Popularne posty

niedziela, 14 czerwca 2015

Skąd wiadomo, że już mozna i jak to zrobić...

 
 Jak twierdzi Mikołaj, życiówka liczy się wtedy, gdy zostanie potwierdzona, zmierzona poprzez profesjonalny pomiar czasu - a więc na zawodach. Ja jestem odmiennego zdania :) Moje życiówki to te moje wyniki, zmierzone moim zegarkiem z GPS, jakie umieszczam na endo. No, bo wiadomo, zegarek jest dokładny, rejestr też...
 
Wiedziałam, że nadszedł mój czas. Po zawodach w Olszynach, kiedy pomimo kilkukrotnego przechodzenia w marsz (gorąco!) oraz trudnej nawierzchni (plaża :) ), osiągnęłam zawrotny czas 49,45 na 9,49 km, czułam, że musze spróbować. Złamać te nieszczęsne 50 minut na 10 km. Nie w tłumie biegaczy, nie w upał, nie po piasku czy lesie. Marzył mi się wczesnoporanny trening, najlepiej w chłodny dzień, na asfalcie, z porządną rozgrzewką. Czułam, że to idealne warunki, by zmierzyć się z dyszką. Nieustannie prowadzone klubowe dysputy... podzieliłam się projektem. Nawet określiłam datę - najbliższa sobota. Brakowało mi tylko trasy... i towarzystwa, najlepszy byłby szybki biegacz, który "pociągnąłby" mnie na wynik. Wiadomo, bieg z szybką osobą mocno motywuje. Prawie jak na zawodach!
 
Trasę podsunął Tomasz. Ja myślałam o trasie Obory-Gassy, prosta momencik przez las, potem przez pola. Tomasz polecił ścieżkę pieszo-rowerową od Powsina do Wilanowa. A towarzystwo zaoferował mi... Mikołaj, który co prawda nie miał ochoty biegać, ale postanowił wesprzeć mnie rowerowo, mieć zapas wody i dopilnować, żeby mi się udało :) Miałam więc wszystko, trasę, trenera :), gwarancję nawodnienia.... tylko przyszły upały. No, ale po dokładnej analizie temperatury z wahaniem zgodziłam się z opinią, że 20 stopni rano to nie jest zbyt gorąco na rekordy. Błąd!!
 
I wszystko szło nie tak. Zamiast pójść wczesniej spać, poszłam późno, bo córka zjechała z zielonej szkoły po 21. Obudziłam się już o 5 rano, chyba z tych nerwów, czy dam radę. Mialam ochotę odwołać ten trening. Ale pewnie Mikołaj już wstał, specjalnie... Nutella, woda, jadę.... skrót na Konstancin, szlag, remont, objazd... Pod Parkiem Kultury zaparkowałam 7:15. Dobrze, mam czas na rozgrzewkę, zanim przybędzie Mikołaj. Pobiegłam.. trochę tu, trochę tam... Fatalnie, tempo koło 6.... dalej.... lepiej, lepiej, zaczyna być ciepło, tempo 5,30, prawie dwa kilometry, lecę na umówione miejsce przy hotelu Mrówka... Jest Mikołaj!

 
Ja butelka 250 ml wody, Mikołaj ma dla mnie chyba 0,7... zostawiam butelkę na chodniku pod hotelem, nie ma co zwlekać, ruszamy. Plan jest taki, trzymam równe tempo, poniżej 5, ale niewiele, a potem może uda się finisz. Mikołaj też ma zegarek z GPS, pilnuje, i mówi do mnie - bo wiadomo, to nie jest tempo konwersacyjne :) Start. Hej, hej, wolniej! jakieś 4,36, zwalniam, zwalniam... jest 4,56, dobrze. Tak ma być. Dobrze jest, mogę tyle biec. Tak mi się wydawało!
 
 
Po wczorajszym deszczu nieliczne kałuże, od wschodniej strony drogi drzewa, cień, słońce, cień... ok. Mikołaj mnie foci i filmuje :) Ja się wkurzam, ale tylko chwilę, zegarek, nie mogę gadać, wiadomo. Mikołaj podaje dystans. 1 kiloemtr. Każe pić. Ja nie chcę. Powieział, że na drugim kilometrze zmusi mnie do picia. Niech tam :)
 
Drugi kilometr. Dopiero drugi??? gorąco. Oj, jak gorąco. Tempo ok, trochę wolniej jakby. Mikołaj komentuje, jest ok. Pyta o samopoczucie... 3 kilometr... jest gorzej mi, biegnę równo, chyba za duże susy... a może tak drobić? Zaczęłam drobić. Tempo jest ok, Mikołaj oblicza zapas sekund. Nie minut, sekund!! Zagląda do telefonu, bieg śledzi też Tomasz. Ojj, jaka presja!!
 
Dystans mija powoli, jak zaklęty. 4 kilometr, powoli Wilanów, jest źle. bez sensu to wszystko. Nie utrzymam się w tym tempie jeszcze 6 km.. wiem to, niepotrzebnie się dzisiaj wybrałam, za ciepło!! Miasteczko Wilanów, zaraz półmetek... Popijam wodę, podawaną mi przez Mikołaja, jeszcze popijam, bez rozlewania.
 
 
Koniec trasy, ratusz wilanowski, jakieś roboty drogowe, skręcam w lewo w ulicę... dobiec do 5 km i zawrotka. Na chodniku jacyś wracający z imprezy kolesie, kibicują mi :) W sumie to dwa razy, bo za chwilę, jak już zawróciłam, pokrzyczeli znów! A zamiencie się ze mną, pomyslałam. Mikołaj podkreśla, już mniej, niż więcej. Ja toczę walkę - nie dam rady! Tempo niebezpiecznie 5,01, 5,02, 5,05... a ja nie mam siły! Mikołaj mówi o zapasie, ja wymiękam coraz bardziej... przeszłam w marsz!
 
Nie, Mik, nie dam rady, bez sensu!! Mikołaj nie popędza. Nie złosci się, mówi, żebym spróbowała. Nie zdążyłam odpocząć ani uspokoić oddechu, poderwałam się znów. Mikołaj nic nie mówi o zapasie... :) (okazało się, że ten fatalny 5 km miałam tempo średnie 5,17...) Drobić, czy susy... próbuję sprawdzić, kiedy mam mniejszą zadyszkę. Bo pojawiła się zadyszka! I wiatr, lekki, a dla mnie jak huragan, oczywiście taki mnie spowalniający!! czemu akurat w tę stronę??
 
6,7 kilometr... niewiele pamiętam. Z drogi. Bo kompletnie się wyłączyłam. Tylko pamiętam, że Mikołaj powiedział, że pozostało około 20 minut... Czy Ty wiesz, Mik, co to w moim stanie znaczy 20 minut??? Myslałam wciąż.. o sobie :) O tym, jak się czuję, jak oddycham, jak biegnę, znów czy susy... Czy dam radę, jak to zrobić, żeby wytrzymać, muszę szybciej...!! spinam się, schodzę poniżej 5,00. Jeszcze raz, zwątpienie, nie dam rady, szłam... po co szłam!? nie odrobię...
Piłam już non stop. Lewą ręka, oblewając się... trzęsły mi się rece, nie mogłam trafić do ust butelką, wody, wody!! Picie naprawdę bardzo pomaga!! Ale ja jeszcze wówczas myślałam, jak kazdy łyk mnie spowalnia...
 
Mikołaj mówi, że jeszcze 2 kilometry... odpuściłam, co będzie, to będzie!! Może i nie zejde poniżej 50 minut, ale machnę życiówkę. Zawsze to bliżej do kolejnej próby. Mikołaj sprawdza czas. Nie popędza, nie ma już kogo!! Zadyszka na maksa... Mikołaj wie, że nic nie wskóra hasłami typu dasz radę!! przyciśnij! Mikołaj mówi, że uda mi się, jak utrzymam obecne tempo! I to jest to! wiadomo, szybciej się nie da! Ale utrzymać...może się da! A może Mikołaj wyczekał na odpowiednie tempo, te szybsze, żeby mi to powiedzieć?? :)
 
Podobno jeszcze 2 km... straszne, długie 2 km... susy, drobienie... szybciej, szybciej... wiem, że nie stać mnie na finisz, coś w stylu sprint... Mikołaj wspomina, że na finisz za wcześnie, jeszcze 1200 metrów, widzę... Najdłuższe 1200 metrów w moim życiu.
 
Potem okazało się, że 8, 9 i 10 kilometr były najszybsze z całego biegu!!! Jeszcze trochę, Mikołaj coś o finiszu... nie dam rady, za szybko jest, za duża zadyszka!! ale mówi też, że będzie poniżej 50... cholera jasna, muszę utrzymać tempo!!! Pozwoliłam sobie na około 10 metrów więcej, stop, STOP!!!
 
 
 
 
O rany, moje nogi!!! Ide, ide sobie gdzieś w cień usiąść, nie ma cienia!! o jest, drzewo, siadam, woda... O tym, że jest poniżej 50 wiem, bo Mikołaj tak powiedział. A on mnie pyta o czas!? Oj, jest??!! Zegarek... tak, jest!! Dowiaduję się, że cały bieg Mikołaj relacjonował na żywo, z fotami, do klubu :) Jeszcze fota, wspólna :) O rany, jaka duma!! O rany, zrobiłam to, odrobiłam tę stratę z marszu, pobiłam swój rekord, złamałam te cholerne 50 minut... wykonałam plan!!
Potem okazało się, że nagrał film. Jak kończę bieg. Super było to zobaczyć z boku :) Wygląda naprawdę nieźle, całkiem efektownie i szybko ta męka się kończy :)
 
 
Nie mam recepty, jak to zrobić. Na pewno, trzeba mieć poczucie, że się jest gotowym, to raz. Dwa, w takim układzie na 100% sprawdzi się wsparcie innego biegacza, nawet jeżeli jest to wsparcie rowerowe :)
 
Dziękuję Mikołajowi za obecność i pomoc. Sama nie dałabym rady.
 
Klubowiczom dziękuję za wsparcie. Sobie... za wytrwałość :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz