Jakbym chciała napisać standardową relację, nikt by nie przeczytał :) Więc postaram się zebrać w punkty parę refleksji, wrażeń z biegu Ultramazury, który odbył się w minioną sobotę.
Miłe spotkania
Z czasem, kiedy biegasz coraz więcej i za biegami jezdzisz po kraju, zaczyna się fajny klimat spotykania znajomych gąb. Tu, tuż po odebraniu pakietu, spotkałam Magdę i Mirka ze Szczytna :) Startował też mój przyjaciel Marcin. Miła niespodzianką był udział w biegu Rafała Kota, z którym przyjechał Rafał Wilczek oraz Hani Sypniewskiej, której chyba nikomu nie trzeba przedstawiać :) Takie spotkania są niezwykle budujące. Z tej grupy jedynie Hania biegła setkę, reszta miała zmierzyć się z dystansem 70 km.
Organizacja
Bieg Ultramazury jest biegiem kameralnym. Limity na poszczególnych dystansach wynoszą lekko ponad 100 osób. Lubie takie biegi, chociaż zwykle oznaczają one samotny bieg po pierwszych kilkunastu kilometrach. Ale właśnie to lubię :)
Punkty wyznaczone rzadko, jak mi się wydawało, ostatecznie dość często, by niczego nie zabrakło a szczególnie wody, bo pomimo startu o 6:00, temperatura wynosiła ok. 20 stopni.
Organizator ściśle trzymał się regulaminu - nie można było np. odebrać pakietu, bez okazania wyposażenia obowiązkowego. Biuro zawodów sprawnie, można było wykupić od razu dodatkowe ubezpieczenie. Odprawa techniczna przeddzien startu, omówienie trasy jak dla mnie zbyt szczegółowe, bo i tak nie pamiętałam tego potem :)
Start odliczony punktualnie, mieliśmy chipy przyczepiane do butów. Trasa była oznaczona poprzez taśmy, o różnych kolorach w zależności od dystansu, taśmy wisiały poprzyczepiane na czymkolwiek tak, by mijając jedną, można było widzieć drugą. Dodatkowo były tabliczki kierunkowe, szczególnie na rozdrożach. Wiem, że kilka osób zgubiło się na trasie, trudno mi ocenić to, ja szcześliwie miałam trasę w zegarku, więc w razie wątpliwości widziałam, gdzie biec. Ale sam fakt, że czasem miałam wątpliwości może być wskazówką, że być może w niektórych miejscach nie dość jasno lub nie dość dokładnie trasę oznaczono.
Punkty, na bogato, nie wszedzie wszystko, ale o tym byliśmy poinformowani. Ogólnie, izo, woda, cola, banany, pomidory (!), arbuzy, czekolada, pomarańcze, chyba nic nie pominęłam :)
Minus - będąc jedną z ostatnich (też ostatnią ale o tym później :) ), na punkcie, gdzie powinno być wszystko, zastawałam już tylko banany i resztkę pomarańczy np. na 50km. Ale, nie marudzę, pewnie zawsze tak jest :)
Wolo, super! Mili, pomocni, dodający otuchy. Wielkie dzięki, staliście wiele godzin, a humoru i pogody Wam nie brakowało :)
Zaplecze medyczne, na medal. Dodatkowo, na trasie odbywały się przejazdy ratowników na motorach, w punktach były ambulanse, ja osobiście czułam się bezpiecznie.
Jeszcze jedna wazna rzecz. Dobiegając pod koniec limitu czasu do mety, czułam, jakbym była pierwsza :) Organizator zadbał o zawodników do samego końca - przybiegający jeszcze po mnie również mogli liczyć na doping na mecie, na liczny komitet powitalny, gratulacje, okrzyki - naprawdę, nic tak nie buduje. Szczerze spodziewałam się jednej, dwóch osób, które pozostaną, by wręczyć medale takim niedobitkom, jak ja, a tu, miłe zaskoczenie. Czekano do samego końca, na każdego zawodnika, witając hucznie :) Brawo org :)
Mój bieg
Był.... znojny. Oczywiście nawet przez moment nie zakładałam, że nie ukończę, ale szybko nastąpiła weryfikacja moich planów. Limity na punktach były dość surowe, ale miałam ładny zapas od początku, więc nadzieje i apetyt wielki na metę. Drugi punkt, na 25 km odwiedziłam już z bolącymi nogami. Taki ból zmęczeniowy, łydki, uda i biodra. Na szczęscie, żadnych bolesnych otarć, ale tu zaczęłam po raz pierwszy myśleć, że jeszcze mam ok. 45 km... Matko! Ale wg planu, miałam biec od punktu do punktu (dzięki Aga za sugestię), więc ruszyłam na kolejne 14 km. Marcin, po drugim punkcie, zostawił mnie i poleciał na swój wynik, więc zostałam ja i trasa. (Marcin dwa czy trzy razy mnie zostawiał, biegł naprzód, po czym doganiał, bo błądził :P... w końcu odbiegł bezpowrotnie :) ).
Trasa, po prostu bajka. Głęboki las, piękny, majestatyczny, momentami ciemny, stary, czasem soczysty zielenią mchów, polany, wzgórza, przebijające tafle jezior miedzy drzewami... Nawierzchnia - każda. Odrobina asfaltu, bruku, poza tym leśne drogi, ubite bądź piaszczyste, szuter, grunt, ale też chaszcze i trawa na bezdrożach, gdzie jedyną ścieżką była trawa wydeptana przez biegaczy :) Wiecie, kiedy tak byłam w tym lesie, zupełnie sama, pomyslałam sobie, że niektórzy boją się sami biegać w lesie, czy chodzić do lasu. Rozejrzałam się. Jestem zupełnie sama. I zupełnie się nie boję :)
Z trasy warto wspomnieć również zapach. Zapach lasu. Tak nie pachnie w Lesie Kabackim czy Chojnowskim. To zapach prawdziwego lasu :)
A, jeszcze profil. Było albo w górę, albo w dół. Mimo, że w sumie przewyższenia nie były wcale jakieś wielkie, długie odcinki nawet łagodnie pod górę wespół z nawierzchnią, którą przeklinałam od początku, mocno dawały w kość :)
W punkcie na 39 km zaczęłam wątpić. Nogi bolały mnie już niemożliwie. Trudno było rozbujać się do truchtu. Te 10 km do kolejnego punktu to była dycha automotywacji... Kamila, to tylko ból - i ruszałam w bieg. Kamila, przebiegłaś już kiedyś taki dystans - i ruszałam w bieg. Kamila, zostały dwa punkty, masz zapas czasu - i ruszałam w bieg. Kamila, teraz zmienisz buty i bedziesz jak młoda bogini...
Do punktu na 50 km dotarłam z postanowieniem opuszczenia tego biegu. Potykałam się o własne nogi. Oznajmiłam wolo, że schodzę, poproszono mnie o chip. Zmieniłam buty, moje adidasy szosowe po salomonach wydały mi się miękkie jak kapcie. Chip leży na ławce... ja siedzę na ławce.... czas biegnie.... Czas? Miałam 50 minut zapasu na tym punkcie. Kurcze, zaczęłam się bić z myslami. Nie dam rady jeszcze 20 km, o nie! Ale, mam 5 godzin... i "tylko" 20 km... ale nie mogę chodzić! Wolo przyszedł po chip.
Nie schodzę.
Porozciągałam się, założyłam chip i pół godziny przed limitem opuściłam punkt. Przede mną, 16 km do ostatniego punktu a potem 5,5 km do mety.
Po kilkuset metrach zatrzymałam się. Nie dam rady. Łzy płyną, nogi się plączą. Dam. Muszę.
Rozbujałam się w trucht. Udawałam, że nogi mnie nie bolą. Mniej więcej 10 km przed metą przestawiłam zegarek na widok trasy, by nie liczyć ciągle tych metrów, które uciekały bardzo wolno.
Nagle, dogonił mnie wolo, z pytaniem czy wszystko w porządku. Uśmiechnięty, nie wiem, jak miał na imię, ale on mi uratował zycie. Dlaczego? Mówię, że ok, a on, ściaga czerwone taśmy.
Pytam: Co Ty robisz?? Myslałam, że zwiariował, jak to, ściąga taśmy. A on, że on sprząta trasę. Ja nie kumałam wciąż. Jesteś ostatnia, oznajmił mi. Coooo? No, inni nie zmieścili się w limicie, zamykasz bieg.
Nie uwierzycie, ale strasznie poprawił mi humor. Ostatnia? Ja? Tego jeszcze nie było :) Ostatnia, czyli mi się udało, a tym innym już nie. Moc nagle przybyła, jeśli mogę tak to ująć :)
Miły wolo biegł sobie przy mnie, ściągając taśmy, nie popędzał, pogadaliśmy o biegach górskich, wspólnych biegach górskich :) , a do mety coraz bliżej.
Nie udało mi się być ostatnią, nawet byłam z tego powodu niezadowolona, ponieważ dogoniłam koleżankę, która miała większe niż ja kłopoty z nogami, a potem przemiłego Francuza, który pobłądził.
Ostatnie 5 km, z punktu do mety, to było najdłuższe 5 km w moim życiu. Najładniejsza część trasy, wokół jeziora, tuż nad jego brzegiem, ale w lesie oczywiście, zakończona cholernym podejściem, potem jeszcze kilometr płasko. Przez ostatnie kilometry spotykałam również zawodników setki, oni też mieli limit do godz. 18:00, i ta końcówka, razem ze mną, w złym, lub bardzo złym stanie fizycznym, docierała do mety. Szczególnie pozdrawiam Mirasa, za otuchę na ostatnim kilometrze.
Na mete wbiegłam zadowolona, odmówiłam piwa, bo prowadziłam, ale nie odmówiłam sobie wejścia do jeziora. Marzyłam o tym od drugiego punktu :)
Rezultat: 11 godzin, 17 minut, 52 sekundy.
Stan: ogólny opłakany, ale nogom nic nie jest. Po prostu się zmęczyłam :)
Wrócę tu za rok, a Wam polecam ten bieg, pod każdym względem :)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz