Popularne posty
czwartek, 27 lipca 2017
Lęk wysokości, czy też przestrzeni... czyli co mnie ogranicza (wpis osobisty).
Lęk wysokości. Ile razy słyszę, że ktoś nie skoczy na bungee, bo "ma lęk wysokosci", a jednocześnie wchodzi na most, jeżdzi kolejką górską... myślę, "ja mam LEPSZY lęk wysokości!". Jak to Polak, każdy się ściga na LEPSZE nieszczęście. Ale to nie jest tak.
Wiele lat nie wiedziałam, że mam lęk wysokości. Skąd? Żyłam całą młodość blisko ziemi :) Na nizinach mazurskich. Nie latałam samolotem, nie było u nas gór, przepaści, kładek dla pieszych, ruchomych schodów... nie będę uprzedzać... tylko, karuzel się bałam. Ale te, rzadko przyjeżdzały do naszego miasteczka wówczas.
Wszystko więc grało. Pierwszy raz zdałam sobie sprawę, że coś jest nie tak, kiedy mój wówczas jeszcze nie-mąż, narzeczony, zabrał mnie w góry. Ja, szczur nizinny, podniecony i zachwycony, zostałam mocno sprowadzona na ziemię w tamte wakacje. Pierwszy zonk - kolejka na Kasprowy. Wagonik na nitce. Całą drogę z zamknietymi oczami, kurczowo trzymający się rurki w środku, jak w tramwaju, zaraz po tym, jak zobaczyłam przez okno, że jesteśmy wyżej niż 2 metry nad ziemią. Ledwo to pamietam. Kiedy wysiedliśmy na górze, całe szczęście mimo lata, było zimno i paskudna mgła. Paskudna? Mgła zbawienie!! Nigdzie się nie ruszyłam. Po kilku krokach usiadłam przy wielkim kamieniu i płakałam, że nie idę dalej, że nie wrócę też tym wagonikiem....
Potem, niewinny spacer 10 km nad Morskie Oko. Cudownie! i oczywiście, trzeba wejść na Czarny Staw. Nie bałam się. Póki nie weszłam na ścieżkę. Tępo patrząc pod nogi, na kamienie, nie rozglądając się wokół, bo za mną inni i gęsiego, weszłam. Zeszłam też. Foty mam stamtąd piękne, ale już moje osobiste wspomnienia...
I, kulminacja, kolejka z Gubałówki, krzesełka. Pogoda się psuła, ja umarłam zaraz po ruszeniu. Za wysoko!! Nie patrzyłam, a jeszcze... zatrzymano kolejkę, bo wiatr silny, puszczano co jakiś czas.... A na słupkach info, żeby spokojnie czekać, jak się kolejka zatrzyma, na dalszą jazdę. Spokojnie!!!
To był rok 2002. Wówczas zdałam sobie sprawę, że coś jest nie tak.
Wszystko zaczęło pasować...
Potem, nasi znajomi kupili mieszkanie na 8. piętrze. Na Żoliborzu, a balkon mieli taki malutki, metr na metr, w zasadzie rzygownik. Byłam tam raz, na tym balkonie i myslałam, że zlecę....
Potem, poleciałam samolotem, pierwszy raz, do Anglii. Nie siedziałam przy oknie, ale widziałam, chwilę. Moi współpasażerowie musieli znieść mój żelazny uścisk dłoni, kolo do mnie, "chyba Pani pierwszy raz, widać..." a ja umierałam. Potem, leciałam jeszcze, ale już wiedziałaml, że mam udawać przed sobą, że to nie samolot...
Potem, znów byliśmy w górach. Z dwuletnią Dagmarą. Nie było żadnych kolejek, wierchów.... była za to wycieczka objazdowa, tak sobie wymyśliłam, bo bliżej ziemi.... Bliżej?? Serpentyny dróg górskich po polskiej i słowackiej stronie, kiedy umierałam siedząc w aucie od strony przepaści!! A ja, kurczowo trzymająca się uchwytu drzwi...
Jak wytrzymać to, że na schodach ruchomych z metro centrum patrzę tępo pod nogi, a nigdy nie podniosę wzroku na bok, a już nigdy nie spojrzę w tył. I wciąż to jest... Na kładce dla pieszych nad Puławską przy Jagielskiej, kiedy biegałam z Michałem, szłam środkiem, patrząc centralnie pod nogi, bo bałam się spojrzeć w bok. Kiedy jeżdziłam z Marcinem rowerem, skończyła się droga pod wałem i pozostała droga na wale.... jechałam środkiem na rowerze, patrząc na ścieżkę i starając się nie spaść z roweru... i przeżyć... nie spaść...
Kiedy biegałam cudowną moją Czantorię, myslałam, że bliżej ziemi nie da się być, że to dla mnie. Bieg górski! Po czym, kiedy nastał świt (bieg zaczął się o 5:00 pod koniec listopada), zobaczyłam, że biegnę wąską ścieżką, na zboczu góry. Z lewej był stromy stok, który mogłam dotknąć ręką. Potem pod nogami ścieżka, wąska i śliska, a po prawej... stroma przepaść i otchłań. I ja tam, walcząca z moimi lękami, patrząca znów tępo pod nogi, nigdy w bok. Ja na mecie, gdy jedyna droga na dół prowadziła kolejką krzesełkową i ja po 10 godzinach znoju, z zamkniętymi oczami, kurczowo trzymająca się Krzysztofa, który przyjechał mnie zholować, umierałam po raz kolejny...
Śmieszne? Czuliście kiedyś strach, takie prawdziwy strach, że zaraz zginiecie? Kiedy liczycie ułamki sekund... Kiedy macie życie przed oczami... Kiedy dochodzi lęk o najbliższych, co z nimi!
Takie myśli mam, kiedy jestem wysoko.
Nie jestem tchórzem, staram się stąpać mocno po ziemi. Boję się. Boję się być wysoko. Boję się, że spadnę. A inni śmieją się....
To jest takie.... wkurzające! Ja wiem, że nie spadnę z kładki nad Puławską!!! ale jak tam jestem.... jak wszędzie indziej, panikuję.
Ostatnio, na wesołym miasteczku, w Szczytnie, wsiadłam z córką na karuzelę. Ot, taka płaska, okrągła platforma, na niej okragłe mniejsze platformy a na każdej mniejszej 4 koszyki dwuosobowe. Taka ośmiornica. I to się kręci. Duża się kręci, małe się kręcą i dodatkowo, koszyki się kręcą. Masakra. Wsiadłam, ruszyło. To było kilka dni temu. Zamkniete oczy, dłoń córki prawie zmiażdżona przez moją, dostałam paniki, a tu córka obok, a ja, sparaliżowana strachem....
Lęk wysokości, nadużywany często, jako wymówka, dla mnie walka o życie. Bo tak to czuję, walka o zycie. Oddech zanika, ciśnienie rośnie, pojawiają się skurcze mięśni, i za chwilę mogę paść nieprzytomna.
Chciałabym tyle rzeczy zrobić, skoczyć ze spadochronem, na bungeee... pojechać kolejką w lunaparku. Chcę! ale nie mogę.
Nawet czytałam, czy to da się wyleczyć. Pokonać. Piszą, że trzeba pokonać lęk. Super.
Ale ja okien nie myję w mieszkaniu na 2 pietrze, bo o mało nie wyleciałam, jak spojrzałam w dół....
Jest nadzieja?
Drugi raz jechałam wałem z Marcinem. Dalej się bałam, ale jechałam dużo szybciej. Ostatnio pojechałam do sądu i musiałam przejść kładkę nad Czerniakowską. Zatrzymałam się i spojrzałam na ulicę pode mną. Może to jest metoda, nie wiem.
Dlaczego to piszę? Bo właśnie w Ohio urwało się ramię karuzeli i są ofiary. A ja, na tej karuzeli w Szczytnie, czułam i widziałam, jak za chwilę wypadniemy z tego wagonika, były mocne przeciążenia, Daga się śmiała zachwycona a ja po raz kolejny umarłam....
Nie wiem, czy mogę z tym wygrać. Ale przeraziłam się po raz kolejny, mimo, że już wszystko miałam dopracowane... gdzie patrzeć na schodach ruchomych... nie wychodzić na balkony powyżej parteru...
Nie poddam się, ale nie wiem też, ile razy można umrzeć ze strachu....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz