Nie mogłam się doczekać tej wycieczki :) Góry Świętokrzyskie darzę szczególnym sentymentem. Najpierw w maju tam właśnie zasmakowałam górskiego biegania, a potem w czerwcu wzięłam udział w zawodach biegowych. Strasznie ciągnęło mnie tam, znów pobiegać, wśród skałek, strumyków, w majestatycznym lesie :)
Na wycieczkę zdecydowali się również Michał z Eweliną, oraz Krzysztof i kilkoro znajomych, w sumie dziesięcioro nas było. I pies :)
Tuż przed startem, foto: Ewelina
Start zaplanowaliśmy na 9:30, z podnóża Łysicy, a więc wyjazd o 7 z Piaseczna. Humory nam dopisywały, fota w aucie, żarciki, prawie śpiewaliśmy :P
Jeszcze wesoło :), foto: Ewelina
Im bliżej celu, tym spokojniej :)
Z tyłu auta Joanna, Ewelina i ja, ja coraz bardziej myślałam o tym, jak mnie będą bolały nogi. Ewelina zaczęła mieć coraz bardziej niepewny wyraz twarzy. I co jakiś czas przeszukiwała auto w poszukiwaniu czapki, która nie wiedzieć, jakim sposobem, wciąż migrowała z jej rąk w jakieś zakamarki :)
Na szczęście, albo nieszczęście, w górach panowała mgła. Więc ci, co to pierwszy raz, nie widzieli, gdzie będziemy biegali :)
A Ewelina, Joanna i Michał biegli tu pierwszy raz. No i Ewelina miała na koncie jedynie półmaraton. Płaski.
Na parkingu szybko, sprawnie, bukłaki, plecaki, pierwsza i ostatnia fota w komplecie i ruszamy :)
Na Łysicę podejście, jak dla mnie, najtrudniejszy odcinek, bo skała na skale. Czołówka, czyli wszyscy poza nami trzema, szybko znikła nam z oczu. Podłoże - mokre, miejscami zlodowaciałe, błotne i śliskie. Las wilgotny, mglisty i zalewający nas kroplami wody z drzew przy każdym podmuchu wiatru.
Bliżej szczytu zbiegł do nas Krzysiek, sprawdzić, czy żyjemy, po czym popędził na górę, a na szczycie było miejsce zbiórki.
Zbieg z Łysicy jest dla mnie najfajniejszy. Dziewczyny zadowolone, lecimy. Tu się można rozpędzić, o ile się nieustannie patrzy pod nogi. Więc rozpędzam się ja, na zmianę z Asią, Ewelina też się rozpędza, ale rozsądnie, z zegarmistrzowską precyzją patrząc pod nogi. No tak, tyle jej nagadałam o tych wystających kamieniach, o uważaniu.... ale faktycznie do szybkiego zbiegu trzeba złapać rytm... i liczyć na szczęście :)
Znów spotkanie grupy, przy letnim barze, teraz pustki poza sezonem, wiadomo.
Odcinek asfaltowy potem, my w tych bieżnikach traktorowych, ale przynajmniej błoto się wytrzepało :) Na krótko. Znów las i zaczęliśmy obiegać wzgórze. Tu lekko w górę lub lekko w dół, skałek mało, znów po czołówce ani śladu, paru turystów, Ewelina zaczyna powątpiewać, czy da radę. Dasz! :) Zmieniamy się z Asią, raz ona wybiega do przodu, raz ja, widzę, że ma apetyt, wskazuję jej oznaczenia szlaku – pędź Asia, spotkamy się na wyjściu z lasu :) Pod górę idziemy, w dół truchtamy :) Pilnuję, że jak płasko albo w dół, nie idziemy – czeka nas jeszcze droga powrotna. Szukam u Eweliny miny, tej zabójczej miny, która oznacza ogromną nienawiść do tego, co akurat robi i wielki zagrożenie dla otoczenia. Miała ją na runmageddonie i na pierwszym treningu górkowym w Zalesiu. Oj znam tę minę, przyjęłam za pewnik, że tym razem również się pojawi, pytanie tylko, kiedy?
Na razie miny brak, trochę bolą nogi, wybiegamy z lasu już we trzy, a zaraz we wsi spotykamy część ekipy, Michała, Krzyśka, Andrzeja, Artura, Ewę i Neo :) Krótki spacer asfaltem i zdobywamy klasztor :)
Kawałek pobiegłam pod górę z Michałem i Andrzejem, namawiali na wspólny bieg do końca, ale chciałam wrócić do Eweliny. Jeszcze chwila.... mocno już zasapana rzuciłam, że tu, te dwa km na samą górę to da się pobiec, bo już biegłam....i zawróciłam w dół :) Ciekawe, czy maszerowali, czy wciąż biegli do samego końca, zapomniałam spytać :)
Taki klimat mokrego lasu ustrzeliła Ewelina :)
Pojawiły się dziewczyny, skonsumowałyśmy na podejściu trochę kalorii i truchtomarszem dotarłyśmy do klasztoru. A na górze – zimno, wieje, mgła lodowata. Czołówka grupy w klasztorze, ciepło miło, toalety.... Uzupełniłam odpadający plaster z kostki (a co mi się ręce trzęsły!), skorzystaliśmy z cywilizowanych toalet i co, i ruszamy!
Czekała nas droga powrotna, w dół od klasztoru Oblatów, potem obiegnięcie góry i podbieg pod Łysicę. I koniec :)
W dół sfrunęliśmy :) Wieś, polna droga i las. W lesie, korzystając z tego, że Ewelinie asystował Krzysiek, pobiegłam z czołówką :) ależ miałam energii!! Ten przyjemny odcinek, długi, mało skałek, kładki nad strumykami... dotrzymałam kroku biegnącym na czele Michałowi i Andrzejowi, a potem ich.... wyprzedziłam i popędziłam! Jakie to było przyjemne, tak pędzić :)
Dowód, że wyprzedziłam chłopaków! Musiałam to uwiecznić :P
Nieżle się zasapałam, więc zrobiłam krótką przerwę i wkrótce dobiegła Joasia i Ewelina z Krzyśkiem :) Ewelina była już cała obolała, ja zresztą też :) We czwórkę okrążyliśmy do końca tę górę i rozpoczęliśmy mozolną końcówkę – wejście na Lysicę.
Tak mi się wydawało, że to tylko mozolna końcówka... Ten cudny odcinek zbiegu z Łysicy, który minął jak błyskawica w przeciwnym kierunku, teraz okazał się....stromy. No, może nie jakoś szczególnie, ale było już dobrze ponad 20 km w nogach, paręset metrów przewyższenia w udach i tyłku, więc to taki everest się zrobił. Krzysiek obliczył, że jakieś niewiele koło 3 km chyba nas czeka. On sam w pewnym momencie pobiegł do przodu, by sprawdzić, jak reszta, której już dawno nie widzieliśmy.
A my stękałyśmy.
Mimo całego bólu i narzekań, dziewczyny nie odmawiały truchtu na tych płaskich odcinkach. Protestowały i biegły. Pomyślałam sobie, że robią tylko po to, żeby jak najszybciej się ta droga skończyła :) Jeszcze tylko do szczytu a potem już tylko w dół.
I nie mogłyśmy dotrzeć. Droga zmieniała się, raz pod górkę, raz płasko. Raz błoto, raz kamienie, powalone drzewa, woda. Tak, to wszystko mijaliśmy zbiegając....zaraz jeszcze to? Jeszcze to?
Szczytu jak nie było, tak nie było. Każde przejaśnienie w dali, każdy powiew wiatru, każdy charakterystyczny fragment drogi powodował, że któraś mówiła – A, to już zaraz powinien być szczyt.
A szczytu nie było.
Miałam wrażenie, że godzinami się wspinamy. Myślałam, że zaraz Krzysiek wróci sprawdzić, skoro nas tyle nie ma. Oni pewnie dawno już przebrani w autach, a my tu po prostu tkwimy w miejscu. Gdzie koniec tej cholernej góry?
W końcu zostało wyrażone wspólne zaniepokojenie – a może to nie ta droga??? Ze zmęczenia człowiek głupieje :) Ta, ta, nie ma innej. A tu się jakoś ściemnia... Powiało w końcu lodowatym wiatrem i zagęściła się zimna mgła. Byłyśmy na szczycie!
Ten szczyt....
A na szczycie my.....
Nawet fot mi się już nie chciało, ale humory cudowne. Oto, pozostał tylko cudowny, szybki, lekki zbieg, krótki jak uzgodniłyśmy i zaraz u stóp góry czeka auto. Ciasto. Ciepło.
Zbieg okazał się w większej części zejściem. Bardzo bolesnym i trudnym. I długim. Zapomniałyśmy, że tam wielkie skałki. Zapomniałyśmy, że przy zejściu tak uda i kolana bolą, że nogi odmawiają posłuszeństwa. Zaliczyłam jedną niegroźną przewrotkę i szukałam wciąż źródła. Źródła Św. Franciszka, żeby wody się napić :)
Dziewczyny za mną, konkretnie już rozgadane, spokój zapanował, wiadomo, już końcówka. Ale, dłużyło się to zejście. Skończyły się skałki, to jeszcze schody, a jeszcze kładki, a jeszcze progi z bali. Na 30 km odbyły się uroczyste gratulacje dla Eweliny z okazji przekroczenia trzydziestki. Jeszcze fota tu i tam i jest! W końcu źródło. Woda, zimna :)
I wyjście przy tym źródle.
Najpierw na parking miałyśmy wbiec z fasonem. Lekko jak górskie kozice. Nawet zaczęłyśmy, ale szybko nam się odechciało. A z parkingu właśnie odjeżdżało auto z częścią ekipy, a nasze chłopaki..... dopiero się przebierali :)
Okazało się, że przybyli na miejsce parę minut przed nami. A nam się wydawało, że na pewno pobiegli jak łanie i już wygodnie odpoczywają, conajmniej od pół godziny :) Bardzo nam to poprawiło nastroje, a więc, mamy też moc!
Szybkie przebieranie, byliśmy obłoceni jak nieboskie stworzenia. Wszystko z siebie, suche ubrania, wskoczyliśmy do auta, wbiliśmy zęby w ciasto, Andrzej włączył ogrzewanie i zaczęło być bosko :)
Przyznam, że Mc Donalds zaliczyliśmy z Radomiu. Ale to już chyba tradycja po tym biegu.
Miny Eweliny się nie doczekałam. Wszyscy byli zadowoleni. My, obolałe, oni twierdzili, że nie, ale jak wysiadaliśmy z auta na fast food, to wydaje się, że panom gorzej wyszły pierwsze kroki niż nam :)
Minęło już kilka dni, wiadomo, że wrócimy tam, czy gdzie indziej, gdzie można w górę i w dół i długo. Zresztą, Ewelina oszukiwała z tym nigdy więcej, zmieniła zdanie jak tylko usiadła w aucie :)
Nie wiem, czy to kwestia świętej wody, ale nie cierpiałam na drugi dzień :)
A wyszło 5 godzin i 32 km miłego pobytu :P








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz