Popularne posty

piątek, 11 listopada 2016

Czy aby nie wyszłam z wprawy?

Skandal! Ostatni mój blogowy post z września 2015 :)
A tyle się działo.... Nie tylko dobrych rzeczy, chyba w pewnym momencie trudno mi było pisać tu....
A dzisiaj Michał pyta: Masz pół godziny czasu? No, mam! To napisz jakąś relację!
Właściwie, czemu nie? Jak pozbierałam, pobieżnie, wydarzenia, okazało się, że uzupełnienie historii jest niemożliwe. Ale możliwe jest napisanie o tym, co jest teraz :)

A jest... Święto Niepodległości! I oczywiście, biegi okolicznościowe w wielu miastach, w tym w Warszawie. A najwcześniej.... w Piasecznie :) Z okazji święta, a raczej dnia wolnego, zdecydowaliśmy się pobiegać dłużej. Długie, wolne wybieganie.... Wczoraj do późna trwały targi, co to znaczy wolne... Ja twierdziłam, że tempo 6 jest wolne. Michał uważał, że 5. Można powiedzieć, że osiągnęliśmy pełen kompromis, stanęło na 5:30, chociaż byłam pewna podejrzeń i nieufności w stosunku do Michała, który zwykle powoduje, że planowane tempo rośnie przynajmniej o 20 sekund na kilometr.

Rano klęłam, znów, jak wolne, ja sobie wymyślam atrakcje skoro świt. O 8:00 miał być bieg. A sen? Zaparkowałam grzecznie pod Biedronką i zanurzyłam się w telefonie. Na chwilę. Łomotem w szybę, który poderwał mnie, rzekłabym na równe nogi, ale jednak siedziałam w aucie, raczej porządnie wystraszył, Michał oznajmił swoją obecność ZA PIĘĆ.

Jaki był rześki... wesoło oznajmił, że w taki wolny dzień możemy sobie śmigać ulicami, bo mały ruch będzie.... a śnieg sypał dzisiaj porządnie. Chwilę Dworcową i musieliśmy spadać na śliski chodnik, bo ZTM nadjeżdżał.... ale faktycznie zaraz za torami, zrobiło się miło, pusto i spokojnie. Cały czas było spokojnie, chociaż jak to na początku biegu, póki się nie rozgrzeję, raczej się zasapałam. Nie szkodzi, Michał miał wenę na rozmowę, a ja reagowałam podniesieniem kciuka, sapnięciem, krótkim tak lub nie, albo hihi lub haha :)

Pogoda na bieg - idealna. Chodnikiem się nie dało, ale rozjeżdżona ulica była fajnie przyczepna, więc biegło się super. Ja bez rękawiczek, ale zupełnie nie marzłam.

Najpierw mi się dostało za brak flagi, wszak święto. A przynajmniej jakiegoś transparentu. No i poszło gładko.... o stopniach wojskowych było, o wymiarze czasu pracy, o mundurach i brakach, o magazynach, o roli policji w święta narodowe i inne, o dwudziestu złotych.... to do skrzyżowania. Michał oznajmił, że w zależności od sił, mogę zdecydować o długości biegu w kilku miejscach, on wskaże kiedy, a ja mam mówić czy już, czy jeszcze nie :)

No więc, pierwsze skrzyżowanie, 12 km czy więcej. Więcej! :) Pobiegliśmy prosto, zamiast w lewo, tam jest potem taki odcinek gruntowy, ale w zasadzie ja już miałam wodę w butach, więc wszystko jedno.

Znów cudny asfalt, nieliczne auta, śnieg sypie.... wspominaliśmy jeden z ubiegłorocznych biegów - chłopaki Tomasz i Michał robili sobie foty, było chyba -14 stopni, wyglądali jak Ludzie Północy - oszronione brwi, rzęsy, zarost.... Tym razem też płatki śniegu kleiły się do twarzy, ale jednak zbyt ciepło na to, żeby być oszronionym :)

Obgadaliśmy sprawy urlopowe, ferie, gdzie co i jak najlepiej, Michał chce narty, ja się raczej bym połamała, więc nie chcę nart. Przy okazji dowiedziałam się, że kurtka narciarska Michała jest koloru zielonego, dla niewtajemniczonych to żadna informacja, aleja byłam conajmniej w szoku. Kiedyś może opowiem :)

Potem ten mój maraton.... wszystkie strachy i leki z siebie wylałam, dzięki kolego za cierpliwość ;)

Jeszcze było o luźności paska zegarka, o strefach tętna, a potem było.... cicho. Trochę odpoczęlismy od rozmów a chłonęlismy krajobraz, pierwszy taki zimowy w tym roku, cudny na drzewach i polach, mokry pod nogami. W butach mi chlupotało, Michał twierdził, że mu jeszcze nie i kolejna decyzja - 18 km czy 21.

18! Michał stwierdził, że ew. DOBIEGAMY na końcu :) wiedziałam, że ja nic nie będę dobiegiwać, ale przemilczałam :P

Na skrzyżowaniu przy torach koncertowo zostaliśmy ochlapani przez auto, nawet Michał bardziej, niż ja, no i się zaczęło. Kompletnie już mokry Michał zaczął biegać po kałużach, a raczej przestał je omijać. Jako biegnąca obok, zostałam hojnie obdarzona rozchlapywaną przez niego wodą. Potem jeszcze zaczął skakać.... Jak go uspokoić???

Już zresztą tempo spadało. Moje, żeby była jasność. Założyłam dzisiaj nieopatrznie adidasy i oczywiście pod koniec odezwały się kostki, więc biegło się coraz mniej komfortowo. Od tych torów jest najfajniejszy odcinek trasy, w zasadzie wciąż w dół, a że wolniej, znów się zaczęło gadanie. Tym razem było o podawaniu ręki, zgodziliśmy się, że jak ktoś podaje rękę bez uścisku, tzw. śledzia, czy też płetwę, to od razu jego notowania są niskie, nawet jeżeli się go nie zna. I poszło dalej, o mowie ciała, o tym, jak sposób zachowania i ruchu mówi o tym, jak się czujemy, jaki mamy stosunek do rozmówcy itd... No to za ciosem było o rowerach, szprychach plecionych na 4 i 2, ale nie wiem dokładnie o co chodzi, w każdym razie na 4 to dobre dla bmx a na 2 dla rowerów jeżdżących do przodu....

Już na Dworcowej obtrąbiła nas znajoma z auta, wyłączyłam zegarek ledwo przekroczyłam 18 kilometr. STOP!
Chwila kombinacji z fotami, ostatecznie mi wyszła jedna z samowyzwalacza, więc Michał cyknął parę z rąsi, muszę przyznać, że ładne foty robi jego złoty telefon.

Jestem w szczególnie dobrym nastroju po tym biegu, ostatnie wybiegania zwykle przebiegały.... jak zwykle, czyli szybko. Zbyt szybko na rozmowę (ale niezbyt na to, by Michał mógł mówić, nigdy :P ), zwykle bardzo wyczerpująco dla mnie. A dzisiaj miło, niezbyt ciężko, miałam czas nawet się porozglądać, m.in. zauważyłam po drodze takie auto, z mega niskim zawieszeniem, czy raczej nisko osadzoną karoserią, a Michał stwierdził, że ono "zawsze tam stoi"... :P

A tu nasze dzieła :)






A, tempo średnie biegu wyszło 5:30. Michał, mistrzowsko to rozegrałeś :P

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz