Popularne posty

niedziela, 7 maja 2017

Czy spieprzyłam maraton?


Ano, wszystko grało. Kolana leczone, wyspana (powiedzmy), regularnie nawadniana i doładowana bananami i czekoladą.
Ale od początku.

Czułam tę moc. Plan był na średnie tempo 5.20 przez pierwsze 20 km, potem... 5.30. i czwórka moja. Tyle teorii....

Polecieliśmy dobrze, ja i Marcin, tempo dobre, zero zadyszek, moc jest, wszystko jest.
Pogoda po prostu idealna!
Wspaniała atmosfera, wspaniała organizacja! Co pare km punkty, bez braków, wszystko nalane, pokrojone... brać i pędzić!

Do mniej więcej 12 km było ekstra. Nawet Marcin mnie hamował, ale oboje czulismy, że to ten dzień! Taka trasa... potem Andrij przyznał, że Dębno sie chowa!
Kolana jak nowe, nic mnie nie bolało, kondycyjnie fantastycznie.... i przyszło. Kostka.
ok. 15 km Marcin zaczał biec z przodu, ja czułam, że jest źle. Zwolniłam go z towarzyszenia mi, Marcin, jak coś, to Cię dogonię...
Poleciał. To był jego dzień, mieliśmy łamać 4, każda zwłoka bez sensu.
A kostka napierd....
Zaczełam liczyć, mam ponad 25 km do końca, no way. Schodzę.
Lecę jeszcze, dużo wolniej, ale lecę. Zdejmuję koszulkę, wsadzam w spodenki. Mam w dupie, że biegnę w samym staniku sportowym, brzuch mi się wylewa z przodu, mam to gdzieś!!!
Ok. 17-18 km dzwoni Marcin, czy ok. Mówię, że schodzę. I konsekwentnie myslę, jak zejść. Dzwoni małż, mówię, przyjedź po mnie. Nie dam rady z tym bólem biec jeszcze ponad 20 km. Znam się, było już wiele maratonów, znam ten ból. Ból ostry, bo zmęczeniowego wcale. Małż się ma zorganizować, dzieci itd, a ja lecę. Muzę włączyłam, lecę w rytm, daję radę. Myślę, nie, nie zadzwonię do małża, jeszcze nie....
26 km, polegam. Schodzę na punkt do auta straży pożarnej. Jest ratownik. Proszę o znieczulenie, Wiem, i znam, co mi zapoda... że na chwilę, ale muszę. Bo już kuśtykam i ide co jakiś czas. Nogi miodzio , tylko ta cholerna kostka.
Ratownik zapodaje zamrażacz, pyta czy chce bandaż. Chcę. On mi owija stope,  mija mnie Paweł Wiśniewski, krzyczy powodzenia!
Ruszam. Bosko jest. Zimno w kostkę, nie boli... jakiś kilometr. Doganiam Pawła, on równo ja na zmianę, biegnę, ide. Ide, bo staję by pomasować kostkę, ide trochę i znów bieg.Wyprzedzam go a on potem mnie... Ale stwierdza, ze jak na kostkę, nieźle mi idzie :)
Za parę, 3-4 km gubi mnie ostatecznie. Ja na punkcie pytam, jak mnie moga zwieźć z trasy. okazuje sie, że jest auto i zbiera niedobitków, ale na samym końcu jedzie. Nie no, tyle czasu...
Myslę i lecę. Jak zejdę z trasy, nie będzie medalu. I znów w marsz. Masaż krótki i ruszam. Tempo spadło znacznie, bije się jeszcze z myslami, plan był, a ja tak....
No i co!
Korzystam z każdej obecnosci sanitariuszy. Oni się przemieszczają i dochodzimy do momentu, że widzą mnie i pytają, czy mrozimy kostkę :)
Mrozimy!
Poznaję biegaczkę, nie pamietam imienia, przepraszam, debiut. Mówi, że debiut. Że musi biec bez zatrzymania, bo jak stanie, nie ruszy. Zalezy jej, więc jakis czas biegniemy obie.
Tzn ja biegnę i zwalniam w marsz a potem ruszam z nią, lub staję do sanitariuszy i powoli do niej dobiegam.
Rudka już, 5 km przede mną. Dzwoni Andrij, czy zyję... już wie, ze miałam zejść z trasy. Mówię, że walczę, ze jeszcze 5 km, się doturlam. Doping super! Najbardziej zapamiętałam chłopców, ok. 8-12 lat, biegli chwile ze mną przy Bricomanie za torami i skandowali - Jesteś zwycięzcą!!
Chłopaki, jak Wam mówiłam, jesteście super!! Zostały ok. 2 km. Już nie idę, jeszcze chwila... Na głównym skrzyżowaniu czeka małż, i biegnie ze mną w dzinsach do samej mety, opuszcza mnie tuż przed, a tu... niesamowity doping!
Widzę na linii mety Renatkę, masę ludzi i komitet medalowy. Kostka.... potykam się, bo biegnę już na słowo honoru, ale bez wpadki. Meta. Medal. Małż, Marcin, znajomi, qrwa, skończyłam!
Na mecie, obowiązkowe foty, Andrij sie pojawił.
Medal... dobrze że pobiegłam jednak, że odwołałam auto. Biegacz... biegacz ma swoje priorytety. Nie poszłam na Wings for Life, bo chciałam koniecznie ten maraton, a że nie wyszedł?...
Wiem dlaczego i zamierzam to poprawić. Kostka spuchnieta lekko, boli jak szlag. ale...
Ale mam to, miała być zyciówka, nie wyszło. Nie dlatego że opierdalałam się i jestem z tego dumna!
Najbardziej jestem dumna, że dobiegłam.
Błędy treningowe, poprawię, miałam dość czasu na przemyślenia ;) w trakcie.
Dziękuję organizatorom, naprawdę bieg był pod życiówkę! Organizacja - idealna. Masa zaangażowanych służb. Policja, Wojsko, Straż, Wolo, Medyczni na rowerach i stacjonarni, patrole maratonu.... bo ruch nie był wstrzymany ogólnie, tylko np na skrzyżowaniach pilnowano, by biegacze mieli pierwszeństwo.
A sami zaangażowani... pomocni, dopingujacy! Dziękuję Wam, na punktach za troskę i pomoc!
Na medal!!!!
A trasa... płaska! Jak stół!! I atestowana, a ja z moim garminem taktowalismy równo każdą tabliczkę z oznaczeniem km :)
Moja zyciówka... wciąż przede mną :)
Na mecie miłe spotkania, uściski i gratulacje. Nawet nie wiedziałam, ze tyle osób mnie zna, bo szczerze i przepraszam, nie wszystkich Was kojarze :) Przed startem powitania z Morsami, Biegaczami, po mecie, to muszę napisać, kiedy spotkałam Józefa Zdunka, Najważniejszą osobę w klubie Jurund, a on mnie po prostu przytulił z gratulacjami, to wymiękłam :)

Dziękuję Andrij Elvis i Marcin, Paweł Wisniewski. Dziękuję Renata Przybyłowska, Grzesiu i inne Morsy! Dziękuję Jurundy za miłe spotkanie i doping.
Dziękuję Marcin Chojnacki za wiare - dzięki Tobie nie odpuściłam. Dałam 110 %, jak orzekłeś. :)
Wiecie.... takiej atmosfery nie ma nigdzie!
Za rok, wrócę. Pokonam Magdalenę Filipiak (mam nadzieję) i zrobię życiówkę (mam nadzieję). A jeśli nawet nie, wiem, ze bedę wspaniale sie bawić!


Czy to znaczy, że spieprzyłam?...

2 komentarze:

Ewa Kierzek pisze...

Nie spieprzyłaś!! Masz moc!! Tylko teraz się wykuruj porządnie... Ściskam!!

Unknown pisze...

Super! Podziwiam! Wszystkie znaki mówiły, że musisz ukończyć ten bieg.
Twarda jesteś o Płci Słaba :)

Prześlij komentarz