyn!!! Tomasz podjął się tłumaczenia, gdzie ten Tarczyn jest. A ja byłam w takim szoku, ze próbowalam ustalić z Michałem, gdzie lezy Tarczyn.... Pojechała. Wciąż pozostały wątpliwosci, dokad ona chciała jechać, czy może jest więcej Tarczynów na świecie, jak przytomnie zauwazył Michał, albo może chodzilo o Słomczyn...

Habdzin, Opacz.... zaczęłam wymiekać. Jeszcze miałam zryw po 19 km, bo pachniało mi życiówką na 21K, ale w końcu, po wspólnych, baaardzo mozolnych obliczeniach, ile od 19400 M jest do 21097M i biorąc pod uwagę aktualny czas i prognozowane tempo.... odpuściłam :)

Było coraz gorzej... po 22 km padałam na pysk, ale wstyd było sie przyznać. Brakowało mi tchu. A oni stukali nogami rytmicznie...

Na moje wielkie, ogromne szczęście, wbieglismy do Konstancina i rondo. Ach, jak już niedaleko! Jeszcze koło 8 KM! Może trudno w to uwierzyć, ale dało mi to trochę siły. Park Zdrojowy, alejki, punkt widokowy nad stawem, ja stop. Nie, no nie mogę. Rozciąganie, oddychanie. Tomasz dał mi nadzieję, na sklep z wodą. Michał, ach Michał, wyglądał jakby dopiero wstał! Oj, jak ciężko ruszyć!

Tężnie, alejki, kluczymy, Tomasz nas prowadzi i... Tomasz się przewraca na skręcie alejki! Co jak co, ale zrobił to fachowo. Nie gruchnął o ziemię, a przetoczył się celowo. Ciekawe, czy w wojsku był... Okazało się, że nic mu nie jest, poza porządnym okurzeniem się. Całe szczęście!!! chwila przerwy, Tomasz sprawdził swoje kosci, kostki i kosteczki, upewnił się, że jest ok i pobieglismy dalej, uliczkami Konstancina.

Już nic nie mówilam... Tempo, no o czym tu, wciąż szalone!

Michał zauważył sklep. Musiałam. 250 ml niegazowanej wody ze szklanej butelki. Wypilam w ułamku sekund i dalej, dalej....

Było całkiem nieźle jeszcze chwilę, zakręt, i ostatnia prosta do Sand Tower. I tu właśnie umarłam... 29-30 km... łydki. Moje łydki się zbuntowały. Nie kolana, nie uda. Łydki. Zaczęły żyć własnym zyciem, a ja próbowałam je utrzymać pod swoim panowaniem, by sie nie przewrócić. Juz pod sklepem się zataczałam, teraz mogłam liczyc jedynie na siłę woli, bo na pewno nie na siłę miesni...

Światła przy Sand Tower. Proponuję bieg na 40. Michał chce mnie zabić. Tomasz temat przemilczał... Jeszcze trochę! Michał proponuje drążki, ja zgadzam się na drażki i na wszystko, co teraz mi każe zrobić. Tomasz nie chce drażków. Skrzyżowanie, rynek, endostop.

Fote zrobił nam "wczorajszy" obcokrajowiec. Wschodni jak na mój gust. Na szczęście nie upuscił aparatu. Chłopaki twierdzili, że są zmęczeni. A ja byłam przeszczęśliwa!!!

Pożegnaliśmy się, chyba coś o "nigdy więcej" było.. :) :)

A ja do sklepu, woda, sprite, wsiadłam do auta i... i tak sobie siedzę. Bo ból łydek taki, ze nie mogę chodzić, nie mogę jechać! Posiedziałam pewnie coś kolo 10 minut, pojechałam. A ból łydek przegonilam porządnym rozciąganiem, to takie ważne!!!

Jeszcze parę takich....

O biegu. Wyczerpujący fizycznie. Dla mnie lekcja pokory przed maratonem, oj, musze więcej biegać :) Nie wiem, jak wygląda na maratonie "ściana" po 30 km, ale podejrzewam, że to to, co ja miałam po 29 km.... kiedy już tylko biegniesz głową. A może sie mylę?

O mocy. Nie sądzilam, że mam w sobie tyle mocy. Że utrzymałam piekne tempo na takim dystansie. Ale ja wiem, skąd jest ta moc. Z motywacji, jaką dali mi chłopcy. Wiedziałam, jeszcze przed biegiem, że biegają dłużej i szybciej ode mnie. Pozwolili mi na moje tempo, nie musiałam ich gonić. A jednocześnie nie musiałam sie stopować, kiedy mimo szybkosci, biegło mi się super... bo oni mogli więcej! To też mnie motywowało, żeby sobie dać wycisk!

O mocy chłopaków nie napiszę, bo brak mi słów!

O atmosferze. Była super! Chociaż w porównaniu do biegów czwartkowych, było milcząco :) Ja nie gadałam, bo było poniżej mojego tempa konwersacyjnego.... Myslę, że kazdy był mocno skupiony na biegu, sporo się działo w głowach, poza tym, co się działo na trasie :) Gadalismy, jak nam się chciało, jak nie, to nie, nikt nie marudził, nie narzekali na moje postoje, mimo, że wiadomo, z jakim bólem potem sie rusza :)

O wyniku. Prawie 31 km w czasie 2.55 z groszami! Coś wspaniałego! Moja i Michała życiówka na dystansie półmaratonu! Może i Tomasza, ale nie raczył jeszcze treningu zrzucić, a mnie z relacją popędza...

Ja wiem, że ich namówię na to jeszcze raz! :) Może za miesiąc :)

Dziękuję Michał, Tomasz! Bieganie z Wami to wyjątkowa przyjemność!




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz